|
2011-09-26 17:18
Terroryzm jawny poprzedniego systemu zastąpiony został terroryzmem utajonym, a wszelka niegodziwość staje się normą. Skutki dla jednostki są widoczne na pierwszy rzut oka. Skutki dla państwa narastają wolniej ale nieuchronnie. Rzecz w tym, iż obraz poszerzającej się strefy prywatnych państewek dociera do świadomości z dużym opóźnieniem. A i to dopiero szczegóły pozwalają się zorientować gdzie tkwi przysłowiowy diabeł. Skala zjawiska stanowi rzeczywiste zagrożenie dla państwa, oddziałując na wszystkie aspekty życia publicznego. Prawo do sądu
Skargę kasacyjną – drugą w tej samej sprawie przeciwko Urzędowi Patentowemu Rzeczypospolitej Polskiej wniesiono w lipcu 2009 r. Sąd Najwyższy postanowieniem z dnia 21.01.2010 r. – sygn. akt II PK 268/09 – odrzucił ją powołując jako podstawę rozstrzygnięcia uchybienia formalne – brak należytej opłaty od skargi – art. 3986 § 2 kpc w związku z art. 1302 § 1 i 2 kpc. W oparciu o wskazane przepisy Sąd Najwyższy odrzucił skargę bez wezwania do usunięcia braków formalnych, polegających na nie wniesieniu opłaty stosunkowej, bowiem pełnomocnik powoda wniósł jedynie opłatę podstawową.
Powołane przez Sąd Najwyższy przepisy nie dawały podstawy do odrzucenia skargi kasacyjnej bez wezwania do usunięcia braków formalnych. Potwierdza ten pogląd wyrok Trybunału Konstytucyjnego z dnia 01.07.2008 r. – sygn. akt SK 40/07. Co więcej, z treści uzasadnienia tego wyroku wynika, że to również na Sądzie ciąży powinność restytucji konstytucyjności po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego, jeżeli za niekonstytucyjny uznany został przepis wykorzystany przy wydawaniu ostatecznych orzeczeń.
O błędnym zastosowaniu przepisu i tym samym bezpodstawnym odebraniu skarżącemu prawa do sądu – wniesienia skargi kasacyjnej – świadczy też uchwała Sądu Najwyższego z dnia 15.06.2010 r. – sygn. akt II UZP 4/10 – według której skarga kasacyjna podlega odrzuceniu w razie niewykonania zarządzenia wzywającego do opłacenia skargi.
W uzasadnieniu postanowienia Sąd Najwyższy stwierdził, iż powód nie był zwolniony z kosztów postępowania sądowego powołując się przy tym na postanowienie Sądu II instancji z dnia 13.01.2009 r. – sygn. akt XII Pa 294/08 oddalające wniosek powoda złożony 05.01.2009 r.
Tymczasem powód uzyskał prawo do zwolnienia z kosztów sądowych oraz do pomocy prawnej z urzędu postanowieniem Sądu I instancji już w trakcie pierwszego posiedzenia w dniu 22.09.2005 r. Żeby utracić przyznane wcześniej uprawnienie Sąd którejkolwiek instancji musiałby wydać w tym przedmiocie stosowne postanowienie o cofnięciu przyznanych wcześniej uprawnień. Takiego postanowienia nie wydal Sąd w żadnej instancji.
Sąd Najwyższy, z niewiadomych przyczyn, oparł swoje postanowienie na rzekomym braku przyznanego prawa do zwolnienia z kosztów sądowych wskazując postanowienie Sądu II instancji z dnia 13.01.2009 r.
Jednak wniosek z dnia 05.01.2009 r. dotyczył zupełnie innej materii i choć nawiązywał do toczącego się postępowania, to jednak zmierzał do wniesienia skargi na wyrok Sądu II instancji – z dnia 04.04.2007 r., sygn. akt XII Pa 397/06 – jako wydanego z rażącym naruszeniem prawa.
Była więc to całkowicie odrębna materia, niż toczące się postępowanie przeciwko pozwanemu Urzędowi Patentowemu Rzeczypospolitej Polskiej, w którym to postępowaniu wciąż obowiązywało postanowienie o zwolnieniu powoda z kosztów sądowych i przyznaniu pomocy prawnej z urzędu. Przy tym Sąd Najwyższy nie tylko powołał się na postanowienie dotyczące całkowicie odmiennej materii, ale też wskazał jedynie na rzekomy brak zwolnienia od kosztów sądowych.
Tymczasem powołane postanowienie oddalało również wniosek o ustanowienie pomocy prawnej z urzędu. A przecież skargę kasacyjną wnosił pełnomocnik ustanowiony z urzędu, co jasno wynikało z pełnomocnictwa złożonego do akt sprawy. Ten aspekt Sąd Najwyższy w uzasadnieniu postanowienia, z przyczyn niewiadomych, całkowicie pominął.
Tym samym Sąd Najwyższy postanowieniem z dnia 21.01.2010 r. o odrzuceniu skargi kasacyjnej naruszył prawo skarżącego do sądu – art. 45 ust. 1 Konstytucji RP.
Należy też – w świetle art. 6 ust. 1 Konwencji – postawić zarzut naruszenia zasady rzetelności, sprawiedliwości oraz bezstronności orzekania w związku z powołaniem się przez Sąd Najwyższy na postanowienia z dnia 13.01.2009 r. Sądu II instancji.
Jak wskazano wyżej, wniosek z dnia 05.01.2009 r. dotyczył zwolnienia z kosztów sądowych i ustanowienia pomocy prawnej z urzędu w celu wniesienia skargi do Sądu Najwyższego na wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie, XII Wydział Pracy jako wydanego z rażącym naruszeniem prawa. Był więc to wniosek autonomiczny, odrębny niż powództwo przeciw Urzędowi Patentowemu RP.
W takim przypadku znajduje zastosowanie przepis art. 394 § 1 pkt 2 kpc, z którego wynika, że postanowienie o odmowie uwzględnienia wniosku jest zaskarżalne. Tymczasem Sąd II instancji – pismem z dnia 16.01.2009 r. pouczył powoda, iż od postanowienia powodowi nie przysługuje zażalenie.
Należy tu wskazać, iż postanowienie wydane zostało przez zespół orzekający w składzie: SSO Ewa Wronka, SSO Dorota Szarek, SSO Bożena Rzewuska. Istotą zarzutu naruszenia zasady bezstronności jest fakt, że wniosek dotyczył zamiaru wniesienia skargi na wyrok wydany z rażącym naruszeniem prawa przez zespół orzekający w składzie: SSO Grażyna Otola-Pawlica, SSO Anna Telec, SSR (del.) Dorota Szarek.
Oznacza to, że skład orzekający, oddalający wniosek i tym samym uniemożliwiający wniesienie skargi na ten skandaliczny wyrok, był osobiście zainteresowany – SSO Dorota Szarek – wynikiem postępowania i orzekał we własnej sprawie. Sędzia Dorota Szarek krótko po tym skandalicznym wyroku awansowała z sądu rejonowego do okręgowego, stąd różnica tytułowania między SSR i SSO sędzi.
Rzetelność i sprawiedliwość orzekania
Jednym z podstawowych obowiązków sądu jest ustalenie bez żadnej wątpliwości umocowania prawnego stron postępowania. Sąd I instancji na posiedzeniu w dniu 22.09.2005 r., sygn. akt VII P 464/05 – zobowiązał stronę pozwaną – Urząd Patentowy RP – do udokumentowania umocowania prawnego Cezarego Pyla, który – rzekomo - pełnił funkcję zastępującego dyrektora generalnego Urzędu Patentowego RP.
Pełnomocnik urzędu złożył do akt pismo wraz z wyjaśnieniem o braku oryginału oraz z dołączoną kopią pisma z dnia 14.01.2004 r. mającego stanowić dowód ustanowienia Cezarego Pyla zastępującym dyrektora generalnego UP RP, a także kopię pisma z dnia 02.02.2004 r. jako „uprawdopodabniające” , że takie ustanowienie miało miejsce.
Umocowanie prawe do występowania w imieniu Urzędu Patentowego RP – Skarbu Państwa - wynikać może w tym przypadku przede wszystkim z przepisów ustawy o służbie cywilnej. Takie umocowanie prawne niewątpliwie posiadał Tytus Borkowski, dyrektor generalny UP RP, który objął stanowisko w 2002 r. w wyniku wygranego konkursu. W oparciu o przepisy art. 20 ust. 3 ustawy o służbie cywilnej (Dz. U. z 31.05.1999 r.) dyrektor generalny urzędu miał obowiązek niezwłocznego ustanowienia zastępującego: „Dyrektor generalny urzędu niezwłocznie wyznacza w uzgodnieniu z właściwym organem administracji rządowej, zastępującego go dyrektora departamentu (komórki równorzędnej) lub wydziału (komórki równorzędnej). O ustanowieniu zastępstwa dyrektor generalny niezwłocznie zawiadamia Szefa Służby Cywilnej.”
Złożona do akt sprawy kopia pisma z dnia 14.01.2004 r. z całą pewnością nie stanowi dowodu właściwego umocowania prawnego Cezarego Pyla jako rzekomo ustanowionego zastępującym dyrektora generalnego urzędu. Może stanowić jedynie kopię pisma informacyjnego dla Szefa S.C., tzn. wykonania obowiązku wynikającego z art. 20 ust. 3 zdanie drugie.
Pismo to mogłoby zatem jedynie poświadczać wykonanie czynności wtórnej w stosunku do właściwego aktu ustanowienia. Jednakże sam wygląd i braki pisma urzędowego podważają prawdziwość nawet i tej informacji. Już sam brak znaku sprawy dyskwalifikuje takie pismo jako dokument urzędowy.
Brak poświadczenia wpływu pisma do Urzędu Służby Cywilnej i nadania mu odpowiedniej liczby dziennika wraz z datą wpływu, a w miejsce tego poświadczenia odręczny dopisek „doręczyłem adresatowi osobiście” dodatkowo wzbudzał poważne wątpliwości co do prawdziwości zarówno w stosunku do samego pisma, jak też w stosunku do faktu, że istotnie zostało ono wniesione do USC.
Ponadto brak uwierzytelnienia przez pełnomocnika procesowego „za zgodność z oryginałem” powoduje, że kopia taka traci w ogóle walor jakiegokolwiek dowodu w postępowaniu sądowym.
Zakwestionowanie właściwego umocowania prawnego Cezarego Pyla w apelacji Sąd II instancji całkowicie zignorował w zakresie ustalenia stanu faktycznego. Zignorował też całkowicie wszelkie inne prawidłowo złożone przez powoda wnioski dowodowe.
Pozwany Urząd wraz z wniesieniem apelacji złożył do akt tę samą kopię pisma z dnia 14.01.2004 r. mającą udowadniać właściwe umocowanie prawne Cezarego Pyla. Tym razem kopia była poświadczona „za zgodność z oryginałem” ale nie przez pełnomocnika strony pozwanej, lecz przez urzędnika Urzędu Służby Cywilnej.
Nadal więc kopia ta, w świetle obowiązujących przepisów, również w świetle orzecznictwa Sądu Najwyższego nie miała waloru dowodu w postępowaniu sądowym. Mimo żądań powoda przedstawienia oryginału tego pisma – stosownie do art. 129 kpc – Sąd II instancji zignorował wnioski dowodowe.
Pozwany pismem z dnia 23.03.2007 r. złożył do akt kolejną kopię pisma mającego stanowić dowód właściwego umocowania prawnego Cezarego Pyla. Ta kopia wskazuje na ustanowienie Cezarego Pyla dyrektorem generalnym Urzędu Patentowego RP z dniem 25.11.2006 r. i nie była przez powoda kwestionowana.
Podniesienie zarzutu nieważności postępowania oraz nieważności zawartej z powodem umowy o pracę z dniem 01.10.2004 r. dotyczyło rzekomego umocowania prawnego do dokonywania przez Cezarego Pyla czynności prawnych jako zastępującego dyrektora generalnego UP RP, które miało wynikać z pisma z dnia 14.01.2004 r. Umocowanie prawne z dnia 25.11.2006 r. złożone później niczego w tej materii nie zmienia. Sąd II instancji nie tylko pominął wszelkie wnioski dowodowe powoda, ale też całkowicie zmienił wyrok Sądu I instancji na korzyść pozwanego Urzędu Patentowego RP.
Zarzut nieważności postępowania i nieważności zawartej umowy o pracę z powodu braku umocowania prawnego do jej zawarcia przedstawiony został w skardze kasacyjnej. Sąd Najwyższy w wyroku z dnia 19.02.2008 r., sygn. akt II PK 256/07 – odniósł się jedynie do stanu prawnego kwestionowanego umocowania prawnego.
Dokonał przy tym zdumiewającej interpretacji przepisów ustawy o służbie cywilnej przy zastosowaniu tzw. wykładni porównawczej, gdzie wyjaśniał znaczenie przepisu wcześniejszego treścią przepisu późniejszego, znowelizowanego. W rezultacie należy przyjąć, że Sąd Najwyższy w istocie nie dokonał interpretacji przepisu lecz dokonał procesu prawotwórczego, wkraczając w sferę wyłącznej kompetencji ustawodawcy.
Wydaje się również, że Sąd Najwyższy zaprzeczył sam sobie, bowiem w tym uzasadnieniu uznał równoważność komórki organizacyjnej urzędu jaką jest biuro i departament. Tymczasem w wyroku z dnia 24.10.2006 r. – sygn. akt II PK 166/06 kategorycznie stwierdził, że biuro i departament to dwie różne i nierównorzędne komórki organizacyjne urzędu.
Znamienne jest natomiast sformułowanie odnoszące się pośrednio do stanu faktycznego rzekomego zaistnienia faktu ustanowienia Cezarego Pyla zastępującym. Na str. 15 uzasadnienia wyroku użyto sformułowania: „(…) Cezary Pyl faktycznie od 1 grudnia 1993 r. zajmował zatem stanowisko dyrektora Biura Dyrektora Generalnego, co umożliwiło wyznaczenie go zastępującym dyrektora generalnego urzędu w myśl art. 20 ust. 3 ustawy o służbie cywilnej(…).”
Sąd Najwyższy przesądzał tu stronę prawną możliwości wyznaczenia Cezarego Pyla zastępującym dyrektora generalnego. Dokonał jednak ponownie niezrozumiałej interpretacji nazwy stanowiska. Mianowicie pominął fakt, iż Cezary Pyl nie był dyrektorem Biura, lecz „p.o.” dyrektora Biura, to znaczy osobą, którą obsadzono na wyższym stanowisku w służbie cywilnej z pominięciem przeprowadzenia konkursu na to stanowisko, co w świetle ówczesnych przepisów ustawy o służbie cywilnej uniemożliwiało ustanowienie go zastępującym dyrektora generalnego urzędu.
Co do stanu faktycznego, że takie ustanowienie rzeczywiście miało miejsce Sąd Najwyższy w ogóle się nie wypowiedział. Mimo, że wątpliwości w tym zakresie mogłyby skutkować nieważnością postępowania, a to każdy sąd obowiązany jest badać z urzędu.
Przedstawiane przez pozwany Urząd kopie pisma informacyjnego dla Szefa S.C. z całą pewnością nie są aktem ustanowienia i tym samym umocowania prawnego. Akt taki powinien być kierowany do adresata i jednoznacznie powierzać mu obowiązki. W przypadku ustanowienia zastępującego dyrektora generalnego urzędu powinien zawierać podpisy dwóch stron: powierzającego obowiązki i przyjmującego obowiązki. Takiego aktu ustanowienia pozwany nigdy nie przedstawił. A sądy, mimo prawidłowo składanych wniosków dowodowych, nie zobowiązały pozwanego do jednoznacznego i bezspornego udokumentowania swojego umocowania prawnego.
Po uchyleniu wyroku Sądu II instancji i przekazaniu sprawy temu Sądowi do ponownego rozpoznania, skarżący wystąpił do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów (KPRM) o dostęp do dokumentów urzędowych, które miały związek z kwestionowanym umocowaniem prawnym. KPRM pismem z dnia 07.07.2008 r. nadesłała odpowiedź, z której wynikało, że część dokumentów – akurat tych najbardziej istotnych w sprawie – zaginęła, natomiast do innych Szef Kancelarii Prezesa RM, Tomasz Arabski, odmówił dostępu.
Jednocześnie skarżący otrzymał kopię tego samego pisma z dnia 14.01.2004 r., mającego stanowić dowód umocowania prawnego Cezarego Pyla. Kopia ta, poświadczona przez radcę Szefa KPRM, Dorotę Matuszewską „za zgodność z oryginałem”, różniła się w sposób zasadniczy od drugiej kopii złożonej przez pozwanego również poświadczonej „za zgodność z oryginałem”.
Kopia z KPRM nosi stemple z datami 14.01.2004 r. i 15.01.2004 r., natomiast kopia złożona przez pozwany Urząd posiada stempel urzędnika z USC „za zgodność z oryginałem” z datą 11.08.2006 r. i zupełnie inne stemple, niż te na kopii nadesłanej z KPRM.
Jeśli więc na kopii poświadczonej z datą 11.08.2006 r. nie ma pieczęci z datami 14.01.2004 r. i 15.01.2004 r. a obie są poświadczone „za zgodność z oryginałem”, to staje się oczywiste, że kopia z datą 11.08.2006 r. złożona do akt przez pozwanego, nie jest odwzorowaniem z oryginału pisma. Oznacza to, że pozwany poświadczył nieprawdę i takie pismo dowodowe złożył do akt sprawy. Znamienne jest też to, że pełnomocnicy pozwanego Urzędu wystrzegali się jak ognia poświadczenia zgodności z oryginałem tej kwestionowanej kopii.
