2006-11-19 12:35
 Oceń wpis
   

„Nie będzie pobłażliwości!
Rząd i inne organy władzy muszą zwalczać wszystko, co zatruwa życie publiczne: korupcję, prywatę, arogancję, przestępczość i znieczulicę. W tych sprawach nikt nie będzie mógł liczyć na pobłażliwość" - zapowiedział premier. Według niego "wrogiem publicznym powinno być wszystko, co zniechęca Polaków do własnego państwa".
[1]

 

Przy konstruowaniu jakiegokolwiek systemu należy pamiętać o podstawowej zasadzie. Jakość tego systemu będzie taka, jaka będzie jakość jego najsłabszego elementu. W przygotowywanym na zlecenie Fundacji Batorego opracowaniu[2], dotyczącym konstruowania komórek organizacyjnych w korpusie służby cywilnej, ograniczono się do zbadania tylko jednego obszaru funkcjonowania administracji publicznej.

Spośród wielu przypadków opisane zostały najbardziej charakterystyczne oraz takie, na przykładach których ujawniały się nowe elementy. Nie było sensu przywoływać wszystkich przykładów, gdzie np. stwierdzane było nagminne – jak się okazuje – lekceważenie m.in. przepisów kodeksu postępowania administracyjnego. Ten element występował w każdym przypadku.

 

Tak, jak i w każdym przypadku dają się zauważyć wspólne wszystkim cechy: brak poszanowania dla prawa, nieznajomość zasad prawnych, niekompetencja urzędnicza na wszystkich szczeblach.

Swoiście pojmowana solidarność środowiskowa, przejawiająca się choćby w braku reakcji przełożonych na ewidentnie naganne zachowania urzędników niższego szczebla. Tolerancja, a nawet wspieranie bezspornie złych zachowań, prowadzące do równie ewidentnych negatywnych zachowań przełożonych, do najwyższego szczebla urzędu. Powoływanie się na przepisy prawa w celu łamania prawa, to też powszechny, jak się wydaje, zwyczaj urzędników.

Traktowanie norm prawnych w sposób instrumentalny, w całkowitym oderwaniu od zasad generalnych, często wbrew nim. Zupełnie tak, jakby urzędnik zaprzątnięty był wyłącznie jedną myślą – wynaleźć taki przepis, który pozwoli ukryć prawdziwe oblicze i rzeczywiste motywy. Czasem urzędnik tak dalece zabrnie w swoich niejasnych poczynaniach, że aby je kryć, posuwa się nawet do mijania z prawdą w oficjalnej wypowiedzi, będącej, bądź co bądź, stanowiskiem organu władzy publicznej. Czyli wygłaszana jest ona w imieniu i na rachunek państwa, które mu pełnienie tej funkcji powierzyło.

 

Jeżeli urzędnik na wyższym stanowisku w administracji rządowej, członek korpusu służby cywilnej, daje dowody braku elementarnej wiedzy zarówno w zakresie swojego działania, jak i w ogóle w postawie urzędniczej kompetencji, to jest to wyraźny sygnał, że struktury państwa są słabe. Jeżeli jeszcze na dodatek w oficjalnych wypowiedziach świadomie pomija istotne fakty, mogące postawić go w świetle co najmniej dwuznacznym, to już jest sygnał, jak bardzo państwo jest chore.

Zwłaszcza, gdy kolejne szczeble nie tylko nie reagują w sposób nakazany prawem, ale nawet idą w sukurs wspomagając i tłumacząc takie zachowania. Tym samym przełożeni stają się współodpowiedzialnymi, tyle że w jeszcze większym stopniu. Im wyższe stanowisko, to nie tylko zwiększone apanaże, to także zwiększony zakres odpowiedzialności za poczynania podwładnych, nad którymi sprawuje się nadzór.

Niezwykle silny opór przed ujawnianiem informacji o kwalifikacjach zatrudnionego kandydata, rzekomo w imię prawa, przy bezceremonialnym jego łamaniu, może być sygnałem już nie tylko niekompetencji.

 

Opisana w Raporcie procedura rekrutacji w GUGiK, wraz z enigmatycznym opisem kwalifikacji kandydata wybranego, o czym zadecydował spełniony jeden i konkretny warunek w wymaganiach pożądanych, tempo rozstrzygnięcia i wielomiesięczny spór o ujawnienie szczegółów już samo w sobie nasuwa podejrzenie o możliwości zaistnienia przypadku kumoterstwa.