Po wypowiedzeniu pełnomocnictwa dotychczasowemu pełnomocnikowi z urzędu – radcy prawnemu Andrzejowi Barańskiemu - skarżący wystąpił o zmianę pełnomocnika i jednocześnie samodzielnie prowadził sprawę. W piśmie procesowym z dnia 05.09.2008 r. sformułował szereg wniosków dowodowych w celu wyjaśnienia stanu faktycznego umocowania prawnego Cezarego Pyla, jako rzekomo ustanowionego zastępującym dyrektora generalnego.
Wobec braku nowego pełnomocnika, skarżący kolejnym pismem procesowym z dnia 20.02.2009 r. złożył kolejny wniosek dowodowy o wezwanie na świadków pierwszego pełnomocnika prawnego Urzędu, radcę prawnego Magdalenę Sender oraz urzędnika Urzędu Służby Cywilnej, Jacka Pawłowskiego, który poświadczał „za zgodność z oryginałem” kopię z datą 11.08.2006 r., celem wyjaśnienia oczywistych różnic wyglądu dwóch kopii tego samego pisma.
Postawione też zostały już wprost zarzuty fałszerstwa dokumentów dokonane przez urzędników państwowych i posługiwanie się nimi przed sądami przy współudziale pełnomocników Urzędu, trojga radców prawnych, Magdalenę Sender, Sylwię Vit vel Wilk i Annę Kmieciak.
Ustanowiony w sprawie nowy pełnomocnik, radca prawny Paweł Cieślik, po miesiącu wertowania akt nadesłał informację, iż występuje do Okręgowej Izby Radców Prawnych w Warszawie o zwolnienie go z obowiązku reprezentowania powoda z uwagi na konflikt interesów. Polegać on miał na tym, iż Paweł Cieślik wcześniej reprezentował byłego dyrektora generalnego UP RP, Tytusa Borkowskiego i to jakoby mogło stanowić naruszenie zasad etyki zawodowej, gdyby radca prawny Paweł Cieślik przystąpił do sprawy.
Sprawa przeciwko Urzędowi Patentowemu RP, w ocenie powoda, w żaden sposób nie mogła zagrozić dobrom osobistym Tytusa Borkowskiego i tym samym nie naruszałaby zasad etyki zawodowej radcy prawnego Pawła Cieślika. Jednocześnie fakt, że Tytus Borkowski reprezentowany był przez pełnomocnika spoza Urzędu Patentowego RP nasuwał wniosek, że Tytus Borkowski był stroną nie jako dyrektor generalny UP RP lecz jako osoba prywatna. Tym bardziej więc nie mogłoby być mowy o konflikcie interesów.
Tylko w jednym wypadku takiego konfliktu można było się doszukiwać, a mianowicie gdyby Tytus Borkowski był w sporze właśnie z Urzędem Patentowym RP. To potwierdzałoby wcześniej pozyskane informacje, że taki konflikt istotnie miał miejsce. Na pytanie o sygnaturę sprawy i adres sądu dotyczące tej sprawy, radca prawny Paweł Cieślik odmówił odpowiedzi. Odmówił podania informacji, będącej informacją publiczną i to w czasie, gdy nadal jeszcze był ustanowionym pełnomocnikiem powoda. W tym kontekście pojmowanie zasad etyki zaprezentowane przez radcę prawnego Pawła Cieślika zakrawało na groteskę.
W dniu 07.04.2009 r. Sąd II instancji w ponownej rozprawie apelacyjnej wydał wyrok – sygn. akt XII Pa 294/08 – oddalając wcześniej wszystkie wnioski dowodowe powoda. Uchylając też wiele pytań kierowanych do Cezarego Pyla wezwanego ponownie na świadka, zignorowawszy całkowicie oczywisty fakt poświadczenia nieprawdy w składanych do akt sprawy trzech już kopii pisma z 14.01.2004 r.
Po otrzymaniu wyroku z uzasadnieniem pojawił się jeszcze jeden element oczywistego i rażącego naruszenia prawa przez Sąd Okręgowy w Warszawie, XII Wydział Pracy. Podany w wyroku skład orzekający jest inny, niż skład orzekający, który zamykał rozprawę przed wydaniem wyroku. Na karcie wyroku widnieje jako członek składu orzekającego SSO Ewa Wronka, wówczas Przewodnicząca Wydziału, podczas gdy sędzia ta nie brała udziału w rozprawie bezpośrednio poprzedzającej wydanie wyroku.
Zgodnie z art. 323 kpc skutkuje to bezwzględną nieważnością postępowania.
Mimo żądań powoda, trzeci z kolei pełnomocnik ustanowiony z urzędu, radca prawny Monika Dziedzic nie postawiła tego zarzutu w skardze kasacyjnej. Kasacja została wniesiona z pominięciem istotnych dla rozstrzygnięcia sprawy zarzutów, w tym i skutkujących bezwzględną nieważnością postępowania i postanowieniem z dnia 21.01.2010 r. – sygn. akt II PK 268/09 – została odrzucona z przyczyn formalnych
Niezależnie od błędnego zastosowania przepisów przez Sąd Najwyższy, radca prawny Monika Dziedzic miała obowiązek wystąpić, jednocześnie z kasacją, z wnioskiem o zwolnienie z kosztów sądowych. Nie zrobiła tego, a Sąd Najwyższy, być może wykorzystując niedopełnienie obowiązków przez radcę prawnego Monikę Dziedzic, orzekł jak orzekł.
Pomimo odrzucenia skargi kasacyjnej skarżący nadal starał się ustalić stan faktyczny kwestii umocowania prawnego Cezarego Pyla zastępującego dyrektora generalnego Urzędu, Tytusa Borkowskiego, który jakoby Cezarego Pyla ustanowił zastępującym, na dowód czego istnieje jedynie kilka różnie wyglądających kopii pisma informacyjnego dla Szefa S.C. z dnia 14.01.2004 r.
Skarżący różnymi drogami i sposobami ustalił w końcu, że istotnie w tym samym niemal okresie, co sprawa skarżącego, toczył się spór przed tymi samymi sądami pracy pomiędzy Tytusem Borkowskim a Urzędem Patentowym RP. Skarżący zwrócił się do Sądu Rejonowego dla m.st. Warszawy o dostęp do wyroku i jego uzasadnienia w sprawie o sygn. akt XXIII P 1068/05.
W zastępstwie Prezesa, Przewodniczący VII Wydziału Pracy, Grzegorz Kochan, pismem z dnia 18.08.2010 r. (Adm. 4015-874/10) odmówił dostępu do wyroku, formułując tę odmowę tak, jakby wnioskodawca domagał się dostępu do akt sprawy, co było oczywistą nieprawdą. Chodziło wyłącznie o wyrok i jego uzasadnienie.
Wyroki sądów są zawsze jawne a uzasadnienia wyroków tylko wówczas są niedostępne powszechnie, gdy rozprawa odbywa się w trybie niejawnym. W tym przypadku tak nie było, a więc każdy mógł uczestniczyć w posiedzeniach sądu, również w tym kończącym postępowanie i słyszeć zarówno sam wyrok, jak i jego uzasadnienie.
Tym samym sędzia Grzegorz Kochan rażąco naruszył przepis art. 23 ustawy o dostępie do informacji publicznej oraz art. 61 ust. 1 Konstytucji RP a w konsekwencji art. 10 Konwencji.
Ten wątek ma swój ciąg dalszy i zapewne też uwypukli sposób funkcjonowania układu naczyń połączonych poprzez bezprawne próby uniemożliwienia przez sądy (również i prokuraturę) ujawnienia przestępców na wysokich stanowiskach państwowych.
Sprawiedliwe, rzetelne i bezstronne rozpatrywanie spraw
Powodem i podstawą całego postępowania stał się art. 48 ust. 3 ustawy o służbie cywilnej w brzmieniu ustalonym ustawa z 1996 r.. Żaden z sądów w żadnej z instancji, mimo ustawicznie składanych przez powoda wniosków nie dokonał wykładni przepisu art. 48 ust. 3 uosc i jednocześnie nie skierował pytania prawnego do Trybunału Konstytucyjnego o zgodność przepisu z Konstytucją RP. Skarżący wielokrotnie kwestionował konstytucyjność przepisu, wskazując wiele argumentów, lecz sądy albo ignorowały podnoszony zarzut, albo udzielały lakonicznych wyjaśnień. Tym samym powód, ani nikt inny nie może stwierdzić, na jakich przesłankach znaczenia treści art. 48 ust. 3 uosc kolejne instancje opierały swoje orzeczenia.
Nie wyjaśnił znaczenia tego przepisu również, po raz kolejny, Sąd II instancji w ponownie rozpatrywanej apelacji. Nie wiadomo więc, na jakich podstawach, jakimi przesłankami kierował się Sąd wydając orzeczenie, dlaczego oddalił wnioski pozwu, dlaczego i na jakiej podstawie uznał Sąd okres 6 miesięcy za właściwy dla tego rodzaju umów. Dlaczego nie 8 miesięcy, roku czy ustalonych w przepisie lat 3.
Zwłaszcza, że powód postawił zarzut dyskryminacji wobec niego, biorąc pod uwagę fakt, iż z wygranym we wcześniejszym konkursie na to samo stanowisko Ryszardem Kotonem zawarto umowę na 1 rok, natomiast z powodem, w identycznej sytuacji zawarto umowę tylko na 3 miesiące. Stanowi to oczywiste naruszenie zasad równości wobec prawa – art. 32 ust. 1 Konstytucji RP oraz naruszenie reguły dostępu do służby publicznej na jednakowych zasadach – art. 60 Konstytucji RP i naruszenia art. 25 lit. c MPPOiP. Ta kwestia, podnoszona wielokrotnie w trakcie postępowania, przez sądy w ogóle była pomijana.
Niezrozumiały jest też wyrok wydany w ponownej apelacji i z tych powodów, że Sąd II instancji nie zastosował zgodności z linią orzeczniczą Sądu Najwyższego przedstawioną w uzasadnieniu wyroku II PK 256/07 w zakresie zastosowania identycznej tzw. wykładni porównawczej dla wyjaśnienia znaczenia przepisu art. 48 ust. 3 uosc.
W dniu orzekania, 07.04.2009 r., od ponad 2 tygodni obowiązywały przepisy nowej ustawy o służbie cywilnej, gdzie art. 48 ust. 3 został zastąpiony art. 59 ust. 2 uosc, lecz z treści jego usunięte zostały kontrowersyjne i niezrozumiałe co do celu sformułowania ograniczenia nawiązywania umów o pracę na czas określony do lat 3 z kandydatami, którzy wygrali konkursy na wyższe stanowisko w służbie cywilnej.
Treść art. 48 ust. 3 uosc zastąpiona została treścią art. 59 ust. 2 uosc, regulującą tę samą materię, ale o brzmieniu jednoznacznie nakazującym zawarcie umowy na czas nieokreślony. Art. 59 ustawy o służbie cywilnej, regulujący sposoby obsadzania wyższych stanowisk w służbie cywilnej w wyniku wygranego konkursu nie przewiduje już w żadnych okolicznościach zawierania umów o pracę na czas inny, niż czas nieokreślony.
Skoro więc Sąd Najwyższy zastosował tzw. wykładnię porównawczą w związku z wyjaśnianiem możliwości ustanowienia Cezarego Pyla zastępującym dyrektora generalnego, to dlaczego w identyczny sposób, w tej samej sprawie, w odniesieniu do tej samej ustawy nie zastosowano identycznego sposobu wykładni porównawczej, by wyjaśnić znaczenie wcześniejszego przepisu art. 48 ust. 3 ustawy?
Powód na rozprawie kończącej postępowanie podnosił tę kwestię, ale i ona, podobnie jak wszelkie wnioski dowodowe i żądanie dokonania wykładni art. 48 ust. 3 uosc w świetle zasad Konstytucji – art. 60 w związku z art. 31 ust. 3 i art. 32 ust. 1 w związku z art. 31 ust. 3 oraz art. 25 lit. c MPPOiP - została pominięta całkowicie.
W konsekwencji przez blisko 5 lat w sądach trzech instancji i ponownie w Sądzie II instancji zapadały orzeczenia, z których nie tylko nie można było się dowiedzieć, jakie są podstawy prawne rozstrzygnięć w odniesieniu do kluczowego w sprawie art. 48 ust. 3 ustawy o służbie cywilnej. Nie wiadomo, jakie fakty sądy przyjmowały za podstawę orzekania, na jakich dowodach się opierały oraz jakim dowodom i z jakich przyczyn sądy odmawiały wiarygodności i z jakich powodów ignorowały lub oddalały wnioski dowodowe. Na jakiej podstawie przyjęto, że okres 6 miesięcy jest właściwym okresem zawierania umów.
Wbrew zresztą stanowisku Sądu Najwyższego, który w tym aspekcie wypowiedział się, iż „co najmniej” ale odnosząc się do kwestii sposobu zawierania umów na inne stanowiska. Intencją było wykazanie, co wynika z toku rozumowania, że umowa na 3 miesiące z dyrektorem po wygranym konkursie jest groteskowa, bowiem nawet adept pierwszy raz podejmujący pracę na najniższym stanowisku miał zagwarantowane zatrudnienie właśnie na „co najmniej” 6 miesięcy.
Tym bardziej jest to nie do przyjęcia, że przewidziany w przepisie art. 48 ust. 3 uosc dwutygodniowy okres wypowiedzenia wykluczał zastosowanie terminu zawarcia umowy na czas określony 6 miesięcy. Po myśli art. 33 kodeksu pracy wypowiadanie umów na czas określony jest wyjątkiem od reguły i dotyczy tylko umów zawieranych na okres dłuższy niż 6 miesięcy.
Wszystko to łącznie stanowi bezsporne pogwałcenie zasad wynikających z przepisu art. 328 § 2 kpc.
Prawo do rozpoznawania sprawy w rozsądnym terminie.
Pozew został wniesiony do Sądu 02.01.2005 r., natomiast termin pierwszej rozprawy wyznaczony został dopiero na dzień 22.09.2005 r. Oznacza to blisko 9 miesięcy zwłoki, podczas gdy przepis art. 471 kpc wskazuje jako termin podstawowy 2 tygodnie. Jest to, oczywiście, termin „instrukcyjny” i realia nie pozwalają go dotrzymywać ściśle, jednakże zwłoka blisko 35 tygodni wobec 2 tygodni jest na tyle znacząca, że nie da się tego uzasadnić przyczynami obiektywnymi.
Po wniesieniu apelacji do Sądu Okręgowego w Warszawie, jak wynika z akt sprawy, ostatnie czynności sądu, polegające na odbieraniu pism procesowych stron zakończyły się na przełomie sierpnia i września 2006 r. Rozprawę natomiast Sąd II instancji wyznaczył na 04.04.2007 r. Z uzasadnienia wyroku Sądu Najwyższego wynika, że Sąd II instancji w ogóle nie przeprowadzał żadnych własnych ustaleń a oparł się jedynie na aktach sprawy przesłanych przez Sąd I instancji. W tym wypadku od ostatniej czynności procesowej, mogącej mieć znaczenie dla sprawy upłynęło blisko 8 miesięcy, co również jest nie do pogodzenia z zasadą rozsądnego terminu. Zwłaszcza, gdy chodzi o sąd pracy.
Wyrok z dnia 04.04.2007 r. – sygn. akt XII Pa 397/06 – jak to wskazano wyżej, wydany został z rażącym naruszeniem prawa. Gdyby nawet przyjąć z nienaturalną wręcz wyrozumiałością, że tak kompromitujące każdego prawnika pomylenie przepisów i procedur jest tylko pomyłką, to nie da się w żaden rozsądny sposób wyjaśnić faktu wytworzenia przez Sąd II instancji fałszywego stanu faktycznego, niż ten wynikający z akt sprawy.
Na skutek tak prowadzonego postępowania i takiego wyroku zwłoka – do ponownego rozpoznania apelacji – wyniosła 2 lata. W ciągu tego czasu przez kilka miesięcy Sąd sprawdzał – z niewiadomych powodów – stan majątkowy powoda zwolnionego z kosztów sądowych. Sąd nie wszczął postępowania w celu wyjaśnienia, czy stan majątkowy powoda uległ zmianie. Nie ma na ten temat żadnego postanowienia. Pretekstem do przewlekania sprawy były kłopoty powoda z pełnomocnikami ustanowionymi z urzędu i wnioskiem o zmianę pełnomocnika. Sąd II instancji najpierw stwierdził, że zmiana leży w kompetencji wyłącznie Okręgowej Izby Radców Prawnych, następnie zaczął badać sytuację majątkową powoda, by na koniec oświadczyć, że odmawia zmiany pełnomocnika. Czyli odmawia czegoś, co – jak wcześniej stwierdził – nie leży w jego kompetencjach.
Natomiast postanowienie Sadu Najwyższego zapadło 21.01.2010 r., ale wraz z uzasadnieniem doręczone zostało pełnomocnikowi 06.05.2010 r. Zgodnie z art. 39319 kpc Sąd Najwyższy ma 4 tygodnie na sporządzenie uzasadnienia. W tym przypadku trwało to blisko 14 tygodni.
Łącznie w całym postępowaniu, czy to z powodów niestosowania się przez sądy do przepisów proceduralnych, czy to wydając zarządzenia składania oświadczeń i innych dokumentów, zbędnych jak się okazywało lub w ogóle bezzasadnych, sądy zmitrężyły 3 lata na nic...sądy pracy, należy podkreślić.
RP wolna, nowoczesna, cywilizowana
W świetle całości przedstawionego w skardze stanu faktycznego organy władzy publicznej – w rozumieniu art. 7 Konstytucji RP – zarówno władzy wykonawczej, jak i władzy sądowniczej - doprowadziły do sytuacji niemożliwej do zaakceptowania w demokratycznym państwie prawnym. Na kolejnych szczeblach instancji sądowych (za wyjątkiem skandalicznego wyroku z dnia 04.04.2007 r., sygn. akt XII Pa 397/06) zapadały wyroki, które stwierdzały oczywiste i bezsporne łamanie prawa przez funkcjonariuszy publicznych wysokiego szczebla poprzez, co najmniej, naruszenie przepisów art. 58 §1 i 2 oraz 353 kc.