 

Komisyjne niszczenie nadesłanych aplikacji może mieć również na celu np. ukrycie rzeczywistych kwalifikacji kontrkandydatów. Pominięcie w procedurze rekrutacyjnej, prowadzonej w trybie konkurencyjnym, dokumentów kandydata o wyższych kwalifikacjach niż zaproszeni, nabiera już znamion przestępstwa urzędniczego, którego różne formy przewidziane są w przepisach kodeksu karnego.

Dochodzi do tego, że trzeba angażować aż NSA, by urząd przymusić do prawnych form działania. Jedyną zaś konsekwencją wobec urzędników winnych zaniedbań jest postanowienie[3] o zwrocie kosztów sądowych stronie skarżącej organ o bezczynność. W kwocie złotych polskich pięciu. Zapłaconych zresztą z kieszeni podatnika.  

 

Przypadek Kuratorium Oświaty w Warszawie, rekordzisty pod względem sprawności przeprowadzenia konkursu, jest jeszcze bardziej wyrazisty. Konkurs był ewidentną fikcją, co zresztą pośrednio przyznała dyrektor Wydziału Kadr i Statusu Zawodowego Nauczycieli.

W jednym krótkim piśmie zawarta została cała kwintesencja rozumienia celów i misji służby cywilnej, rozumienie przepisów ustaw, rozumienie roli urzędnika państwowego[4]. Ogłoszenie zostało opublikowane, bo to nakazuje ustawa i na tym właściwie koniec.

Chyba, że potraktować poważnie opis wykonanych działań, tzn. w ciągu jednego dnia otworzono oferty (40 aplikacji), dokonano selekcji grupy o najlepszych kwalifikacjach (jak liczebnej, nie wiadomo), powiadomiono te osoby o terminie rozmów kwalifikacyjnych(!), przesłuchano, rozstrzygnięto i przed zakończeniem dnia konkurs się zakończył. Próby wyświetlenia tajemnicy tak niezwykle sprawnie przeprowadzonego konkursu, na stanowisko kierownicze zresztą, napotykały na poważne trudności.

Mazowiecki Kurator Oświaty w decyzji odmawiającej prawa poznania kwalifikacji zwycięzcy, akceptuje jednocześnie prawdziwość dwóch wzajemnie wykluczających się wyjaśnień, swojego i podwładnego. Opatrując tę oczywistą nieprawdę pieczęcią z godłem państwowym. Odwołanie zaś każe słać do Wojewody, tenże  do Ministra Edukacji. Tak się składa, że nad Ministrem już ciąży wyrok NSA zobowiązujący do udzielenia informacji w związku z podobnymi czarami konkursowego naboru do służby cywilnej i podobnej blokadzie informacji na ten temat.

I w tym wypadku opór znalazł finał w NSA, który nakazał zwrot kosztów sądowych, co oznacza zasadność wniesionej skargi na bezczynność organu w kwestii udzielenia informacji publicznej.[5]  

 

Trudno oczekiwać sprawnego funkcjonowania organizmu, który składa się w jakiejś części z wybrakowanych elementów. Trzeba też pamiętać, że większość urzędników, związanych z poszczególnymi przykładami procedur rekrutacyjnych, bierze udział w ocenie kwalifikacji osób przystępujących do konkurencyjnego naboru. Jeżeli członkowie komisji rekrutacyjnych, poza prezentowanym poziomem kwalifikacji i wiedzy, posiadają jeszcze instynkt samozachowawczy, to kandydat o rzeczywiście wysokich kwalifikacjach nie ma żadnych szans, by wygrać jakikolwiek konkurs. Nawet wówczas, gdy zbiegiem okoliczności na jakieś stanowisko nie ma ustalonego już kandydata.

 

To tylko kilka przykładów niezrozumiałego, ale za to niezwykle silnego oporu przed ujawnianiem kwalifikacji wybranych i zatrudnionych kandydatów w procedurze naboru na wolne stanowiska pracy w służbie cywilnej.