Z ustaleń poczynionych przez sądy w trakcie postępowania wynika jednoznacznie, iż omijanie przepisów ustawy i naruszenie zasad współżycia społecznego było działaniem zamierzonym, nakierowanym na osiągnięcie konkretnych korzyści dla konkretnych osób.
Taki stan faktyczny – o charakterze nepotyzmu lub kumoterstwa - powinien skutkować postawieniem zarzutu urzędnikom państwowym – prezes UP RP Alicji Adamczak oraz dyrektorowi generalnemu Cezaremu Pylowi - wykorzystywania stanowisk służbowych dla własnych celów, to jest postępowania spełniającego przesłanki zastosowania przepisu art. 231 § 1 kodeksu karnego. Postępowanie takie – stwierdzone przez sądy w kolejnych instancjach - wyczerpuje znamiona czynów o charakterze korupcyjnym. Nieodzowne zdaje się też rozpatrywanie tej sprawy w świetle art. 19 Konwencji Narodów Zjednoczonych przeciwko korupcji.
Tymczasem skutek nastąpił taki, że obywatel, biorący udział w procedurach konkursowych na wyższe stanowisko w służbie cywilnej, wygrywając ten konkurs i tym samym nabywając legalnie prawa, traci te prawa z przyczyny arbitralnych decyzji urzędników, którzy pozbawiają obywatela nie tylko nabytych legalnie praw, ale wraz ze stanowiskiem traci też w ogóle miejsce pracy i tym samym podstawy egzystencji. Natomiast sprawcy wytworzenia takiej sytuacji, funkcjonariusze publiczni działający w imieniu i na rachunek Państwa, nadal zajmują wysokie stanowiska w strukturze Państwa i to Państwo reprezentują.
Postępowanie sądowe wykazuje też jakąś nienaturalną niemoc lub, co gorsza, ochronę urzędników, którzy – niewykluczone – dokonują kolejnych przestępstw w postaci fałszerstw dokumentów składanych do akt sprawy, a inne organy administracji publicznej robią wszystko, by uniemożliwić szczegółowe i precyzyjne wyjaśnienie tej kwestii, będącej jedną z kluczowych dla wyjaśnienia sprawy.
Państwo tworzy system z takimi przepisami, których nikt – żadna instancja sądowa nie potrafi i nawet nie chce wyjaśnić i na podstawie tak kuriozalnych regulacji obywatel zostaje pozbawiony nabytych legalnie praw. Zarzut wsparcia ze strony wymiaru sprawiedliwości dla tak skandalicznych i de facto korupcyjnych zachowań funkcjonariuszy publicznych przejawił się szczególnie wyraziście w wyroku Sądu Okręgowego w Warszawie, XII Wydział Pracy – sygn. akt XII Pa 397/06 sygnowanego przez troje sędziów Sądu Okręgowego w Warszawie – Grażynę Otolę-Pawlica, Annę Telec i Dorotę Szarek.
W wyroku tym nie tylko skład ów przyjął przepisy, które nie mogły mieć zastosowania. Przede wszystkim Sąd II instancji – mając akta sprawy, dokumentację osobową i ustalenia Sądu I instancji – „wytworzył” całkowicie inny stan faktyczny, bowiem tylko tak mógł zastosować przepisy art. 25 ust. 1 ustawy o służbie cywilnej.
Z treści tego przepisu wprost wynikało, że nie mógłby on być zastosowany wobec powoda w żadnej sytuacji, o czym świadczy treść przepisu, zrozumiała nawet dla laika: „W przypadku osób podejmujących po raz pierwszy pracę w służbie cywilnej(…)”. Warunek zastosowania przepisu brzmiał jasno i kategorycznie. Sędziowie składu orzekającego nie dokonali tu żadnej, nawet wysoce kontrowersyjnej interpretacji. Po prostu w sposób oczywisty i świadomy przyjęli – ściślej wytworzyli - fałszywy stan faktyczny, by go odpowiednio dopasować do przyjętego za podstawę orzekania przepisu.
Nie tylko zdaniem skarżącego, ale wielu prawników-praktyków, zapoznających się z aktami sprawy stwierdzało wprost, iż wyrok z 04.04.2007 r., sygn. akt Pa 397/06 wydany został w interesie pozwanego Urzędu Patentowego Rzeczypospolitej Polskiej i tak jak cała przedstawiona sprawa, nie da się inaczej go określić, niż wyrok o charakterze korupcyjnym.
Jednak instytucje powołane do wyjaśniania tego rodzaju kwestii – odpowiednie komórki organizacyjne Ministerstwa Sprawiedliwości, jak i Krajowa Rada Sądownictwa – uchyliły się od podejmowania postępowań wyjaśniających. Pozorowany system kontroli zachowań sędziów w praktyce niemal zawsze natyka się na sakramentalną niezawisłość sędziowską. W praktyce ta święta niezawisłość otwiera szeroko bramy tzw. sprawiedliwości dla każdego sędziowskiego łotrostwa.
W ten sposób funkcjonujący system tzw. „demokratycznego państwa prawnego”, w którym zachowania o charakterze korupcyjnym władzy wykonawczej korzystają z parasola ochronnego ze strony wymiaru sprawiedliwości, działającego zresztą w sposób lustrzany, niszczy ludzi w wielu podobnie prowadzonych postępowaniach sądowych, w tzw. majestacie prawa.
W tej sytuacji niejako automatycznie nasuwa się pytanie, jakie związki nieformalne zachodzą pomiędzy trojgiem sędziów, autorów tego skandalicznego wyroku, a urzędnikami UP RP – prezes Alicją Adamczak i dyrektorem generalnym Cezarym Pylem?
Należy w tym miejscu zasygnalizować również pozycję obywatela, któremu nawet gdy przyznano prawo do pomocy prawnej z urzędu, to i tak równość wobec prawa i równość procesowa są jedynie iluzoryczne. W postępowaniu przed Sądem Najwyższym obowiązuje tzw. przymus radcowsko-adwokacki, co uniemożliwia stronie występowanie przed tym Sądem samodzielnie. Również sama skarga kasacyjna może być wnoszona wyłącznie przez profesjonalnego pełnomocnika.
Z przepisu art. 3939 § 11 kpc wynikało, że strona miała możliwość działania w formie pism procesowych, tzn. dawał prawo do samodzielnego sporządzania czy to odpowiedzi na skargę kasacyjną pozwanego, czy to wnoszenie innych pism procesowych. Po uchyleniu tego przepisu strona postępowania skazana jest wyłącznie na działania pełnomocnika.
Konsekwencje są takie, że mając nawet oczywiście uzasadnione zastrzeżenia co do działania pełnomocnika w sprawie, strona i tak nie ma żadnego instrumentu, by się bronić przed ujemnymi skutkami błędów i zaniedbań pełnomocnika. W istocie więc tak skonstruowanym system proceduralny prowadzi nie do równości stron w postępowaniu sądowym, nie do zapewnienia profesjonalizmu w postępowaniu kasacyjnym, lecz de facto prowadzi do ubezwłasnowolnienia strony we własnej sprawie.
Nie można też pominąć kwestii nierówności traktowania stron postępowania, co na przykładzie wyżej przedstawionej skargi jaskrawo jest widoczne i zdaje się naruszać drastycznie art. 14 w związku z art. 6 ust. 1 Konwencji.
Mianowicie z jednej strony, wobec skarżącego, zastosowane zostały drastyczne – i bezprawne w gruncie rzeczy - rygory daleko posuniętego formalizmu w postaci odrzucenia skargi kasacyjnej bez wezwania do usunięcia braków formalnych. Natomiast strona pozwana – Urząd Patentowy RP – w kwestiach proceduralnych traktowana jest w jakiś nienaturalnie swobodny sposób. Nie tylko poprzez zaniechanie stosowania wymogów formalnych, ale też wręcz uwalniana jest przez sądy od obowiązków wynikających wprost z przepisów prawa. Nawet przedstawiane przez powoda sądom do akt sprawy dowody ewidentnego poświadczania nieprawdy, nie powodują żadnych skutków prawnych wobec pozwanego Urzędu Patentowego RP
Po transformacji ustrojowej 1989 r. miały postępować procesy demokratyzacji, uczciwości państwa, rzetelności i przejrzystości struktur władzy publicznej oraz ich działań. Tworzone były i są nadal przepisy, które miały realizować te zasady. Jednym z obszarów istotnych z punktu widzenia właśnie porządkowania struktur i funkcjonowania państwa miały być pakiety ustaw powiązanych ze sobą funkcjonalnie. Takim obszarem są zarówno ustawa o służbie cywilnej, ustawa o urzędnikach samorządowych, ustawa o finansach publicznych, ustawa Prawo zamówień publicznych.
Tworzyć to miało przejrzysty system konstruowania kadr administracji publicznej, która ma stosować przepisy o zamówieniach publicznych, co – w założeniu – miało stworzyć warunki do uczciwego zarządzania finansami publicznymi z jednej strony, a z drugiej – przy założeniu realizacji pierwszego postulatu, tworzyć miało przejrzystość udzielania zamówień publicznych i w konsekwencji przyczyniałoby się do rozwoju gospodarczego kraju.
Rzeczywistość znana jest powszechnie. Setki i tysiące większych lub mniejszych afer korupcyjnych w związku z dysponowaniem środkami publicznymi jest niejako na porządku dziennym.
Korupcja nie dzieje się w próżni i nie dzieje się sama z siebie. Nie ma takiego aktu prawnego, który potrafiłby uporządkować jakikolwiek obszar samymi przepisami. Dopiero realizacja przez tych, którzy stosują przepisy prawa daje w efekcie rezultat taki, w jaki to prawo jest stosowane. Żeby zachowania korupcyjne były możliwe muszą zaistnieć do tego odpowiednie warunki. M.in. muszą to być odpowiednio skonstruowane kadry urzędnicze. Każdy tzw. „obcy” jest potencjalnym niebezpieczeństwem dla grup interesów. Zwłaszcza, gdy obejmując stanowisko, nie tylko decyzyjne ale jakiekolwiek w administracji publicznej, nie musi nic nikomu zawdzięczać, nie ma powiązań nieformalnych.
Mimo tworzonego, papierowego de facto systemu robi się wszystko, by – jak w powyżej przedstawionej sprawie - neutralizować skutki niewygodnych dla środowisk urzędniczych tzw. „konkurencyjnych” sposobów obsadzania stanowisk w służbie publicznej. Jak wynika z ustaleń w postępowaniu sądowym, skarżącemu nikt nie mógł postawić żadnego zarzutu czy to niekompetencji, czy to niedopełnienia obowiązków. Nawet we wspomnianym wyroku na rzecz Urzędu Patentowego RP – sygn. akt XII Pa 397/06 – Sąd nie poważył się takiego zarzutu postawić. A jednak obywatel stracił i stanowisko objęte w wyniku legalnie wygranego konkursu, i pracę, i podstawy egzystencji.
Sprawcy, urzędnicy, funkcjonariusze publiczni działający w imieniu Państwa i na jego rachunek nadal – za wiedza i zgodą przełożonych, ministrów i szefów rządów - pozostają na wysokich stanowiskach w strukturze Państwa, nadal stosują przepisy prawa własnego, a wymiar sprawiedliwości takie sytuacje legalizuje sam stając się częścią systemu „republiki bananowej”. Czasem, gdy inaczej się już nie da, zasądzając śladowe odszkodowanie – nie wiadomo też na jakich właściwie podstawach i dlaczego w takiej a nie innej wysokości. Wypłacane zresztą w konsekwencji z kieszeni podatnika.
Tu z kolei również niejako automatycznie nasuwa się pytanie, jakie interakcje zachodzą w sferach rządowych, w służbach czuwających nad bezpieczeństwem państwa, w służbach odpowiedzialnych za wykrywanie nadużyć w administracji publicznej, skoro tak oczywiste zachowania, udowodnione i udokumentowane pozostają bez jakiejkolwiek reakcji? Kto ma w tym korzyść, jakie i kto ma cele, by udawać niewiedzę tam, gdzie wiedzę ma duża cześć społeczeństwa?
Wprowadzenie systemu służby publicznej (cywilnej), wraz z zawartymi w ustawach – kolejno nowelizowanym przepisami o konkurencyjnym obsadzaniu stanowisk – szeroko powołuje się na wzory brytyjskie czy francuskie. W świetle przedstawionej powyżej w sprawy zakrawać to się zdaje na jakąś groteskę lub szyderstwo z szeroko propagowanych zasad demokratycznego państwa prawnego.
Gdyby podobna sytuacja pojawiła się przed sądami wymienionych państw, a zwłaszcza gdyby wiedza o tym przedostała się do opinii publicznej, urzędnicy służby publicznej zostaliby z niej usunięci po prawomocnym wyroku i nigdy więcej do takiej służby nie mieliby dostępu. Niejeden zaś mógłby zostać postawiony w stan oskarżenia.
Praktycznie od dwudziestu lat żyjemy jednak w polskim wydaniu demokracji i prawa co oznacza, że porządek prawny i funkcjonowanie państwa opiera się na układzie wzajemnych powiązań, wyświadczania sobie nawzajem przysług przez tzw. ośrodki władzy i tworzenia nieprzemakalnych stref łotrostwa na wszystkich poziomach władzy publicznej.
Witold Filipowicz
Warszawa, 2011 r.
Tagi:
rząd, polityka, państwo, sąd, media, prawo, przestępczość, trybunał, administracja
Kategoria: polityka
Komentarze (0)
2011-09-26 17:10
Generalną zasadą stosowania prawa jest przyjmowanie, a priori, że ustawodawca jest racjonalny. Na podstawie setek orzeczeń wydaje się, iż aksjomat ten stał się już od dawna archaizmem. Wydawać się może, że ustawodawca dawno już zaprzestał uwzględniania predyspozycji, zdolności rozumienia celu tworzonego prawa przez osoby je stosujące. W tym, niestety, również przez sędziów. Przepisy niejednoznaczne, dające możliwość luzu decyzyjnego, mające, z założenia, gwarantować zasadę niezawisłości sędziowskiego orzekania, prowadzą coraz częściej do groteskowych rozstrzygnięć.
Do sądu administracyjnego w Warszawie wniesiona została skarga przeciwko Urzędowi Transportu Kolejowego o uchylanie się od udzielenia informacji publicznej. Pytanie było proste: jaka firma i za jakie pieniądze przeprowadziła test tzw. kompetencji kierowniczych w konkursie na wyższe stanowisko w służbie cywilnej.
Skarga została wniesiona, zgodnie z przepisami, za pośrednictwem UTK. Urząd, też zgodnie z przepisami, skargę ową przekazał sądowi wraz z odpowiedzią na skargę. Zaraz potem przysłał skarżącemu pismo z żądanymi wcześniej informacjami. Sposób postępowania, argumentacja Urzędu i rysujący się obraz sposobów przeprowadzania konkursów na stanowiska dyrektorów w urzędach administracji rządowej to temat na odrębne opracowanie. Tu, po udzieleniu przez organ żądanych informacji – już po wszczęciu postępowania przed sądem administracyjnym – skarga stała się bezprzedmiotowa.
Wkrótce potem WSA w Warszawie nadesłał skarżącemu wezwanie do uiszczenia wpisu sądowego od skargi na bezczynność organu – sygn. akt II SAB/Wa 43/10. Ponieważ jednak skarga w tym momencie stała się bezprzedmiotowa – organ udzielił żądanych informacji – zatem skarżący, zamiast wniesienia opłaty, wystosował pismo procesowe o wycofaniu skargi – na podstawie art. 60 ppsa - uznając tym samym sprawę za zakończoną.
Jakież było zdumienie, gdy kilka tygodni później skarżący otrzymał postanowienie sędziego WSA, Eugeniusza Wasilewskiego, o odrzuceniu skargi z powodu niedopełnienia obowiązku dokonania wpłaty z tytułu wpisu sądowego od skargi. Zdumienie to przerodziło się w napad niepohamowanego śmiechu po zapoznaniu się z uzasadnieniem tego kuriozalnego postanowienia.
Sąd otóż uznał, że nie może umorzyć sprawy, bowiem skarżący, składając wniosek o wycofanie skargi zmierzał do obejścia prawa. Zatem – na podstawie tego samego przepisu art. 60 ppsa - odmówił umorzenia postępowania i postanowił o odrzuceniu skargi.
Formalnie rzecz ujmując, treść przepisu w zasadzie dawała podstawy do odmowy umorzenia postępowania:
„(…) Skarżący może cofnąć skargę. Cofnięcie skargi wiąże sąd. Jednakże sąd uzna cofnięcie skargi za niedopuszczalne, jeżeli zmierza ono do ominięcia przepisów prawa lub spowodowałoby utrzymanie w mocy aktu lub czynności dotkniętych wadą nieważności.(…)”.
Rozumienie przepisu, w tej konkretnej sytuacji, sędzia Eugeniusz Wasilewski tak oto wyjaśnia:
„(…) Zgodnie z art. 60 ppsa skarżący może cofnąć skargę. Cofnięcie skargi wiąże sąd. Jednakże sąd uzna cofnięcie skargi za niedopuszczalne, jeżeli zmierza ono do obejścia prawa lub spowodowałoby utrzymanie w mocy aktu lub czynności dotkniętych wadą nieważności. W przypadku skutecznego cofnięcia skargi postępowanie sądowe ulega umorzeniu (art. 161 § 1 pkt 1 cyt. ustawy).
W przedmiotowej sprawie taka sytuacja nie zachodzi, bowiem Sąd uznał cofnięcie skargi za niedopuszczalne, ponieważ zmierzałoby ono do obejścia przepisów dotyczących uiszczenia wpisu od skargi. (…)”.
Co wynika z takiego uzasadnienia? Niewątpliwie sędzia Eugeniusz Wasilewski umie czytać. Zacytował bowiem przepis ustawy. Dalej to już tylko pozostaje humorystyka mrożkowska. Sąd przyjął, że skarżący cofając skargę z powodu jej bezprzedmiotowości, tak naprawdę szukał pretekstu, by ominąć prawo. A to ominięcie miało polegać na uchylaniu się od wniesienia stosownej opłaty sądowej.
Idąc rozumowaniem sądu, skarżący powinien najpierw wnieść opłatę, ze świadomością, że sprawa jest przesądzona, a dopiero później, albo równocześnie wnieść o umorzenie postępowania. Wówczas wszystko byłoby zgodne z prawem. Gdzie tu miejsce na zdrowy rozsądek i racjonalność ustawodawcy, nie wiadomo. Gdzie racjonalność stosującego prawo, tym bardziej trudno zgadnąć.
Skarżący, postępując z tak rozumianym i stosowanym prawem, miał obowiązek dokonać wpisu, ponieść koszty przelewu, odczekać kilka tygodni, a może i miesięcy na postanowienie o umorzeniu postępowania i potem kolejne kilka tygodni na zwrot uiszczonej opłaty. Ten zwrot, pocztą lub przelewem, obciążyłby skarżącego, rzecz jasna.
Sąd w tym czasie również miałby zajęcie. Przyjęcie wpisu, zaksięgowanie, poświadczenie do akt sprawy, posiedzenie w sprawie umorzenia, postanowienie, uzasadnienie, zlecenie wysłania, zlecenie zwrotu, księgowanie przepływów finansowych, dokonywanie przelewu lub przekazu pocztowego. Kilkanaście osób miałoby sporo zajęcia przy gonieniu króliczka.
Cała historia zakończyłaby się z identycznym skutkiem. Sprawa zostałaby zamknięta bez rozpoznawania. W tym przypadku odrzucenie czy umorzenie dla skarżącego nie miało najmniejszego znaczenia. Dla organu skarżonego też. Dla sądu za to przybyłoby zajęć bez liku.
Jedynie skarżący w tej całej gonitwie cienia poniósłby dodatkowe, zbędne koszty. Podobnie jak zbędnej roboty przybyłoby pracownikom sądu i przy okazji wzrosłaby produkcja makulatury.
Na czym polega zarzut próby omijania prawa? Na zidentyfikowaniu celu takiego działania. Ten cel, co do zasady, ma zmierzać do osiągnięcia jakiejś korzyści przez podmiot, który to prawo usiłuje ominąć. Jaką korzyść miałby osiągnąć skarżący w tej konkretnej sprawie? Żadnej. Umorzenie czy odrzucenie skargi w tym konkretnym przypadku, zarówno z punktu widzenia prawa jak i stanu faktycznego było dla skarżącego doskonale obojętne.
Wystarczyło zignorować wezwanie do uiszczenia wpisu i skutek byłby ten sam. A skarżący przynajmniej zaoszczędziłby sobie czasu, papieru, tuszu i pocztowych kosztów przesyłki poleconej.
Skąd więc pomysł sądu o próbie omijania prawa przez skarżącego, gdy w sposób racjonalny i zgodnie z prawem próbował zamknąć sprawę z powodu odpadnięcia powodu do skarżenia? Wygląda na to, że sąd poczuł się niepocieszony z powodu braku owego wpisu od skargi. Co by to sądowi dało? Wszak w razie umorzenia musiałby ów wpis zwrócić skarżącemu.
A może niekoniecznie. Otóż w ustawie o postępowaniu przed sądami administracyjnymi odnajdujemy inny ciekawy przepis w brzmieniu:
„(…) Art. 232
§ 1 Sąd z urzędu zwraca stronie
1) cały uiszczony wpis od:
a) pisma odrzuconego lub cofniętego, jeżeli odrzucenie lub cofnięcie nastąpiło przed wysłaniem odpisu skargi – organowi, którego działanie lub bezczynność zaskarżono, a także odpisu środka odwoławczego albo skargi o wznowienie postępowania innym stronom;
b) zażalenia na postanowienie w przedmiocie ukarania grzywną, jeżeli zażalenie zostało uwzględnione;
2) połowę wpisu od pisma cofniętego przed rozpoczęciem posiedzenia, na które sprawa została skierowana, z tym że posiedzenie mediacyjne nie wyłącza zwrotu;
§ 2 Postanowienie w przedmiocie zwrotu wpisu może być wydane na posiedzeniu niejawnym.(…)”.
Zagadkowe rozumienie i stosowanie przepisów prowadzić może do kreślenia wielu różnych scenariuszy. Rodem ze świata absurdu. Szczególnie mając na uwadze przepis art. 232 § 2. Można sobie na przykład wyobrazić i taki scenariusz, że sąd najpierw inkasuje wpis od skargi, potem kieruje sprawę na rozprawę, a następnie zajmuje się wnioskiem o cofnięciu skargi. Tym sposobem skarżący, po postanowieniu o umorzeniu postępowania z powodu cofnięcia skargi, nie otrzyma zwrotu wpisu w całości, a jedynie tego wpisu połowę.
Czy w opisywanym przypadku odrzucenie skargi rzeczywiście było zgodne ze znaczeniem przepisu art. 60 ppsa i zgodne z intencją ustawodawcy? Czy istotnie, biorąc pod uwagę stan faktyczny, można było dojść do wniosku, że skarżący działał w celu ominięcia prawa? Czy intencją ustawodawcy było przymuszanie stron do działań irracjonalnych i zbędnego, wręcz bezsensownego ponoszenia kosztów oraz przydawania sądom równie bezsensownych zajęć?
Jest też jeszcze w tej sprawie inny aspekt natury prawnej. Otóż art. 60 ppsa daje prawo sądowi do nieuwzględnienia wniosku o cofnięciu skargi i w związku z tym sąd może odmówić umorzenia postępowania. Jednakże przepis ów nie daje podstawy do odrzucenia skargi. Taką podstawę sąd powinien wskazać – biorąc pod uwagę treść uzasadnienia - z powołaniem przepisu art. 58 § 1 pkt 3 ustawy ppsa. Nie zrobił tego. Dlaczego? Nie wiadomo, ale właściwej podstawy prawnej odrzucenia skargi Sąd nie podał.
Wydaje się, że zgodnie z przepisami ustawy, po nieuwzględnieniu wniosku o cofnięciu skargi z powodów – jak to odkrywczo sąd zauważył – próby ominięcia przepisów prawa, sąd miał obowiązek wydać w tej materii postanowienie o odmowie uwzględnienia wniosku i ponownie wezwać stronę do wniesienia wpisu sądowego. Dopiero po bezskutecznym upływie terminu sąd miałby podstawy do odrzucenia skargi z powodu nieuzupełnienia braków formalnych. Sąd, jak widać, poszedł na skróty.
Czyżby ze złości, że nie udało się uszczknąć chociaż kilku złotych od skarżącego za, bądź co bądź, tytaniczną pracę sędziego i innych pracowników sądu? Oczekiwanie wynagrodzenia za wykonane czynności, choćby nawet tylko kancelaryjne, miałoby może i jakiś sens. Ale dlaczego, w tym wypadku, koszty te miałby ponosić skarżący a nie organ, który do takiej sytuacji doprowadził poprzez swoje działania?
Pan sędzia Eugeniusz Wasilewski powinien rozważyć zatem, czy nie pozwać krnąbrnego organu, winnego przysporzenia pracy sądowi i jego urzędnikom? Niech organ płaci za zmarnowany czas i stertę makulatury wytworzonej w związku z ta sprawą. Da się to wyliczyć.
To, oczywiście, żart. Podobnie jak coraz częściej widać, że cały ten nasz wymiar sprawiedliwości i jego orzecznictwo stają się żartem.
Wyjątkowo ponurym.
Witold Filipowicz
Warszawa,
Kategoria: Prawo
Komentarze (0)
2008-01-10 23:03
Expose Premiera Donalda Tuska, chyba najdłuższe od transformacji ustrojowej. Dla jednych interesujące, dla innych długie i nudne. Konkrety? Jeśli były, to zagubiły się w tym orędziu do narodu. Bo to było orędzie raczej, a nie konkrety programowe rządu.
Expose, jak zawsze, jest w istocie deklaracją programową rządu. Jednak głównie powinno się koncentrować na konkretnych problemach i metodach ich rozwiązywania. Tymczasem można było odnieść wrażenie, że Donald Tusk skupił się na malowaniu obrazu w barwach przeciwnych do wizji kreślonej przez ekipę Jarosława Kaczyńskiego. Tak, jakby nie wystarczyło to, że wyniki wyborów jasno zaprezentowały stanowisko społeczeństwa wobec poprzedniej władzy.
To, że padały obietnice innego stylu rządzenia, też niespecjalnie różniło się od wszystkich poprzednich deklaracji. Każda nowa władza obiecywała dokładnie to samo. Głównie inność w odniesieniu do poprzedników. Nie dziwi, wszak te deklaracje inności dawały zwycięstwo w wyborach.
Pojawiło się, też w zasadzie nienowe, ale i nienadużywane pojęcie zaufania. Zaufania wzajemnego, rządu do społeczeństwa i na odwrót. Społeczeństwo dało już wcześniej wyraz swoim oczekiwaniom, zatem teraz kolej na rząd.
Odrzucono w wyborach całą praktycznie filozofię rządzenia przyjętą przez ekipę Jarosława Kaczyńskiego. Nie samego byłego premiera, ale całego układu politycznego wraz z jego działaniami i założeniami. Donald Tusk wielokrotnie do tego się odnosił, choć w sposób zawoalowany. Niby ogólnie, ale każdy wiedział, do czego zmierza.
Tymczasem obserwujemy praktyczne działania nowego rządu. Zaprzysiężony przed tygodniem już te działania podejmuje. Jakie? Dobre pytanie. Poza wymianą składu rady ministrów, oczywistością, trudno coś więcej zauważyć. W sytuacji zmiany władzy niemal automatycznie następuje również wymiana całej kadry politycznej w strukturze władzy.
Nie tylko więc ministrów, ale też wiceministrów, wojewodów, gabinetów politycznych w resortach. Wszystkie osoby na tych funkcjach powinny automatycznie podawać się do dymisji a rzeczą nowego premiera jest decydowanie, co uczyni z konkretną osobą na konkretnym stanowisku. Taka jest logika zdarzeń.
Wymianę ministrów mieliśmy, natomiast cała reszta aparatu politycznego, w znakomitej większości, pozostaje na stanowiskach i nie wiadomo, czy tam pozostanie, czy są kandydaci na ich miejsce. Warto przypomnieć, że wyniki wyborów nie stanowiły czerwonej kartki dla samego Jarosława Kaczyńskiego. Pokazano ją całemu układowi politycznemu wraz z kadrą polityczną aparatu władzy.
Można odnieść wrażenie, że obecny rząd ma jakieś nienaturalne skłonności altruistyczne i postępuje zachowawczo wobec poprzedniej władzy. Tej władzy, którą społeczeństwo zmiotło ze stanowisk kartami wyborczymi. I nie ma to nic wspólnego z jakimiś akcjami odwetowymi. Po to są wybory, by politycy wiedzieli, czego społeczeństwo oczekuje.
Całość funkcjonowania państwa opiera się na aparacie administracyjnym i wymiana kadr politycznych nie powinna mieć na to funkcjonowanie żadnego wpływu. Fakt, że poprzednia ekipa zdewastowała ten aparat do tego stopnia, iż jego ciągłość działania w przypadku zmian takich, jak obecnie, jest zagrożona. Ale jak chce rząd Donalda Tuska przy takiej konstrukcji kadr realizować obiecane zmiany?
Rząd Kaczyńskiego popełnił coś, co w rzeczywiście demokratycznym państwie prawnym byłoby, co najmniej, przyczyną śmierci politycznej raz na zawsze. Likwidując w praktyce system służby cywilnej, jednocześnie zalegalizował wieloletnie łamanie prawa przez setki wysokich urzędników państwowych. Tych, którzy albo zajmowali stanowiska bez konkursów, albo prowadzili politykę kadrową, uchylając się od ich przeprowadzania. Wprowadzona ustawa o Państwowym Zasobie Kadrowym w istocie ustanowiła system państwa swojaków.
Tym bardziej więc niepokoi to, że w tym wielogodzinnym oratorium do narodu Tusk na temat zmian w konstruowani aparatu administracyjnego państwa niewiele poświęcił uwagi. Priorytetem rządu ma być, jak podkreślał Tusk, walka z korupcją. Podobnie jak priorytety Kaczyńskiego. Czy tymi samymi sposobami zamierza tę walkę prowadzić?
Padła wprawdzie deklaracja o konkursach, ale tylko w odniesieniu do spółek skarbu państwa. Czyli tam, gdzie finansowe konfitury obficie zalegają półki. Jeżeli PO-PSL zamierza poprzestać tylko na tym segmencie, to trudno się dziwić głosom, które powiadają, iż oto pojawiła się kolejna ekipa specjalistów od „odzyskiwania”.
Donald Tusk nie powinien stracić z pola widzenia podstawowej dla niego kwestii. Zwycięstwo wyborcze nie było zasługą programu PO czy osobistego wdzięku obecnego premiera. Tak naprawdę to zwycięstwo zafundował mu sam Jarosław Kaczyński. To właśnie rządy jego ekipy poskutkowały rekordową frekwencją wyborczą, gdy do urn ruszyło tysiące ludzi, którzy z założenia nigdy nie brali udziału w wyborach. Poszli po to, by dać wyraz sprzeciwu wobec minionej władzy.
Wielu z nich głosowało nie za PO, lecz przeciw PiS. A to istotna różnica i trzeba o niej pamiętać. Również i teraz, oglądając sondaże poparcia. Poparcie na takich podstawach jest niezwykle ulotne, a powodem do jego gwałtownego topnienia może być choćby drobny gest czy próby współpracy ponad potrzeby wynikające z obowiązków parlamentarnych i wykonywania zadań państwa.
Tym bardziej, gdy elektorat zacznie dopatrywać się podobieństwa w sposobach postępowania, tyle tylko, że ładniej opakowanych. Niepokojącym sygnałem jest wycofanie się z deklaracji podpisanie Karty Praw Podstawowych. Czym się kieruje Tusk teraz, skoro jeszcze tak niedawno deklarował co innego? Czy ma to być jaskółka zmian w stosunku do wcześniejszych deklaracji programowych?
Motto rządu Tuska: zaufanie, zaufanie obustronne, ładnie brzmi. Społeczeństwo już kilkanaście razy obdarzało zaufaniem kolejne rządy. Jak się to kończyło, wszyscy wiemy. Pozostaje mieć nadzieję, że obecna władza nie ma zbyt krótkiej pamięci, przynajmniej odnośnie historii najnowszej.
Zwłaszcza, gdyby miało się okazać, że Donald Tusk funkcję premiera traktuje jako trampolinę do skoku po najwyższy urząd w państwie w najbliższych wyborach prezydenckich.
W połowie lotu może się okazać, że ktoś wypuścił wodę z ba
Witold Filipowicz
Warszawa, 23 listopada 2007 r.
Tagi:
polityka, państwo, media, prawo, administracja
Kategoria: polityka
Komentarze (3)
2008-01-10 23:01
Jarosław Kaczyński zapowiedział, na zwołanej przez siebie konferencji prasowej, że będzie monitorował stan wolności mediów w RP. Wszystkich, zwłaszcza same media, oświadczenie to niezwykle rozradowało. A może rozśmieszyło. Wszystko jedno, choć różnicę da się uchwycić.
Ostatnie dwa lata rządów, dzień po dniu pokazywały, jak władza pojmuje wolność mediów. Władza, czyli, ni mniej nie więcej, Jarosław Kaczyński. Nie ma się co rozwodzić nad znanymi powszechnie faktami, jak to z tą wolnością i równością bywało, w tym i cenzurą, nawet prewencyjną.
Zdarzały się też historie, o których mało kto wiedział, bo same media jakoś tak starały się niektórych spraw nie dostrzegać. Jednym z takich przykładów było zdarzenie z 14 września tego roku, czyli całkiem świeżutkie. W jednej z ról głównych wystąpił, trzeba trafu, Jarosław Kaczyński.
Wspomnianego dnia odbywała się konferencja prasowa Premiera RP z Premierem Wietnamu. Już na początku spotkania usuniętych zostało z konferencji dwoje dziennikarzy Magazynu Kontrateksty. Usuniętych mimo ważnych legitymacji prasowych i mimo posiadania akredytacji z Kancelarii Premiera. Powód? Na żądanie…Premiera Wietnamu.
Powodem żądania usunięcia przez BOR jednego z dziennikarzy, Ton Van Anh, występującej w podwójnej roli – dziennikarki Kontratekstów, ale też dziennikarki Radia Wolna Azja była jej działalność opozycyjna na rzecz demokracji w obszarze azjatyckim, głównie Wietnamu. Jędrzej Karpiński prawdopodobnie podzielił los Anh z tego powodu, że oboje mieli legitymacje Kontratekstów.
A że prawdopodobnie, to dlatego, bowiem Kancelaria Premiera - słowami Agnieszki Glapiak, dyrektor CIR – pismem z 11 października - nie potrafi wyjaśnić tego zdarzenia z Jędrzejem Karpińskim. Natomiast bardzo poważnie wyjaśnia powód usunięcia wietnamskiej dziennikarki. Chodziło o względy bezpieczeństwa delegacji wietnamskiej, w szczególności bezpieczeństwa Premiera Wietnamu.