 

Prezentowany przez Szefa Służby Cywilnej pogląd, iż to dyrektor generalny jest wyłącznie władny decydować o tym kogo zatrudni, biorąc pod uwagę interes urzędu jest, oczywiście, słuszny. Pod warunkiem wszakże, iż dobro urzędu jest rozumiane jako dobro całego aparatu administracyjnego. Tymczasem w większości przypadków daje się zauważyć postawę „szlachcica na zagrodzie” – dobre jest to, co jest dobre dla kierującego urzędem. To, co za płotem nie ma znaczenia. Mamy takich zagród w kraju ładnych parę tysięcy. Ze swoimi „szlachcicami na zagrodzie”, nierzadko o mentalności watażki z Dzikich Pól.

 

Blisko dziesięć lat funkcjonowania ustawy o służbie cywilnej nie tylko nie zapoczątkowało procesu naprawy państwa, ale przeciwnie, pogorszyło jeszcze jego stan.[6] Uchwalając tę ustawę i pozostawiając ją bez żadnych mechanizmów kontroli społecznej ośmiesza się samą ideę służby cywilnej, Konstytucję RP, ośmiesza się Państwo. Posmak drwiny mają kosmetyczne zabiegi w kolejnych projektach nowelizacji ustawy w zakresie naboru na wolne stanowiska pracy w służbie cywilnej. Nie ma nadal nawet cienia intencji uregulowania dotyczącego jawności na zewnątrz administracji.

 

W połowie czerwca 2003 roku ukazał się „Raport o służbie cywilnej III RP – punkty krytyczne”, napisany na zlecenie Fundacji Batorego w ramach Programu Przeciw Korupcji. Pokazuje on katastrofalny stan korpusu służby cywilnej, choć głównie w odniesieniu do obsadzania wyższych stanowisk.

W kilkanaście dni później, na tej samej stronie ukazał się tekst pewnego rodzaju recenzji Raportu, wytykający brak analizy procedur naboru do służby cywilnej w trybie, o którym mowa w art. 21 usc. Zresztą w ogóle potraktowania tego obszaru po macoszemu.[7] Jednocześnie zaś, w tym samym okresie pojawił się kolejny projekt nowelizacji ustawy – z 9 lipca 2003 roku – gdzie w zakresie ujawniania informacji o przebiegu procedur w praktyce nic się nie zmieniło, mimo wprowadzenia nowych elementów: w tym i nakaz ogłaszania w Biuletynie SC wyników rozstrzygnięć.

Niewątpliwie ów nakaz upowszechniania informacji był  krokiem we właściwym kierunku. Jednakże zakres ujawnianych informacji w praktyce żadnemu z biorących udział w rekrutacji nic nie mówi, z kim konkurs przegrał. Imię i nazwisko osoby zatrudnionej nie odpowiada na pytanie, co ta osoba sobą reprezentuje. A ta wiedza jest podstawą oceny wyników.

 

Kolejne trzy projekty nowelizacji w tamtym okresie niczego nowego nie wnosiły poza widocznym coraz bardziej miotaniem się domorosłych konstruktorów-legislatorów.

Przez blisko osiem lat ten obszar zatrudniania do korpusu służby cywilnej konsekwentnie pomijano nie tylko w publikacjach, ale też w pracach Rady Służby Cywilnej. Szef Służby Cywilnej nie pokusił się przez ten okres o przeprowadzenie badań, jak w rzeczywistości realizowane są zasady Konstytucji i samej ustawy w tym zakresie.

Przeprowadzony test, o bardzo zawężonym zasięgu, tym bardziej może przerazić, że gdziekolwiek się tknąć, objawia się powódź niekompetencji, dowolności, pomylenia pojęć roli urzędnika państwowego z rolą feudała na folwarku lub właściciela manufaktury. Z tą różnicą, że właściciel przedsiębiorstwa skutki swoich błędnych decyzji personalnych odczuje na własnej skórze, natomiast w urzędzie administracji publicznej nikt za nic nie odpowiada, a stała i pewna pensja z budżetu państwa skutecznie usypia chęć wszelkiej inicjatywy.

 

Tylko że skutki tak budowanego aparatu państwa odczuwamy wszyscy i to w coraz boleśniejszy sposób. Urodzaj na lawinowo ujawniane afery korupcyjne – głównie z udziałem polityków i urzędników wyższych i najwyższych szczebli – nie są plonem ostatnich siewów.

Dobrze jest sobie uświadomić, że za każdą z takich ujawnionych afer przewijają się dziesiątki różnych osób. Jeżeli nagle organa ścigania okazują zainteresowanie kimś wysoko postawionym w hierarchii politycznej lub urzędniczej, to warto pamiętać, że jest to skutek niejasnych działań sprzed miesięcy czy nawet lat. Za tym zaś kryją się dziesiątki, setki rozmaitych dokumentów, tworzonych przez całe sztaby ludzi.