Komentować tego zdarzenia nie ma potrzeby, jest wystarczająco wymowne. Ale to jeden z przykładów szczególnej dbałości Jarosława Kaczyńskiego o wolność mediów. Również daje obraz sposobów i narzędzi używanych ku tej dbałości.
W tej sytuacji zapowiedź Jarosława Kaczyńskiego o zamiarze intensywnego monitorowania wolności mediów szczególnie uradowała rzeczony Magazyn Kontrateksty. Jarosław Kaczyński, jako Premier RP, miał nieograniczone wręcz możliwości i narzędzia do – nazwijmy to umownie – monitorowania, łącznie, jak się okazuje, z używaniem funkcjonariuszy służb specjalnych.
Jako poseł opozycyjny, do monitorowania pozostają mu dobre okulary i względnie wydolny słuch, a za narzędzie pilot do telewizora. BOR będzie ewentualnie eks premierowi służył jedynie za przewodnika, by nieopatrznie nie zawędrował z nawyku do Kancelarii Premiera, co groziłoby mu kolejnym, po wyborach, szokiem.
Od monitorowania wszelkich obszarów życia publicznego są media. W tym również od monitorowania wolności słowa, dostępu do informacji publicznej, przede wszystkim zaś od patrzenia na ręce władzy. Również i politykom. Wszelkich barw.
Głównie zaś tym, których wiarygodność pozostawia wiele do życzenia.
Witold Filipowicz
Warszawa, 8 listopada 2007 r.
Tagi:
państwo, media, administracja, plityka
Kategoria: polityka
Komentarze (1)
2008-01-10 22:59
Bunt prokuratorów przeciw odchodzącej władzy. Naraz wielu zaczęły uwierać naciski polityczne i ograniczanie ich niezależności. Konsekwentnie w ślady prokuratorów powinni pójść sędziowie. Wszak też podnosili larum o ograniczaniu ich niezawisłości. Wszystko, rzecz jasna, na tle politycznym. Bo przecież nie prywata czy analfabetyzm są przyczyną setek orzeczeń niczym ze świata Orwella.
Próbnik praworządności
W kwietniu tego roku do Prokuratury Rejonowej Warszawa-Śródmieście wpłynęło powiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez urzędnika państwowego. Sprawa dotyczyła pozwanego do sądu pracy Urzędu Patentowego RP (sygn. akt VII P 464/06). Występujący w imieniu Urzędu Cezary P. przedstawiał się jako zastępujący dyrektora generalnego. Na zarządzenie sądu przedstawił kopię dokumentu, który miał stanowić dowód jego umocowania prawnego, że istotnie na funkcję taką został powołany.
Rzecz w tym, że kopia owa nie była aktem mianowania, ale pismem informującym, skierowanym do Szefa Służby Cywilnej, że takie ustanowienie miało miejsce. Sąd Rejonowy w Warszawie pominął jednak ten drobny szczegół, że kopia w istocie żadnym dowodem umocowania nie była. Umknął też Sądowi taki szczegół, że na owej kopii zabrakło potwierdzenia za zgodność z oryginałem podpisanego przez pełnomocnika Urzędu – radcę prawnego. Zatem w świetle przepisów i orzecznictwa SN kopia ta nie stanowiła żadnego dowodu w sprawie. Brak wniosku powoda o zbadanie tych wątpliwości niczego nie tłumaczy, bowiem sąd z urzędu winien badać tego rodzaju uchybienia.
Ale już w apelacji, przed Sądem Okręgowym w Warszawie – sygn. akt XII Pa 397/06 – wniosek został wyraźnie wyartykułowany. Nie tylko co do prawdziwości kopii pisma, ale w ogóle zakwestionowane zostało umocowanie prawne Cezarego P., jako legalnie pełniącego funkcję zastępującego dyrektora generalnego. Co ciekawe, to na tej samej kopii pisma informacyjnego przed sądem II instancji pojawiło się potwierdzenie „za zgodność z oryginałem”. Tyle, że nie były podpisane przez kolejnych radców prawnych – pełnomocników Urzędu. Podpisana została przez urzędnika dogorywającego właśnie Urzędu Służby Cywilnej. Tym samym kopia ta, jako pismo procesowe nadal była zwykłym świstkiem, bez żadnego waloru dowodowego.
Sam wygląd kopii tego quasi-dokumentu zastanowiłby przeciętnego urzędnika. Przede wszystkim jednak poważne wątpliwości budziła treść pisma. Funkcja Zastępującego dyrektora generalnego urzędu określona była przepisami ustawy o służbie cywilnej, obowiązującymi do października 2006 r. Z treści wynikało, że Cezary P. ustanowiony został Zastępującym w trybie art. 20 ust. 3 wspomnianej ustawy. Stanowisko to wiąże się z szerokimi kompetencjami, właściwie równymi z kompetencjami dyrektora generalnego. W tym do reprezentowania urzędu, występowania w imieniu Skarbu Państwa, podejmowaniu decyzji personalnych, finansowych, majątkowych. Również upoważniała do podpisywania umów o pracę, awansach, rozwiązywaniem umów. Nie ona też nic wspólnego z tak szeroko stosowanymi awansami typu „p.o.”, „wz” czy innych „z upoważnienia”.
Ustanowienie Zastępującego jest też obwarowane konkretnymi wymogami formalnymi. Nie można obsadzić na niej kogokolwiek. Treść przepisu art. 20 ust. 3 nie pozostawia co do tego wątpliwości: „Dyrektor generalny urzędu niezwłocznie wyznacza, w uzgodnieniu z właściwym organem administracji rządowej, zastępującego go dyrektora departamentu (komórki równorzędnej) lub wydziału (komórki równorzędnej). O ustanowieniu zastępstwa dyrektor generalny niezwłocznie zawiadamia Szefa Służby Cywilnej.”
Już choćby z brzmienia tego przepisu wynika, że Cezary P. przedstawił jedynie kopię dokumentu informującego, a nie akt mianowania na funkcję. W jaki sposób, bez takiego aktu mianowania, Cezary P. mógł wykonywać kompetencje dyrektora generalnego? Nie wiadomo. To tak, jakby magazyniera zatrudnić do pracy bez umowy i bez przedstawienia mu zakresu obowiązków i odpowiedzialności. A takiego aktu ustanowienia nikt nigdy na oczy nie widział. Sądy zaś w ogóle się tematem nie zajęły. W szczególności Sąd Okręgowy, mimo wyraźnych wniosków w tym zakresie. Nie zażądał też nawet oryginału choćby tej informacji o rzekomym ustanowieniu. Mimo wyjątkowej wstrzemięźliwości radców prawnych do potwierdzenia zgodności z oryginałem.
Sądowi Okręgowemu przedstawiony został również dokument z Urzędu Służby Cywilnej, z którego wynikało, że Cezary P. nie mógł zostać ustanowiony jako zastępujący dyrektora generalnego i to z prostej przyczyny. Nie spełniał podstawowego wymogu dla takiego ustanowienia – nie był dyrektorem w rozumieniu przepisów ustawy o służbie cywilnej. Zgodnie z art. 41 ust. 2 stanowiska dyrektorów obsadzane były wyłącznie w drodze konkursu, a Cezary P. nigdy żadnego konkursu nie wygrał. W świetle przepisów nigdy więc nie był dyrektorem. Obsadzanie na stanowiskach dyrektorskich na zasadzie „p.o.” czy innych „wz” ustawa nie przewiduje.
Ze wspomnianego pisma - S.C.-061-25/06 - wynikało coś jeszcze. Mianowicie świadome unikanie przeprowadzania konkursów na te stanowiska. A to już oznaczało, że Prezes UP RP naruszał zarówno przepisy ustawy jak i Konstytucji. Po nowelizacji ustawy w sierpniu 2005 roku i wprowadzeniu konkretnych terminów obsadzania stanowisk w drodze konkursów, uchylenie się od przeprowadzania procedur stanowiło już jawne łamanie prawa.
Oznaczało to, że prezes Alicja A. przez kilka lat przekraczała uprawnienia i niedopełniała obowiązku na szkodę interesu państwa. Osoby zajmujące stanowiska dyrektorów bez konkursów, zajmują te stanowiska nielegalnie. Czyli też łamią prawo.
Rola, jaką w tej sprawie odegrał konkretny skład sędziowski Sądu Okręgowego w Warszawie będzie tematem odrębnym. Ale najpierw wypada dać pierwszeństwo głosu Sądowi Najwyższemu.
Prokuratorski profesjonalizm
Prokuratura Rejonowa Warszawa-Śródmieście, o dziwo, jak na tę akurat Prokuraturę, podjęła czynności sprawdzające (sygn. akt 1 Ds. 448/07/KĆ). W trakcie przesłuchania do powyższych historii doszedł kolejny aspekt. Pojawiła się sprawa zmienionego – w czerwcu 2004 roku - przez prezes Alicję A. statutu Urzędu. Statutu o bardzo dziwnej konstrukcji. W tym, m.in., prawdopodobnego przekroczenia upoważnienia ustawowego do obsadzania na stanowiskach dyrektorów na podstawie decyzji Prezesa, co powodowało kolizję z ustawą o służbie cywilnej, a także pojawił się tam dyrektor-niedyrektor ds. finansowych.
W pierwszej części statutu takiego dyrektora nie było, a Biuro Finansowo-Budżetowe znalazło się poza listą komórek organizacyjnych, którymi kierowali dyrektorzy. Ale już w dalszej części statutu dyrektor Biura Finansowo-Budżetowego się pojawiał – jako dyrektor i główny księgowy w jednym. Z uwagi na ową dziwaczną konstrukcję statutu w żaden sposób nie dało się ustalić, w jaki sposób i w jakim trybie stanowisko to miałoby być obsadzane. Ani z konkursu, ani na podstawie mianowania przez Prezesa.
Po co w ogóle statut był wówczas zmieniany, na dodatek z tak dziwaczną konstrukcją? Czy chodziło o ominięcie i w tym wypadku nakazu przeprowadzania konkursu? Zwłaszcza, że osoba zajmująca od lat to stanowisko mogłaby prawdopodobnie w ogóle nie zostać dopuszczona do udziału, a stanowisko mógł objąć – odpukać – ktoś obcy?
Prokuratura Rejonowa Warszawa-Śródmieście niejednokrotnie już zadziwiała postanowieniami o umorzeniu postępowań. Szczególnie zadziwiała uzasadnieniami. Czasami wręcz wzbudzały one kaskady śmiechu. Głównie, gdy chodziło o postępowania wobec urzędników państwowych. Czy w takich przypadkach również chodziło o polityczne naciski? Argumentacje tych uzasadnień o umorzeniach bardziej jednak przypominały zapaść intelektualną autorów i wtórny analfabetyzm prawny, niż polityczne naciski.
W tej sprawie prokurator otrzymał dowody nie tylko na to, że Cezary P. najprawdopodobniej jest uzurpatorem. Nie samoistnym, oczywiście, bo bez akceptacji tego stanu rzeczy przez prezes UP RP, Alicję A., jako zastępujący nie miałby racji bytu. Prokurator dostał też niepodważalne dowody wieloletniego łamania prawa przez samą prezes Alicję A., co wynikało jasno ze wspomnianego wyżej pisma z Urzędu Służby Cywilnej. A taka sytuacja już nasuwa podejrzenia spełniania przesłanek określonych w art. 231 kodeksu karnego.
Przy okazji wyszła też sprawa statutu, jego zmiany, konstrukcji i nieznanych celów.
Po trzech miesiącach postępowania – nazwijmy to umownie: wyjaśniającego – Prokuratura wydała postanowienie o umorzeniu śledztwa. Z powodu braku należycie udokumentowanych możliwości popełnienia przestępstwa. Przy czym prokurator odniósł się wyłącznie do sprawy prawdopodobnego fałszerstwa dokonanego przez Cezarego P. Całą resztę pominął. Tak, jakby sprawa możliwych nadużyć stanowisk służbowych, wbrew przepisom i ze szkodą dla interesów państwa w ogóle nie była warta zbadania. Również aspekt dziwnych zabiegów wokół statutu Urzędu zdawał się prokuratora zupełnie nie interesować.
Za podobne poczynania z majstrowaniem przy aktach prawnych toczą się właśnie procesy pod wdzięczna nazwą „lub czasopisma”.
Z uzasadnienia o umorzeniu wynika, że prokurator poprzestał na wyjaśnieniu urzędnika z Kancelarii Premiera, iż oryginał spornego pisma informacyjnego rzeczywiście istnieje. Czyli wystarcza, iż urząd, odpowiedzialny za ścisłe przestrzeganie zasad stwierdził, że te zasady przestrzega, nie ma więc czego sprawdzać. Poza tym Prezes Urzędu Patentowego – zdaniem prokuratora – miał prawo ustanowić zastępstwo, bo takie jego prawo. Jakoś umknęło prokuratorowi, że w piśmie jest mowa o dyrektorze generalnym, a nie Prezesie i na dodatek podany jest tryb ustanowienia, który w tym wypadku nie mógł być zastosowany.
Ale w ogóle – zdaniem prokuratora – to i tak nie ma sprawy, bo przecież sądy nie zakwestionowały umocowania prawnego Cezarego P.
Dlaczego Prokuratura pominęła dwa pozostałe wątki, nie wiadomo. Na te tematy w prokuratorskim uzasadnieniu nie ma ani słowa.
Układ naczyń połączonych?
Mamy zatem sytuację coraz bardziej interesującą. Sąd Rejonowy w miejsce dokumentu o umocowaniu prawnym przyjmuje kopię pisma informacyjnego, że takie umocowanie podobno było. Na dodatek kopię bez potwierdzenia radcy prawnego – pełnomocnika, a sam wygląd pisma jest mocno podejrzany, jednak Sąd nie reaguje. Sąd Okręgowy pomija wnioski o przedstawienie oryginału pisma informacyjnego oraz dostarczenia dokumentu właściwego o umocowaniu prawnym, a Prokuratura powołuje się na reakcję obu sądów. Ściślej na ich brak reakcji, co, zdaniem prokuratora, jest dowodem, że wszystko jest w porządku.
Jednocześnie pełnomocnicy Urzędu Patentowego – w sumie trzech radców prawnych – wystrzegają się, niczym diabeł święconej wody, potwierdzenia zgodności z oryginałem. Samo zaś umocowanie „uprawdopodabniają” dołączonymi innymi dokumentami. Dla istoty sprawy zasadniczej nie tylko nie mają one znaczenia. Przeciwnie, potwierdzają, że Cezary P. w żaden sposób nie mógł być ustanowiony Zastępującym. Z kolei prokurator poprzestaje na zapewnieniach urzędników, odpowiedzialnych za przestrzeganie procedur, w tym i przyjmowanie pism w odpowiedniej formie, ale sam oryginału nie widzi.
W konsekwencji wszyscy wokół twierdzą, że oryginał istnieje, tylko nikt go na oczy nie widział. Zamiast tego pełnomocnicy stosują jakieś sztuczki uprawdopodobniające, sądy milczą, a prokurator powołuje się na sądy, sam nawet nie fatygując się, by ów oryginał sobie obejrzeć. Dlaczego? Czy chodzi o to, że ewentualny oryginał – jeżeli w ogóle takowy istnieje – łatwo można poddać ekspertyzie?
I – co najważniejsze w całej tej sprawie – mowa o oryginale pisma, które nie jest żadnym umocowaniem prawnym Cezarego P., a jedynie pismem informacyjnym dla Szefa S.C. Dokumentu właściwego – aktu mianowania na funkcję zastępującego, w trybie, jaki wskazano w piśmie informacyjnym, jak nie było tak nie ma i wszystko wskazuje na to, że nigdy go nie było.
Wspomniana na wstępie sprawa w sądzie pracy trafiła już do Sądu Najwyższego. W skardze kasacyjnej, między innymi, postawiony został kolejny raz zarzut nieważności postępowania z uwagi na brak umocowania prawnego Cezarego P. do reprezentowania Urzędu Patentowego. Wiąże się to zresztą w sposób znaczący dla powoda, bowiem podpisana przez Cezarego P. umowa o pracę z powodem, w takie sytuacji byłaby nieważna z mocy prawa.
Pozwany w odpowiedzi na kasację po raz kolejny, zamiast przedstawić w oryginałach stosowną dokumentację, dołącza następne dokumenty „uprawdopodobniające”. Poza tym powołuje się na…prokuraturę, która przecież nie zakwestionowała niczego. Klasyczne błędne koło. Coś jak tłumaczenie niezrozumiałego przez nieistniejące. Blisko dwie strony quasi-prawnej argumentacji, że takie ustanowienie nastąpiło w 2004 roku i było zgodne z prawem można między bajki włożyć.
Z całej dokumentacji wynika jednoznacznie, że Cezary P. w świetle przepisów ustawy o służbie cywilnej nigdy dyrektorem nie był. Nie mógł być zatem ustanowiony zastępującym. Albo więc rzeczywiście został ustanowionym przez ówczesnego dyrektora generalnego, co stanowi naruszenie przepisów i nieważność takiego aktu, albo Cezary P. sfałszował ów tajemniczy dokument, którego oryginału nikt na oczy nie oglądał.
W powyższej sprawie jednocześnie powiadomiony był zarówno minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, ale też i szef CBA, Mariusz Kamiński. Mający, jak wiadomo już powszechnie, doświadczenie z fałszowanymi dokumentami.
Co z tym i wieloma innymi aspektami sprawy zrobi teraz Sąd Najwyższy, nie wiadomo. Od kilku lat obserwujemy przeróżne cuda sądowe, prokuratorskie, cuda z tworzeniem i stosowaniem prawa. Trudno się dziwić, że coraz częściej ludzie szukają sprawiedliwości poza granicami kraju. Znamienne jest to, że coraz częściej tę sprawiedliwość tam dopiero znajdują. Przygnębiające zaś jest to, że dziesiątki osób odpowiedzialnych za przestrzeganie i stosowanie prawa, po takich wyrokach przeciw Polsce, nadal zajmuje swoje stanowiska, jak gdyby nigdy nic.
Zdarza się słyszeć głosy, że brudy powinno się prać we własnym kraju, a wychodzenie z nimi na zewnątrz nie jest patriotyczne. A czy jest patriotyczne tolerowanie bezprawia i anarchii i to przez instytucje powołane do stania na straży praworządności?
Patriotyczne jest tolerowanie konkretnych reprezentantów wymiaru sprawiedliwości, zachowujących się jak półanalfabeci czy osoby, dla których określenie amator byłoby komplementem?
Witold Filipowicz
Warszawa, 13 listopada 2007 r.
Kategoria: polityka
Komentarze (0)
2008-01-10 22:57
Niektórym się wydaje, że do osiągnięcia w życiu sukcesu najpierw trzeba ciężko pracować, a przy tym być przyzwoitym. Okazuje się ostatnio, że niekoniecznie. Ciężko pracować nie zawadzi, ale już z tą przyzwoitością bywa różnie.
Cały kłopot z przyzwoitością rozpoczął się zaraz po transformacji ustrojowej. Lustracja, dekomunizacja, deubekizacja, te pojęcia od początku stały się kością niezgody. Dla jednych był to proces sprawiedliwości dziejowej, konieczny dla oczyszczenia życia publicznego z osób o niechlubnej przeszłości. Dla innych było to polowanie na czarownice i program odwetu.
Podział w zasadzie był wówczas prosty. Po jednej stronie ci, którzy walczyli z reżimem i doprowadzili do jego upadku. Po drugiej ci, którzy tamten system umacniali, zasłużeni funkcjonariusze władzy. Ale też i ci, którzy z systemem współpracowali. Werbowani w różny sposób przez ówczesne służby bezpieczeństwa.
Ten jasny początkowo podział na złych i dobrych okazał się bardzo szybko iluzoryczny. Zamiast przeprowadzić proces oczyszczania państwa, jak to zrobili nasi zachodni i południowi sąsiedzi, mamy od lat festiwal pomówień, wojny na teczki, kolekcjonowanie haków przez wszystkich na wszystkich.
Kłopoty z przyzwoitością zaczęły się wówczas, gdy pośród tajnych współpracowników byłych służb specjalnych pojawiać się poczęły nazwiska ludzi, których nikt o takie związki nigdy by nie podejrzewał. Zwłaszcza, gdy ten i ów, z racji zasług walki z systemem, znajdował się na wysokich stanowiskach we władzach kolejnych rządów.
Postawy najzagorzalszych zwolenników lustracji zaczęły nagle ulegać przedziwnej me
Wygląda zaś na to, że taka przepustką do przyzwoitości jest po prostu wyznanie swoich win i publiczne wyrażenie skruchy. No, może nie dla wszystkich taka przepustka do przyzwoitości jest dostępna. Sędzia skazujący opozycjonistów powie przepraszam i już jest oczyszczony, a nawet w nagrodę otrzymuje stanowisko wiceministra. Ale już duchowny za swoje przepraszam kardynalskiego kapelusza nie dostanie. Inny aparatczyk partyjny tez może zostać ministrem, choć ten to nawet i bez przepraszam, co w świetle haseł o dekomunizacji wygląda cokolwiek dziwnie.
Teraz znów słychać o kolejnym skruszonym współpracowniku tajnych służb. I znów ceni się go za to, że publicznie wyznał swoje winy. Kilkanaście lat ich nie wyznawał, choć już wówczas zajmował wysokie stanowiska. Ruszyło sumienie? A może chodzi o to, że przepisy się zmieniły i wyznać swoje grzechy po prostu musiał? Ale, jak słychać, dla niektórych jest to wyraz wręcz heroizmu. Wystarczający, by i w tym wypadku widzieć go na stanowisku państwowym.
Takich przykładów jest więcej i zapewne będą się one cyklicznie pojawiać nadal. Czy można z tego wyciągać jakieś wnioski? Na przykład takie, że nie ma znaczenia, do jakich łajdactw posunąłeś się w przeszłości. Ważne, byś wyznał publicznie swoje grzechy, publicznie przeprosił i wszystko masz odpuszczone. Dla wielu, jak widać, staje się to przepustką do zaszczytów.
Jeśli tak, to całe te akcje z powszechną lustracją mają chyba jedynie na celu wyszukiwanie odpowiednich kandydatów do obsadzania stanowisk państwowych.
Przez kilkanaście lat powstało wiele różnych list z rzekomymi czy prawdziwymi tajnymi współpracownikami. Figurują tam nazwiska wielu znanych, wielu zasłużonych, uznawanych dotąd za autorytety. Co z tego jest prawdą, oceniać powinny sądy. Na razie ocenia to społeczeństwo. Ostro, jednoznacznie, bez zabawy w rozpatrywanie niuansów czy okoliczności. Kapuś to kapuś.
Ale wydaje się, iż zamiast sądów pojawiła się właśnie inna droga, prosta i dająca niektórym profity. Publiczne wyznanie grzechów i równie publiczne przeproszenie. Władza docenia szczerość. Nawet odpowiednio wynagradza. A jeszcze jak się do całego tego wyznania doda, że wprawdzie kapusiem, to i owszem, było się, ale za to nic i nigdy się żadnemu esbekowi nie przekazało, to może nawet i aureolę wyrychtują koledzy z konspiracji.
TW wszelkiego autoramentu zapraszamy zatem do hurtowych spowiedzi i przepraszania.
Stanowisk ci u nas dostatek.
Witold Filipowicz
Warszawa, 2 listopada 2007 r.
Tagi:
polityka, państwo, media, prawo, administracja
Kategoria: polityka
Komentarze (0)
2008-01-10 22:55
Programy, obietnice, gry wyborcze. Na ogół nikt tego poważnie nie bierze. Ot, reguły demokratycznej walki o władzę. Poważniej wypadałoby traktować programy spoza kręgu wyborczych potyczek. Zwłaszcza tych z udziałem organizacji pozarządowych, mających szczytne cele wzmacniania społeczeństwa obywatelskiego, jawności i przejrzystości życia publicznego.
W roku 2005 zainicjowano akcję „Przejrzysta Polska”.Organizatorami Programu „Przejrzysta Warszawa” są: Gazeta Wyborcza i Fundacja Agora, Polsko-Amerykańska Fundacja Wolności, Fundacja Batorego-Program Przeciw Korupcji, Fundacja Rozwoju Demokracji Lokalnej, Centrum Edukacji Obywatelskiej, Bank Światowy.
Akces zgłosiło wiele jednostek samorządu terytorialnego. W tym Warszawa, która w ramach owej akcji ogólnopolskiej zorganizowała własny program – Przejrzysta Warszawa. Jak z tą przejrzystością bywało, wiadomo powszechnie. Wystarczy wspomnieć historię z Mostem Świętokrzyskim korowody wokół tunelu wzdłuż Wisły i znaną wszystkim aferę pod wdzięczną nazwą „układ warszawski”.
Jednym z obligatoryjnych punktów realizacji wspomnianej akcji był - i jest nadal, bowiem program jest kontynuowany – punkt pod nazwą „wprowadzenie procedury naboru na każdy wakat w urzędzie gminy, w którym procedura musi zawierać wymóg konkursów na stanowiska kierownicze” (pkt 5.1 Programu)
Jak czytamy na stronie internetowej „Przejrzysta Warszawa” – spodziewanym celem akcji jest „przede wszystkim propagowanie idei przejrzystości działań administracji publicznej, czytelne procedury i jednoznaczne, pozbawione uznaniowości decyzje urzędnicze”. Już choćby ze względu na doświadczenia Organizatorów, należało się spodziewać istotnych wyników w zakresie poprawiania jakości życia publicznego. Zwłaszcza w tych strukturach samorządów terytorialnych, które przystąpiły do udziału w Programie.
Z efektami można się zapoznać czytając sprawozdania o przebiegu poszczególnych etapów realizacji. Próżno jednak w nich szukać oceny całościowej. A szkoda, bo mogłoby to być pouczającym przyczynkiem do konfrontacji założeń i rzeczywistości. Warto prześledzić ten obszar funkcjonowania samorządów, o jakim wspomniano wyżej. Sposoby zatrudniania i obsady stanowisk w urzędach administracji samorządowej na przykładzie w największej gminie w kraju – Warszawie.
W sierpniu tego roku Zakład Gospodarowania Nieruchomościami w Dzielnicy Warszawa-Śródmieście ogłosił konkurs na stanowisko kierownika Dziełu Administracyjno-Gospodarczego. Kilka tygodni później ZGN opublikował listę kandydatów spełniających wymagania formalne – w liczbie trzech osób. Po następnych kilku tygodniach ogłoszono wynik owego konkursu ze wskazaniem najlepszego kandydata.
Formalnie rzecz biorąc nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Procedura, jak wiele innych tego rodzaju. Jednakże uzasadnienie dokonanego wyboru było tak ogólnikowe, tak mgliste, że wzbudziły zainteresowanie szczegóły dotyczące kwalifikacji wybranego kandydata. A musiały być one niepoślednie, skoro ZGN dokonał wyboru jedynie na podstawie złożonych dokumentów. Ciekawiły podstawy rozstrzygnięcia tym bardziej, że co najmniej jedna z ofert prezentowała kwalifikacje i doświadczenie znacznie ponad poziom wymogów określonych dla tego stanowiska.
Skierowane pocztą elektroniczną do „p.o.” dyrektora ZGN, pytania o kwalifikacje wybranego kandydata, pozostawało bez odpowiedzi. Również nie otrzymano zwrotnego potwierdzenia odbioru. Adresy poczty elektronicznej na stronach urzędów administracji publicznej są adresami oficjalnymi urzędu i pełnią tę samą funkcję, co adresy dla poczty tradycyjnej. Urząd, podając taki adres ma obowiązek odbioru poczty co najmniej w godzinach pracy. Natomiast żądanie potwierdzenia odbioru spełnia dokładnie tę samą funkcję, jaką spełniają tzw. zwrotki w przypadku poczty tradycyjnej.
Jeśli takiego potwierdzenia nadawca nie otrzymuje, to albo nikt do poczty nie zagląda, albo odbiorca stosuje metodę strusia: „ja nie potwierdzę i wszyscy pomyślą, że nie odebrałem, więc nic nie wiem i mogę nic nie robić”. Niepoważnie to wygląda. Jeżeli zwrotnie nie przychodzi do nadawcy komunikat błędu, to z punktu widzenia prawa pocztę uważa się za dostarczoną do urzędu. Jednocześnie z pocztą do ZGN to samo pismo zostało przesłane do wiadomości organowi nadzoru, Burmistrzowi Dzielnicy Warszawa-Śródmieście i – na wszelki wypadek – jego zastępcom. Reakcja – doskonałe milczenie.
Tymczasem w trakcie ustalania szczegółów konkursu pojawiła się zupełnie nowa okoliczność. Mianowicie na podstawie informacji uzyskanych od urzędników dzielnicy Warszawa-Śródmieście, trafiono na stronę ZGN z listą pracowników zajmujących stanowiska kierownicze w urzędzie. Okazało się, że wybrany jako najlepszy kandydat w konkursie, to „p.o.” na stanowisku kierownika Działu, na jakie odbywał się konkurs.
W tym momencie aspekt poziomu kwalifikacji wybranego kandydata zdawał się odsuwać na drugi plan. Pojawiły się za to wątpliwości, co do prawidłowości przeprowadzonej procedury. Z punktu widzenia tzw. zdrowego rozsądku konkurs, w którym bierze udział pracownik urzędu, przeprowadzany przez pracowników, kolegów i przełożonych kandydata, wygląda – delikatnie rzecz ujmując – dość dziwnie. Czy wynik tak prowadzonego konkursu można przewidzieć? Czy zasada bezstronności i prawdy obiektywnej w ocenie kwalifikacji kandydatów została tu zachowana?
Ustawa o pracownikach samorządowych, w części obsady stanowisk, została uchwalona w oparciu o ustawę o służbie cywilnej. Zabrakło w niej jednak szczegółowych regulacji o sposobach przeprowadzania procedur. Regulaminy gminne też nie do końca określają procedury postępowań, zwłaszcza w takich przypadkach, jak omawiany. Nie oznacza to, oczywiście, zezwolenia na dowolność. Brak przepisu w obszarze prawa administracyjnego nie oznacza żadnej luki, jak to często próbują tłumaczyć urzędnicy swoje mało zrozumiałe zachowania. Wobec braku regulowań szczególnych obowiązuje zasada stosowania prawa o charakterze ogólnym.
W opisywanej sytuacji wydaje się zachodzić przypadek naruszenia całego wachlarza zasad o bezstronności i rzetelności w postępowaniu administracyjnym. Przede wszystkim naruszenie art. 24 § 3 Kpa o wyłączeniu pracownika, którego udział w postępowaniu może budzić wątpliwości, co do jego bezstronności. W tym wypadku każdy pracownik ZGN powinien podlegać wyłączeniu.
Paradoksalnie, ta zasada bezstronności wcale nie musi być podważana tylko z uwagi na ewentualne rozstrzygnięcia na korzyć kandydata. Równie dobrze może się w takim przypadku pojawiać symptom reakcji in minus. Wystarczy, że przełożony czy inna osoba w urzędzie ma swój prywatny żal do kandydata, lub ma inne cele pozamerytoryczne. W obu przypadkach udział w procedurze osób, które mogą być zainteresowane konkretnym wynikiem jest niedopuszczalny. Stanowi o tym wprost powołany wyżej przepis nakazujący wyłączenie pracownika. Mają tu też zastosowanie przepisy art. 7 i 8 Kpa, mówiące – generalnie ujmując – o zasadzie prawdy obiektywnej i zaufaniu do władzy publicznej.
Na poziomie najwyższym systemu prawnego RP taki układ, jaki się pojawił przy okazji ustalania szczegółów konkursu w ZGN, zdaje się naruszać reguły ujęte w art. 32 ust. 1 i art. 60 Konstytucji – równego traktowania każdego podmiotu przez władzę publiczną i dostępu do służby publicznej na jednakowych zasadach.
Wobec tygodniowego milczenia „p.o.” dyrektora ZGN, a także milczenia Burmistrza Dzielnicy Warszawa-Śródmieście, skierowane zostało odwołanie od wyników konkursu do organu gminy, czyli do Prezydenta Warszawy. Organ ma 14 dni na ustosunkowanie się do odwołania i wydanie w tej sprawie decyzji.
Jak dotąd jedyną reakcją na wniesione odwołanie była informacja zwrotna o odbiorze poczty elektronicznej w Urzędzie Miasta i…w kilka godzin później, podobna zwrotna informacja z ZGN. Ktoś w końcu, po tygodniu, raczył odebrać pocztę ze służbowego adresu. Niemniej „p.o.” dyrektora ZGN już popada w bezczynność, bowiem skierowane pytania są wnioskiem o udzielenie informacji publicznej. Na odniesienie się do takiego wniosku podmiot zobowiązany ma 14 dni. To samo odnosi się do Burmistrza Dzielnicy, jak również ów termin i obowiązek reakcji spoczywa teraz też na Prezydencie Warszawy, skoro już jest o sprawie poinformowany.
Od pierwszego pisma, wysłanego przed 3 tygodniami, panuje absolutne milczenie.
Z biografii Burmistrza można się dowiedzieć o szerokich zainteresowaniach i działalności w interesie publicznym, m.in. jako członek Instytutu Regana, kolejnej organizacji, podobnie jak te w Programie „Przejrzysta Warszawa”, mającej też, m.in., cel propagowania przejrzystości życia publicznego. Milczy też, mimo przesłanej informacji, jeden z kandydatów do Sejmu w obecnych wyborach, wieloletni działacz samorządowy i obecny Sekretarz Klubu Radnych PO w Radzie Miasta
Przy okazji ustalania szczegółów związanych z tym jednym konkursem, pojawiły się inne interesujące aspekty procedur konkursowych prowadzonych w ZGN Warszawa-Śródmieście. Choćby konkurs na stanowisko kierownika Dziełu Kadr. Konkurs sprzed roku, w którym do udziału dopuszczono pięć osób, w tym pracownik ZGN, w zasadzie się nie zakończył. Nie ma żadnej informacji na ten temat.
Za to teraz przeprowadzono kolejny konkurs na to stanowisko. Tym razem tylko dwie osoby się zakwalifikowały pod kątem spełniania wymogów formalnych. Trzeba trafu, wśród nich ta sama osoba, pracownik urzędu z konkursu poprzedniego, niezakończonego. Ten konkurs jednak został rozstrzygnięty. Kto okazał się najlepszym kandydatem? Nietrudno zgadnąć.
Jak się podobne historie wpisują w te przeróżne akcje „przejrzystości”, można samemu ocenić. Zwłaszcza, gdy drążąc jeden temat pojawiać się zdaje cały system, mający z przejrzystością niewiele wspólnego. Poczynając od analizy konstrukcji ogłoszeń o konkursach.
Jednym z przykładów może być ogłoszenie o przeprowadzanym właśnie konkursie na stanowisko naczelnika Wydziału Zamówień Publicznych w jednej z dzielnic. Jak wytłumaczyć fakt, że na tego rodzaju stanowisko, w warunkach koniecznych dopuszczających do udziału, nie zawarto ani wymogu wykształcenia kierunkowego, poprzestając na wyższym magisterskim? Czy absolwent botaniki lub geografii sprosta zadaniom na stanowisku związanym z nadzorem udzielania zamówień publicznych? A już zupełnym nieporozumieniem wydaje się brak w wymogach koniecznych doświadczenia na stanowisku kierowniczym związanym z zakresem działania wydziału.