Dopiero jakiś artykuł – na ogół nie czynniki właściwe, niestety – uderzając w czubek góry lodowej odkrywa coś, o czym wiele osób wiedziało znacznie wcześniej. Takie zdarzenia, których praktycznie poznajemy dopiero finał, możliwe są m.in. dlatego, że rozgrywają się w otoczeniu w najlepszym razie obojętnym. Milczenie, współdziałanie, przymykanie oczu pozwalają na takie zachowania. A wynika to z różnych przyczyn i motywów. Poczynając od zwykłej głupoty, poprzez swoiście pojmowaną lojalność, poczucie wdzięczności, związki rodzinne i towarzyskie, po świadomy udział.

 

Nietrudno sobie wyobrazić postawę takiego kandydata wobec swojego przełożonego, który przeforsował jego kandydaturę wbrew poziomowi wiedzy i kwalifikacji. Choć może ten czynnik był właśnie decydujący, bo wygodny. Przy takiej dowolności zachowań również nietrudno sobie wyobrazić swobodną budowę struktur jakiegokolwiek urzędu według własnego uznania i zgodnie z własnymi celami.

Szczególnie niepokojące staje się takie zjawisko w przypadku obsad personalnych zespołów, komórek organizacyjnych związanych z dysponowaniem finansami publicznymi lub decydującymi o wydawaniu koncesji, pozwoleń, czy wreszcie zespołów mających te wcześniej wymienione kontrolować.

 

Ukazane w  Raporcie praktyczne przykłady z obszaru zamówień publicznych powinny uzmysławiać, do czego może doprowadzić brak mechanizmów kontroli w powiązaniu z całkowitą dowolnością zachowań i poczuciem bezkarności urzędnika. Taki system sobiepaństwa prowadzi w efekcie do rzeczywistego kryzysu państwa. Nie tylko umożliwia zatrudnianie posłusznych, ale też i, co do zasady, gorszych urzędników, bo lepszy nie potrzebowałby kumoterskiego poparcia przy przejrzystych regułach gry.

Nie ma żadnego racjonalnego uzasadnienia pozbawiania społeczeństwa środków kontroli sposobów zatrudniania i obsadzania stanowisk w administracji publicznej. Całej administracji, a nie tylko w korpusie służby cywilnej.

 

Afery korupcyjne nie są wyłączną domeną administracji rządowej czy wyłącznie samorządowej. Cała administracja przeżarta jest tą gangreną, a ludzie odpowiedzialni za korupcjogenne sposoby budowania struktur, występujący przy lada okazji z płomiennymi przemówieniami o demokracji, państwie prawa i społeczeństwie obywatelskim, w tej tematyce doznają jakiegoś amoku niewiedzy. Jeżeli istotnie wynika to z nieświadomości stanu faktycznego, to tym samym dowodzą swojej niekompetencji. Jeżeli są świadomi i milczą, tym gorzej dla nich. Tym gorzej dla wszystkich.

 

Pod rządami do niedawna obowiązujących przepisów Szef Służby Cywilnej miał i tak wystarczające instrumenty kontroli i nie jest prawdą, że z powodu ich braku pozostawał bezczynny wobec sygnałów o nieprawidłowościach. Trudno sobie wyobrazić odmowę współdziałania, choćby w świetle przepisu art. 11 usc, nie mówiąc już o znacznie szerszym pojęciu obowiązku współdziałania organów administracji państwowej w interesie państwa. Stosowanie uników, z uzasadnieniem braku kompetencji, jest nie tylko niepoważne, ale też potwierdza wspomniany wcześniej pogląd o pomyleniu ról urzędnika państwowego z „panem na zagrodzie”, a części struktury aparatu państwa z tą właśnie zagrodą.

 

Nasuwa się pytanie, jak dalece może sięgać nieświadomość stanu faktycznego w procedurach naboru do służby cywilnej. Przy tym i wyłaniających się na światło dzienne zagadnień rzeczywistych kwalifikacji urzędników wysokiego i najwyższego szczebla w administracji rządowej.