Owszem, wymóg doświadczenia został zamieszczony, ale w…wymogach pożądanych. Czyli takich, których brak w zasadzie o niczym nie przesądza. Warto też zwrócić uwagę, że wymóg dotyczy doświadczenia w zamówieniach publicznych, ale nie wspomina o doświadczeniu na konkretnym stanowisku. W rezultacie jakikolwiek związek z zamówieniami publicznymi, choćby polegał na układaniu dokumentów, wystarcza, zdaniem ogłoszeniodawcy, do objęcia tego konkretnego stanowiska kierowniczego.
Kto zadecydował o zamieszczeniu wymogu znajomości języka angielskiego? Jakimi przesłankami się kierowano? Wszystkie postępowania prowadzone być muszą w języku polskim. Wyjątek przewidziany w prawie zamówień publicznych z pewnością takiego wymogu nie uzasadnia. Nie wynika również taka potrzeba z opisu zakresu obowiązków. Jest też jako pożądany, wymóg ukończonego kursu zamówień publicznych. Co to za kurs, nie wiadomo. Czyli każdy, nawet dwudniowy. Przy braku wymogów konkretnego doświadczenia w warunkach koniecznych, dość zagadkowa specyfikacja ogłoszenia, używając terminu z prawa zamówień publicznych.
Nomen omen, właśnie w zamówieniach publicznych funkcjonuje powszechnie znany proceder ustawiania przetargów. Jednym ze sposobów jest taka konstrukcja specyfikacji istotnych warunków zamówienia, która pozornie jest racjonalna. W istocie zaś wyłącza lub, co najmniej, utrudnia konkurencję potencjalnym wykonawcom. Zawarte warunki tak bywają dobierane, by wyeliminować jakichś konkretny podmiot, lub jeden konkretny preferować.
Innym jeszcze, nagminnie stosowanym warunkiem, zarówno w ogłoszeniach o naborze w administracji rządowej jak i samorządowej, jest formuła terminu składania ofert. Otóż urzędy, nakazując złożenie oferty w określonym terminie, zastrzegają jednocześnie, iż liczy się data wpływu oferty. Na jakiej podstawie stosowane są tak określane terminy, nie wiadomo.
Wobec braku innych uregulowań, zastosowanie mają tu przepisy o terminach zawarte w kodeksie cywilnym. Nadanie przesyłki czy listu poleconego w polskiej placówce pocztowej, choćby ostatniego dnia przed upływem terminu, jest równoznaczne z zachowaniem terminu. Kto i po co wymyślił taką formułę, która może być podstawą unieważnienia postępowania?
Z analiz wielu ogłoszeń o konkursach czy naborze na stanowiska w administracji publicznej można wyciągnąć wnioski, że proceder ustawiania takich czy innych postępowań może znajdować znacznie szersze zastosowanie, niż tylko w zamówieniach publicznych.
O podobnych historiach w sprawozdaniach Programu Przejrzysta Polska, ani jej mutacji, Przejrzysta Warszawa, jak dotąd nie pojawiły się chyba żadne opracowania. Mimo, że ten akurat obszar jest objęty jednym z obligatoryjnych punktów Programu. A warto też wspomnieć o krytyce kierowanej do poprzedniego Prezydenta Warszawy o obsadzaniu stanowisk w samorządzie na zasadach dalekich od przesłanek merytorycznych i zupełnie nieczytelnych.
Sposoby pojmowania przejrzystości w administracji samorządowej, póki co, nadal są zagadkowe.
Witold Filipowicz
Warszawa, 12 października 2007 r.
Kategoria: polityka
Komentarze (0)
2008-01-10 22:53
Był wybuch radości, euforia, fajerwerki. Polska wraz z Ukrainą wybrane na organizatorów Euro 2012. Nie minęła nawet doba, gdy entuzjazm gwałtownie słabnąć począł. Powróciła rzeczywistość.
Zaczęło docierać do wczorajszych triumfatorów, że organizacja imprezy sportowej na skalę międzynarodową to nie kwestia zakupu paru piłek, kompletu majtek i koszulek. Stadiony, drogi, infrastruktura, organizacja, nie tylko na skalę jednego kraju, to zadanie nieco trudniejsze, niż zorganizowanie wiecu partyjnego. Aby podołać takiemu przedsięwzięciu potrzebne są pieniądze, ludzie, wizja i sprawnie funkcjonujący organizm państwa. Poczynając od samego szczytu, rządu, do najmniejszej gminy.
Polska pretendowała do roli organizatora jeszcze przed wyborami w 2005 roku. Należało się liczyć, że możemy tę szansę otrzymać. Już choćby ta perspektywa winna wyznaczać kierunki działania nowej władzy. Jaki sytuacja przybrała kierunek rozwoju, wszyscy wiemy. Ustawiczne wojny międzykoalicyjne, bitwy na teczki, priorytetowe tworzenie kolejnych służb do zadań specjalnych od ścigania wszystkiego i wszystkich. Zaczął się masowy exodus w poszukiwaniu normalności i pracy na obczyźnie. Emigracja na skalę porównywalną do tej z lat osiemdziesiątych.
Wiosną 2006 roku władza zafundowała nam kolejny prezent w postaci rozgonienia na cztery wiatry konkursów na wyższe stanowiska w służbie cywilnej. Trzon apolitycznego – z założenia – aparatu administracyjnego państwa został praktycznie unicestwiony. Wprawdzie poprzedni system i tak był w dużej mierze fikcją, jednakże jakieś tam hamulce przed sobiepaństwem ustanawiał. Z końcem października ubiegłego roku hamulce powędrowały na złom.
No i zaczęło się…
Wszelkie zawirowania rządowe wywoływały personalne zawirowania w urzędach, agencjach, spółkach skarbu państwa. Dyrektorzy, kierownicy, prezesi – wszystko zaczęło się kręcić jak na gigantycznej karuzeli. Funkcje i stanowiska obejmowane są jak popadnie. Kto wcześniej rano wstaje, ten rządzi. To, rzecz jasna, odbija się na obsadzie stanowisk niższych, do ochroniarza włącznie.
Nie inaczej dzieje się w administracji samorządowej. Obowiązujące tu konkurencyjne zasady obejmowania stanowisk, wzorowane na regulacjach poprzedniej ustawy o służbie cywilnej, przejęły też i faktyczne zwyczaje. Przepisy przepisami, a stanowisko i tak ma dostać ten czy ów wybrany zawczasu.
Ciocie, szwagrowie, teściowie, koledzy koleżanek – luz. I jeszcze do tego luz kolejny w systemie zamówień publicznych. Można sobie wyobrazić, kto choć trochę zna od wewnątrz administrację – jak to teraz funkcjonuje. Bezwład, krzyżujące się decyzje, dziwaczne postępowania…, a przy tym i wszechobecny strach. O to, czy jutro jeszcze będę na stanowisku, będę miał pracę, czy będę…czy będę…. I ten nadrzędny teraz kierunek myślenia – byle przetrwać, byle nie podpaść. Lepiej nie zrobić nic, niż o włos za dużo.
Oficjalnie zaś słyszymy - może nie nazbyt nachalnie – że przygotowania do Euro 2012 idą pełną parą zgodnie z planem. Jakim planem? Któż w ogóle jakiś plan widział i kto go stworzył? Ta wielokrotna koalicja pomiędzy wewnętrznymi waśniami? Sztaby urzędników, których wymienia się masowo przy byle okazji albo i bez? Zespoły tworzone ad hoc, wedle jedynego kryterium kwalifikacji – bo swój?
Właśnie Ministerstwo Finansów w trybie ekspresowym przeprowadza konkursy na dyrektorów izb skarbowych i naczelników urzędów skarbowych. Wystarczy spojrzeć na wymogi stawiane kandydatom. Stanowiska te są, bądź co bądź, stanowiskami organów administracji publicznej. Z władztwem wydawania decyzji administracyjnych. Tymczasem od zwykłego specjalisty w jakimkolwiek urzędzie żąda się znacznie wyższych kwalifikacji.
Przez dwa lata nie wprowadzono niezbędnych regulacji prawnych, by umożliwiły sprawną realizację zadań związanych z organizacją mistrzostw. Żeby to nadrobić, wprowadzono właśnie specustawę, która umożliwia udzielanie zamówień publicznych na wielomilionowe inwestycje bez przetargów. Nikogo nie wzruszają sygnały płynące od Komisji Europejskiej, że taki system może zostać zakwestionowany, jako niezgodny z prawem wspólnotowym. Poskutkuje to nie tylko karami finansowymi, ale też i cofnięciem środków unijnych, które miały być przeznaczone na organizacje Euro 2012.
Reformy finansów publicznych, fundamentu dla wielu innych reform, jak nie było tak nie ma. Za to rząd, niemal rzutem na taśmę, w tempie ekspresowym uchwala wydatki, które już uzyskały miano „wydatków wyborczych”. Co się z tych planowanych wydatków ostanie po zmianie władzy?
Przy okazji uchwalenia specustawy przewidziano w niej tworzenie spółek celowych skarbu państwa do udzielania tychże zamówień. Najpierw jednak należy te spółki wyposażyć w personel. Na jakich zasadach, nietrudno zgadnąć. Teściowie ze szwagrami już zacierają ręce. Co będzie w tym czasie robić CBA, okaże się po wyborach. Na razie odnotowało kolejny sukces – przechwyciło w Krakowie architekta-łapownika. Jednego. Ale, jak widać, władza zadbała, by CBA nie spoczęło na laurach i miało zapewniony front robót ma najbliższe kilkanaście lat.
Ogłoszono też inny sukces. Stadion w Warszawie otrzymał lokalizację. Po kilku miesiącach. I tak dobrze, bo mogła się ta lokalizacja rodzić niczym parę kilometrów autostrady – kilka lat. Nikt jakoś specjalnie głośno nie mówi o braku dwustu tysięcy pracowników budownictwa, którzy pojechali szukać szczęścia i pracy za granicą. Zresztą może i słusznie nie wspomina, bo i cóż by ci pracownicy mieli tu robić? Najpierw trzeba coś zaplanować i wdrożyć. A kto ma to zrobić? Za miesiąc zmieni się układ rządzący. Obecna władza samodzielnie raczej rządzić nie będzie. Znów koalicja i znów karuzela stanowisk.
W zależności od wyników wyborów, nie da się wykluczyć gremialnego sprzątania po poprzednikach. Od góry do dołu, wszerz i wzdłuż. Zamiast naprawiać, fikcyjny w dużej mierze, system profesjonalnego aparatu administracyjnego państwa, zafundowano nam nieustające igrzyska i permanentną loterię stanowisk. Rano referent, wieczorem dyrektor, albo na odwrót. Świadomość takiego stanu rzeczy niewątpliwie bardzo jest pomocna w codziennej pracy koncepcyjnej i perspektywicznym planowaniu
W chwili uchwalania ustawy o państwowym zasobie kadrowym, dziwolągu, który m.in. „zalegalizował” fakt zajmowania przez dziesiątki osób wyższych stanowisk w służbie cywilnej bez konkursów, czyli nielegalnie de facto, opozycja larum wznosiła pod niebiosa o zamachu na apolityczną administrację. Przed kilkoma miesiącami temat znikł w ogóle z programów wszystkich partii. Dlaczego?
Stało się jasne, że wybory są nieuniknione. Władza jest zainteresowana utrzymywaniem takiego sposobu obsadzania stanowisk. A opozycja? Po wyborach otrzyma od obecnej władzy wspaniały prezent. Czyszczenie stanowisk z elementu niesłusznego pójdzie sprawnie i gładko.
Mamy mieć mistrzostwa w piłkę nożną, ale na razie intensywnie trenujemy rugby i wolną amerykanę. O Ukrainie lepiej nie wspominać. Akurat i tam odbywają się igrzyska wyborcze.
Imprezę na miarę Euro 2012 przeprowadzimy zapewne, jeśli w ogóle, w następnym tysiącleciu.
Witold Filipowicz
Warszawa, 25 września 2007 r.
Tagi:
polityka, państwo, media, prawo, administracja
Kategoria: polityka
Komentarze (0)
2008-01-10 22:51
Wszyscy wobec prawa są równi. Tak powiadali bohaterowie Orwella. Tę frazę słyszymy i dziś kilka razy dziennie. Na czym ta równość polegała w „Folwarku zwierzęcym”, wszyscy mniej więcej wiedzą. Kto sądził, że powieść owa zalicza się do gatunku SF, od paru lat musi swój pogląd zdecydowanie korygować.
Niespełna dwa tygodnie temu na jednym z portali internetowych pojawiła się informacja o praktykach finansowo-prawnych byłej szefowej Ministerstwa Pracy. Wynikało z tej informacji, że minister Kalata miała nad wyraz szczodrą rękę dla swoich pracowników. Na premie i nagrody wydała w ubiegłym roku ponad 8 milionów złotych. Wedle raportu kontroli zarządzonej przez premiera, stanowiło to 23 procent środków wobec planowanych na ten cel 3 procent.
Z tej samej notatki dowiadujemy się, że prezes Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie poskarżył się premierowi na minister Kalatę. Żalił się, że Ministerstwo Pracy nie płaci grzywien nałożonych przez sąd, nie przekazuje skarg obywateli oraz nie wykonuje wyroków sądu. W sumie była minister Kalata jest winna Skarbowi Państwa około 25 tysięcy złotych. Nie Ministerstwo, jak się błędnie podaje, lecz w ostatecznym rozrachunku minister Kalata osobiście. O ile przepisy o odpowiedzialności urzędnika za działania niezgodne z prawem potraktować poważnie.
Dwie ciekawe informacje w jednym i żadnej odpowiedzi, za to seria pytań się ciśnie, z których choćby kilka warto postawić;
Panu Premierowi:
Jak to jest możliwe, że dopiero po rozpadzie koalicji zainteresowano się radosnym rozdawnictwem pieniędzy publicznych przez minister Kalatę? Przez rok nikt nic nie widział i nie słyszał? To gdzie się podziewały kontrole resortowe, audyty, gdzie się podziewała NIK z badaniem wykonania budżetu? Zwłaszcza, że już przed wieloma miesiącami wróble na dachu opowiadały sobie o wizażystce dla minister Kalaty za jedyne 11 tysięcy, czy o gustownym, stylowym bufecie ministerialnym za jedyne 50 tysięcy?
I co dalej z tym fantem, Panie Premierze?
Pomijając już inne aspekty finansowych wyczynów minister Kalaty, przekroczenie wydatków planu finansowego, tu o 20 procent, stanowi naruszenie dyscypliny finansów publicznych. Powinno to, niejako automatycznie, najdalej na koniec marca, po zakończeniu roku budżetowego, uruchomić procedurę postępowania dyscyplinarnego. Co w tym czasie porabiał resortowy rzecznik dyscypliny finansów publicznych? Czy powiadomił swojego bezpośredniego szefa, Głównego Rzecznika Dyscypliny Finansów Publicznych w Ministerstwie Finansów? Czy też zaniechał wykonania obowiązku ustawowego?
Dlaczego przez tyle miesięcy nikt nie reagował na finansowe ekscesy minister Kalaty i dlaczego nadal nic w tej sprawie nie słychać o podjęciu kroków prawnych, wynikających z przepisów ustawy o finansach publicznych?
„Ciemność, ciemność widzę….”
Panu Prezesowi WSA w Warszawie:
Na początku ubiegłego roku do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie złożony został wniosek o ukaranie grzywną Szefa Służby Cywilnej za nie przekazanie w terminie skargi obywatela. Minister Jan Pastwa wprawdzie skargę przekazał, ale nie w obowiązującym, 30-dniowym terminie, lecz kilkanaście dni później. Tym samym złamał prawo.
Co na to WSA w Warszawie?
Otóż i fragment postanowienia, sygn. akt II SO/Wa 353/05): „(…)Zdaniem Sądu przekroczenie terminu na przekazanie odpowiedzi na skargę wraz z aktami sprawy jest niewielkie, a organ dopełnił wszystkie obowiązki związane z przekazaniem sprawy (…)”. Podobne stanowisko zajął w sprawie…Prezes WSA w Warszawie, na wniesioną skargę na tak kuriozalne postanowienie sądu.
Finał? Obywatel złożył wniosek zgodnie z przepisami prawa, zgodnie z przepisami prawa został wezwany do uiszczenia opłaty sądowej, zgodnie z przepisami prawa opłatę wniósł, a na koniec otrzymał postanowienie WSA w Warszawie o treści, jak wyżej zacytowano i skargę oddalił.
WSA w Warszawie, dwukrotnie, potwierdził złamanie prawa przez organ i na koniec, pospołu z ministrem Janem Pastwą, pokazali obywatelowi gest Kozakiewicza. I nawet nikt nie zwrócił poniesionych kosztów opłaty sądowej. Znaczy, obywatel zapłacił Sądowi za to, by Sąd stwierdził, że obywatel ma rację, ale jednocześnie pokazał mu w związku z tą racją to, co pokazał.
W obu przypadkach dotyczących WSA, wraz z przekazywanym stanowiskiem w sprawie łamania prawa przez organ władzy publicznej, pouczano też obywatela o prawie wniesienia skargi kasacyjnej. Znaczy, nie dość, że obywatel został, de facto, pozbawiony pieniędzy w pierwszej instancji, mimo zasadności złożonego wniosku, bo nikt mu ich nie zwrócił, choć złamanie prawa przez organ stwierdzone zostało, to jeszcze obywatela kierowano na drogę ponoszenia dalszych kosztów.
Nie tylko już samej opłaty, ale też – z uwagi na przymus adwokacki – również kosztów pełnomocnika. Jakiego finału, wobec tak kuriozalnej postawy WSA, można się było spodziewać po NSA?
Jeśli taki kierunek i sposób stosowania prawa wskazuje sam WSA w Warszawie, to skarżenie się teraz na minister Kalatę, że nie przekazuje skarg, wygląda i zabawnie, i zastanawiająco.
Panu Prezesowi można, co najwyżej, podarować paczkę chusteczek jednorazowych z dedykacją porzekadła: „Sameś sobie zgotował ten los, Grzegorzu Dyndało”. Minister Kalata pokazywała właśnie, że nawet jak już sąd, z jakiejś przyczyny, grzywnę nałoży, to i tak funkcjonariusz publiczny ma tę grzywnę, prawo i sąd w miejscu nieszczególnie szacownym.
A skoro uzbierało się tyle tych zobowiązań, to znaczy, że minister Kalata działała tak od dłuższego czasu i w niejednej sprawie. Co robił Pan Prezes WSA przez ten czas?
Panu Premierowi zaś może by podesłać tekst ustawy o finansach publicznych, z powiększoną czcionką i tłumaczem, szczególnie tej części o dyscyplinie finansów publicznych. Wprawdzie jest jeszcze parę ustaw z przepisami pasującymi jak ulał do minister Kalaty i jej działalności, ale już ta jedna by wystarczyła. Zresztą, kto by je czytał i po co?
Gest Kozakiewicza na dobre zagościł w polskim życiu publicznym, teraz sobie utrwala miejsce w systemie prawnym państwa.
Być może zagości też przy urnach wyborczych.
Witold Filipowicz
Warszawa, 10 września 2007 r.
Kategoria: polityka
Komentarze (0)
2008-01-10 22:49
Sąd chyba uważa, że dziennikarz nie ma, a może nie powinien mieć godności. Tak można byłoby sądzić po wydanym w dniu 19 lipca 2007 r. postanowieniu na rozprawie przed sądem rejonowym w Warszawie – sygn. akt III K 459/06.
Chodziło o artykuł, w którym opisane zostały niezupełnie przejrzyście prowadzone procedury w pewnym urzędzie administracji rządowej. Jeden z urzędników poczuł się dotknięty, więc wystosował przeciw autorowi akt oskarżenia. Ale jako osoba prywatna, zatem z art. 212 kodeksu karnego o zniesławienie poprzez publikowanie treści niezgodnych z prawdą.
Ponieważ dziennikarz ocenił, że podstawy oskarżenia są kłamliwe oraz zniekształcone, przez co oskarżyciel nadał niektórym fragmentom tekstu inną wymowę, niż nadał im autor, wobec czego dziennikarz wniósł - na podstawie art. 497 KPK - wzajemny akt oskarżenia.
Po dwóch posiedzeniach pojednawczych (?) i prawie 3 latach doszło do rozprawy głównej. Tu, nim cokolwiek ruszyło, Sędzia wydał postanowienie - na podstawie art. 17 KPK - o umorzeniu postępowania z wzajemnego aktu oskarżenia, a sprawę obrażonego urzędnika – na podstawie art. 34 KPK - wyłączył do odrębnego postępowania. Uzasadnieniem postanowienia były powołane orzecznictwa Sądu Najwyższego, a głównie sentencji wyroków w brzmieniu:
„Nie stanowią przestępstwa zniesławienia różnego rodzaju wypowiedzi dokonywane w ramach przysługujących jednostce uprawnień, między innymi oświadczenia składane w uzasadnieniu lub w obronie praw (np. skargi sądowe, odpowiedzi na zarzuty procesowe, zażalenia, doniesienia pokrzywdzonych o przestępstwie).”
Wynikać z tego zdaje się takie oto przekonanie Sądu, iż dziennikarz, pisząc o urzędniczych manewrach, wystawia się na ewentualny strzał. Jeśli jednak urzędnik w swoim prywatnym akcie oskarżenia nawypisuje bredni, kłamstw i manipulacji treścią artykułu, by wywołać przekonanie, że dziennikarz zmieszał z błotem kryształowego urzędnika, to ów dziennikarz nie ma prawa pociągnąć za kłamstwa owego urzędnika do takiej samej odpowiedzialności.
Już sama logika i zwykłe poczucie sprawiedliwości zdawały się tu doznawać poważnego zachwiania. Tym bardziej postanowienie to zdawało się godzić w konstytucyjną zasadę równości wobec prawa. Dwie prywatne osoby zarzucają sobie wzajemnie kłamstwa pisane na ich temat, ale jednej z nich odmawia się prawa do ochrony swoich dóbr osobistych.
Wskazany przepis art. 17 KPK jest przepisem ogólnym i sam w sobie nie stanowi podstawy umorzenia postępowania bez konkretyzacji przesłanek takiego umorzenia. Jedynie w art. 498 § 1 KPK znajduje się ograniczenie takiej możliwości. Stanowi on, iż wniesienie wzajemnego aktu oskarżenia jest niedopuszczalne, jeżeli prokurator wcześniej wszczął postępowanie albo przyłączył się do postępowania. Nie dotyczyło to jednak tej sprawy, a innych ograniczeń w przepisach KPK nie ma.
Wnioskować z tego należało, że konkretyzacja niedopuszczalności znajduje się w powołanych w uzasadnieniu postanowienia wyrokach Sądu Najwyższego – SN IV KKN 331/00 oraz SN V KKN 435/00.
W prawie karnym stosowanie analogii jest generalnie niedopuszczalne. Warto też pamiętać, iż orzecznictwo, w tym i SN wiąże sądy tylko w sprawie, której dotyczy. Może być wprawdzie powoływane w celu wyjaśnienia przesłanek, jakimi kierują się sądy rozstrzygając w innej sprawie, jednakże charakter tych spraw w swoich zasadniczych elementach musi być, jeśli nie identyczny, to w każdym razie niewątpliwie adekwatny do charakteru sprawy rozpoznawanej. W tym wypadku Sąd Rejonowy w Warszawie uznał, że powołane orzeczenia SN są właściwe do bezpośredniego zastosowania.
Tymczasem obydwa wyroki dotyczą:
- pism procesowych oskarżonego w trakcie postępowania i kierowanych w nich inwektyw pod adresem funkcjonariuszy publicznych, związanych z prowadzeniem postępowania przeciw oskarżonemu;
- wzajemne oskarżenia przeciwko oskarżonemu wnosili funkcjonariusze publiczni, prowadzący lub związani z prowadzeniem sprawy przeciw oskarżonemu.
Niedopuszczalność oskarżenia wzajemnego może być uzasadniona wówczas, gdy oskarżyciel ma prawo czuć się zagrożony ze strony potencjalnego oskarżonego. W szczególności z powodu nierówności stron, ich statusu i potencjalnych możliwości zastosowania restrykcji w związku z wykonywaniem przez oskarżyciela swoich praw.
W niniejszej sprawie nie zachodzą w żadnym stopniu tego rodzaju współzależności, jak również nie może być mowy nawet o potencjalnym zagrożeniu wobec oskarżyciela ze strony oskarżonego. Materiał prasowy, będący przedmiotem postępowania, opisuje zdarzenia ściśle związane z wykonywaniem obowiązków służbowych przez funkcjonariuszy publicznych. Z jakiegoś powodu przeciw autorowi artykułu „Paragrafy i kaptury” wystąpił tylko jeden funkcjonariusz publiczny, ale uczynił to jako osoba prywatna.
Tym samym strony postępowania usytuowane są dokładnie na tej samej pozycji sporu prywatnego, o jednakowym statusie obywatela, któremu przysługują identyczne prawa, w tym prawo do ochrony swojego dobrego imienia. Nic nie uzasadnia, by którejkolwiek stronie postępowania ograniczać, a tym bardziej uniemożliwiać wykonywanie swoich uprawnień.
Również nie znajduje żadnego uzasadnienia faworyzowanie którejkolwiek ze stron, przyznając jej więcej praw wobec strony w identycznej sytuacji. Szczególnie wówczas, gdy obie strony mają identyczne możliwości działania, a pomiędzy stronami nie występuje jakikolwiek element, który mógłby wpłynąć na sposób czy zakres korzystania ze swoich uprawnień którejkolwiek ze stron.
Art. 212 KK ma na celu zapewnienie pokrzywdzonemu dochodzenie swoich praw, gdy ktokolwiek poprzez swoje wypowiedzi narusza dobre imię pokrzywdzonego. Prawo to przysługuje każdemu i – jako element prawa do sądu – jest prawem bezwzględnie obowiązującym. Nic nie może tego prawa ograniczać w sytuacji jednakowej pozycji stron postępowania, a Sąd jest władny jedynie do oceny merytorycznej zarzutów stawianych wzajemnie przez strony postępowania.
Jedną z funkcji przepisu art. 212 KK jest też funkcja prewencyjna w zakresie odpowiedzialności za słowo. Rzekomo pokrzywdzony ma prawo wnieść oskarżenie przeciw autorowi materiału prasowego, jeśli ocenił, że jego treść narusza dobra osobiste pokrzywdzonego. Jednakże akt oskarżenia nie może z kolei naruszać dóbr osobistych oskarżonego poprzez przypisywanie mu treści, jakich w materiale prasowym w ogóle nie ma.
We wniesionym wzajemnym akcie oskarżenia wskazane wyraźnie zostały podstawy oskarżenia wzajemnego i nie stanowił tej podstawy sam fakt wniesienia oskarżenia. Wskazane zostały niektóre z przywołanych przez oskarżyciela fragmenty i sformułowania. Jednych w tekście w ogóle nie ma, inne zostały zniekształcone. Czyli oskarżyciel dokonał świadomej manipulacji treścią, nadając tym fragmentom znaczenie odmienne, niż nadał im autor.
Oczywista nieprawda zawarta w prywatnym akcie oskarżenia powinna być uznana za przekroczenie granic dopuszczalności użytych środków dla ochrony swoich praw. W przeciwnym razie prywatny akt oskarżenia mógłby się w praktyce sprowadzać do bezkarnego lżenia i zniesławiania oskarżonego. Bez żadnych konsekwencji i bez żadnej odpowiedzialności za słowo. W zupełnym oderwaniu od konieczności użycia takich środków do realizacji swoich uprawnień.
Przywołana przez Sąd sentencja orzeczeń dotyczy, jak wskazano na wstępie, spraw o zupełnie innym charakterze, przede wszystkim ze względu na pozycje stron postępowania. Ponadto całość uzasadnienia, w szczególności dalszy fragment, następujący po przywołanej sentencji wskazuje, że zakaz wnoszenia wzajemnego aktu oskarżenia dotyczy tylko określonych sytuacji, zupełnie różnych, niż niniejsza sprawa. Ale nawet i wówczas taka ochrona ma określone granice:
„(…) Nie stanowią bezprawnego zniesławienia zarzuty stawiane w obronie własnych praw, kierowane do władz (zawarte w pismach procesowych, doniesieniach pokrzywdzonych o popełnionym przestępstwie, pozwach rozwodowych).
Legalność takich zarzutów uzależniona jest jednak od potrzeb wynikających z zagrożenia własnego prawa i konieczności wykazania niebezpieczeństwa dla własnych praw ze strony postępowania lub własności innej osoby, lub podmiotu zbiorowego.”(…)”
Z powołanych wyroków wynika jednoznacznie, że w niniejszej sprawie ani nie zachodziły przypadki konieczności stawiania zarzutów opartych na nieprawdziwych lub zmanipulowanych stwierdzeniach, ani też nie zachodzą relacje „niebezpieczeństwa dla własnych praw ze strony postępowania lub własności innej osoby, lub podmiotu zbiorowego”.
Ponadto użytego w sentencji sformułowania: „kierowane do władz”, w kontekście spraw, jakich dotyczą powołane wyroki, nie można rozumieć jako „kierowane do władz” pisma, czyli działania będące czynnościami manualnymi. W sentencji chodzi o „kierowane do władz” inwektywy, których władza jest adresatem.
Sąd Rejonowy, jak się wydaje, nie do końca zrozumiał intencje Sądu Najwyższego, a przede wszystkim z niewiadomych powodów uzasadnił swoje postanowienie w oparciu o wyroki w sprawach zupełnie innego charakteru.
Jedyną cechą wspólną tych trzech postępowań jest art. 212 KK i prywatne akty oskarżenia. Ale zarówno okoliczności jak i strony postępowania są zupełnie inne.
Oskarżyciel, w tym konkretnym przypadku, powinien występować nie jako osoba prywatna, lecz jako instytucja i to nie z prywatnym aktem oskarżenia. Postępowania administracyjne zawsze są prowadzone kilkuosobowo. Jeżeli więc jeden z uczestników postępowania zdecydował się wnieść oskarżenie, to przeciw autorowi powinna wystąpić instytucja, gdyż w istocie to ona jest stroną postępowania. A jednak instytucja na taki krok się nie zdobyła.
W rezultacie tego dziwnego postanowienia oskarżyciel prywatny otrzymuje coś w rodzaju dodatkowej premii. Nie dość, że może sobie oskarżać w sposób zupełnie dowolny, bo przepis ów zwalnia z przeprowadzania dowodów przez oskarżyciela, to na dodatek może wypisywać cokolwiek, choćby całe oskarżenie składało się wyłącznie z kłamstw.
Tymczasem oskarżony autor materiału prasowego musi udowadniać, że urzędnicy złamali prawo, choć – zgodnie z zasadami, to urzędnik jest zobowiązany do udowodnienia, że opisana procedura postępowania administracyjnego przebiegała zgodnie z prawem. Nastąpiła volta odwracająca porządek rzeczy i reguły prawne.
Na dodatek, za kłamstwa wymierzone przeciw autorowi tekstu – kłamstwa zamierzone – nie może on pociągnąć do odpowiedzialności tego, kto kłamstw i manipulacji się chwyta. Trzeba podkreślić, że gdyby takie postanowienie utrzymało się w mocy, to nawet po udowodnieniu w czasie rozprawy, że oskarżyciel kłamał i oparł oskarżenie na zmanipulowanych treściach i tak dziennikarz – stosownie do postanowienia – nadal nie miałby możliwości wniesienia oskarżenia o kłamstwa i manipulacje tekstem. Czyli o działania zmierzające do zniesławienia dziennikarza poprzez pomawianie o pisanie kłamstw.
Konstytucja powiada – w art. 30 – że „Przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności i praw człowieka i obywatela. Jest ona nienaruszalna, a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych”.
Według wydanego postanowienia, za wzajemne teksty na swój temat - nieprawdziwe, według obydwu stron – w stan oskarżenia stawiany ma być tylko dziennikarz. A może dziennikarz to jakieś odmienne jestestwo niemieszczące się w kategorii człowieka i obywatela?
Interesujący system demokratycznego państwa prawnego. Zwłaszcza, gdy jako uzasadnienie postanowienia powoływane są sentencje w oderwaniu od całości sprawy. Natomiast fragmenty dalszej części uzasadnienia zdają się być na tyle istotne, że pomijanie ich zniekształca wymowę całości.
Nazywany „ubeckim kneblem wolności słowa", art. 212 KK, jak widać, ma jeszcze szersze zastosowanie, niż się to wydawało Trybunałowi Konstytucyjnemu, gdy orzekał o jego zgodności z Konstytucją.
Chyba, że Sąd Okręgowy w Warszawie, IX Wydział Karny Odwoławczy, dojdzie do innych wniosków na skutek wniesionego zażalenia na to niezrozumiałe postanowienie. Gdyby tak się stało, wróci równość stron w tym postępowaniu. Po obu stronach stać będą w jednej osobie oskarżeni i oskarżyciele. Na pierwszy rzut oka może się taka sytuacja wydawać groteskowa. Ale warto pamiętać, że ta równość stron oznacza identyczne prawa i obowiązki.
Stąd ów oskarżyciel prywatny, który tak beztrosko wniósł akt oskarżenia, zwolniony z mocy prawa z udowodnienia zasadności oskarżenia, teraz musiałby udowodnić, jak było w istocie z tymi procedurami. Gdzie dziennikarz skłamał, że coś było nie tak. Również będzie musiał udowodnić, gdzie znajdują się stwierdzenia i fragmenty tekstu w takim kształcie, jakie zawarte zostały w akcie oskarżenia.
Tym samym urząd administracji rządowej musiałby udowodnić, że działał zgodnie z prawem. Nie potrafił tego udowodnić przed trzema laty i nie potrafi nadal. Może tu tkwi przyczyna, że to nie instytucja wystąpiła do prokuratury o bezpodstawne znieważanie organu władzy publicznej?
Sytuacja byłaby o tyle jasna, że toczyłaby się wówczas sprawa z oskarżenia publicznego i nie byłoby mowy o wzajemnych aktach oskarżenia. Byłby za to inny problem. Urząd, ściślej prokurator, podtrzymując oskarżenie, byłby zobowiązany do precyzyjnego udowodnienia, że opisane procedury postępowań administracyjnych przebiegały ściśle według przepisów prawa.
Do tego jednak należałoby przedstawić pełną dokumentację postępowań. A tej nie ma, wbrew przepisom kodeksu postępowania administracyjnego. Ot, kłopot.
Czy postanowienie, które w konsekwencji zwalnia oskarżyciela z pozycji oskarżonego i tym samym zwalnia urząd z obowiązku dowodzenia, że działał zgodnie z prawem, zostanie podtrzymane?
Witold Filipowicz
Warszawa, 1 sierpnia 2007 r.
Tagi:
państwo, media, prawo, konstytucja, proces, administracja, zniesławienie, sądy, pomówienie
Kategoria: Prawo
Komentarze (0)
Najnowsze wpisy
Najnowsze komentarze
2011-06-02 08:26
windykacja, kredyty, konta bankowe do wpisu:
Prawa i wolności w naszej spółdzielczości
Mnie się to osobiście bardzo podoba.
2011-05-29 15:59
praca.aid.pl do wpisu:
Kolejny kadr
Panowie, trzeba sobie uświadomić czym jest polityka, to nie będzie żadnych złudzeń.
ustawiczny malkontent, wiecznie niezadowolony, gbur i cynik, uparty niczym cap, zwłaszcza tam, gdzie nie ma racji
Kategorie Bloga
Ulubione blogi
Archiwum
|