Okazuje się, że ta nieświadomość może sięgać bardzo daleko. Wbrew negatywnej opinii o administracji ponad dziewięćdziesięciu procent społeczeństwa. Opinie te w znakomitej części opierają się na osobistych kontaktach z urzędnikami niższych szczebli. Zatem są wynikiem zetknięcia się ze skutkami wcześniejszych decyzji personalnych. Jak te decyzje powstają, pokazane zostało, w szerszym zakresie, na przykładach we wspomnianym Raporcie. Tym bardziej niepokoi fakt, że jest to tylko ułamek procenta całości.

Nie ma żadnych racjonalnych podstaw wysuwania tezy o wyjątkowości prezentowanych w Raporcie zdarzeń, pośród kilku tysięcy rocznie podobnych postępowań. W żadnym z kontaktów z urzędem nie zdarzyło się nie mieć zastrzeżeń, nierzadko poważnych, co do zachowania urzędnika. Co gorsza tam, gdzie wielość przesłanek niejasnego działania prowadzi wręcz do podejrzeń korupcyjnego charakteru zdarzenia, instytucje oraz urzędnicy, zobowiązani do odpowiedniego reagowania, albo z zastanawiającą determinacją bronią dostępu do informacji, albo umywają ręce.

Tymczasem szef Służby Cywilnej wynosił naszą administrację na wyżyny sprawności i kompetencji:

Pyt.: „Jak pan ocenia poziom kompetencji polskich urzędników? Czy jesteśmy daleko od Europy?

 

Odp.: „Uważam, że poziom naszych urzędników wcale nie jest gorszy od przeciętnej europejskiej. Sporo już osiągnęliśmy i z pewnością wiele jeszcze dobrego przed nami. Zawsze wzorem były dla nas kraje o wysokim poziomie kultury administracyjnej, jak Wielka Brytania, Skandynawia czy Niemcy. Twierdzę, że stanowimy konkurencję dla naszych sąsiadów i nie powinniśmy mieć żadnych kompleksów. Przygotowanie i sposób zachowania się naszych urzędników (...) tylko to potwierdza.”[8]

 

Konkurencję to my stanowimy, póki co, najwyżej dla sąsiedniej Białorusi, a porównywanie się do wymienionych państw brzmiałoby jak anegdota, gdyby nie powaga sytuacji. Porównanie sposobów funkcjonowania administracji państw rozwiniętej demokracji, zwłaszcza w świetle integracji europejskiej, wymagałoby osobnego opracowania, a polski korpus służby cywilnej nabrałby jeszcze bardziej ponurego wyrazu, jak zresztą cały aparat administracyjny państwa.

Sposób rozumienia celów i misji służby cywilnej można też odnaleźć w wypowiedziach innych wysokich urzędników administracji rządowej, np. w kwestii obsadzania wyższych stanowisk w drodze konkursu:

„(…)Pyt.: „Niezależnie od przyjętych teorii zarządzania jest pan urzędnikiem i powinien pan realizować obowiązki wynikające z ustawy o służbie cywilnej.

Odp.: „ I realizuję, działając całkowicie w granicach prawa. Przecież nie ma przepisu, który nakazuje obsadzanie wyższych stanowisk w drodze konkursu w określonym terminie. To byłby nonsens. Chodzi przecież o dobro instytucji, w której ma normalnie toczyć się praca. Te powody mogą uzasadnić sytuację, w której w ogóle rezygnuje się z konkursu. Przykładem mogą być dyrektorzy biur pełnomocników rządu, powołanych do określonych zadań realizowanych w określonym czasie. Organizowanie trwających rok procedur konkursowych miałoby sens przy założeniu, że biuro będzie funkcjonować przez 5 lat. Tyle ze na przykład, reformę trzeba przeprowadzić w ciągu dwóch lat. Ogłaszanie konkursu, żeby wyłonić osobę która będzie pracować na tym stanowisku przez pół roku wydaje się wątpliwe.(…)”[9]

 

Logika wywodu wydaje się być zrozumiała, gdyby np. nie taki fakt, że również i w tym właśnie urzędzie obsadzane są z pomijaniem konkursów wyższe stanowiska w departamentach, które trwają i trwać będą niezależnie od wszelkich reform. Zadaniem ich bowiem jest zapewnienie funkcjonowania urzędu, bez znaczenia, pod jaką nazwą ów departament będzie występował. Jeżeli zniknie, to tylko razem z całym urzędem, co nie wydaje się prawdopodobne.

Zatem w takich sytuacjach widać podwójną logikę w działaniu i wypowiedziach. Takie konstrukcje quasi-racjonalne stawały się później argumentami usprawiedliwiającymi omijanie nakazu konkursowego obsadzania wyższych stanowisk w służbie cywilnej i były powszechną praktyką.

Praktyką akceptowaną, skoro nikt nie próbował nawet polemizować z podobnymi półprawdami. Nie jest też prawdą, że procedury konkursowe trwają, a przynajmniej muszą trwać rok. Czas ich przeprowadzenie w ogromnej części zależny był od sprawności działania zainteresowanych. W GITD w ciągu tego samego roku 2003 zorganizowano już drugi konkurs na to samo wyższe stanowisko, które widać zostało zwolnione przez uprzednio wybranego kandydata.

Chodzi więc raczej o to, że tego zainteresowania w organizowaniu konkursów nie można się było doszukać. Przeciwnie, używano podobnych temu wyżej wybiegów, by temat odsuwać w nieskończoność. W tym przypadku trwało to ponad trzy lata. A komórka organizacyjna trwa od dziesięcioleci i trwać będzie nadal. Sposób myślenia i mentalność dają też znać o sobie i w innej wypowiedzi w tym samym wywiadzie:

„(…) Konkursy to jest tylko jeden z elementów stabilizacji sytuacji, a nie dobro samo w sobie. Jest to pewien proces. Dlatego np. brakuje mi takiego zapisu w ustawie, który pozwalałby na awans wewnętrzny. Gdyby konkursom podlegali tylko dyrektorzy, a zastępcy fakultatywnie, to już istniałoby pole manewru.(…)”.

 

Otóż i odnajdujemy w wypowiedzi specjalisty od półprawd sedno pragnień i snów o budowaniu własnego księstewka. Można sobie wyobrazić swobodę działania i organizacji pracy dyrektora departamentu, który z zewnątrz i nieznany, jakimś cudem, objął stanowisko. Objął w wyniku konkursu przeprowadzonego według czystych reguł i znalazł się w otoczeniu zastępców z nadania dyrektora generalnego.

Nie trzeba zbytniej przenikliwości, by się zorientować, do czego takie swobodne wewnętrzne awansowanie mogłoby doprowadzić. Próby przeprowadzania racjonalnych zamierzeń, które nie przypadną do gustu innym, a nawet mogą stanowić dla wielu zagrożenie utraty swobody postępowania, z góry skazane są na niepowodzenie.

Nagłaśniane nieprawidłowości w zatrudnianiu na wyższe stanowiska pracy w służbie cywilnej, jak w całej zresztą administracji, to tylko jedna strona medalu. Dyrektorzy z konkursów, choćby i wybitni specjaliści, niewiele zdziałają, mając wokół współpracowników dobieranych na zasadzie nieformalnych powiązań, a nie według kompetencji. W przykładach w Raporcie udział biorą w niejasnych działaniach zresztą nie tylko p. o., jak można skonstatować. Tak więc i konkursy na wyższe stanowiska nie rozwiązywały problemu.[10]  

We wskazanym wyżej przypadku nawet i nie trzeba było uciekać się do wewnętrznych awansowań z omijaniem procedur konkursowych, znaleziono bowiem „pole manewru”. Dyrektor został obsadzony z zewnątrz, a jeden z zastępców, bez żadnych konkursów, również przybył z zewnątrz. W ten prosty sposób w jednym departamencie, któremu z całą pewnością nie grozi likwidacja, od kilku lat działają p. o. dyrektor z zewnątrz, trzech p. o. zastępców, w tym jeden ściągnięty z zewnątrz oraz jeszcze jeden zastępca, o którym w ogóle niewiele wiadomo. Twierdzenie w tej sytuacji o całkowitym działaniu w granicach prawa wydaje się już mniej przekonujące. Zwłaszcza gdyby postawić jeszcze inne pytanie: czy tak liczna obsada stanowisk kierowniczych w tej jednej komórce organizacyjnej rzeczywiście jest działaniem racjonalnym.

 

Brak mechanizmów kontrolnych w systemie naboru na wolne stanowiska pracy w służbie cywilnej wydaje się być poważnym niedopatrzeniem. Czy jest to tylko niedopatrzenie, nie dostrzeganie pola, bardzo szerokiego, do rozwoju patologicznych sytuacji, czy też rozmyślne zaniechania? Pośrednio tylko można snuć rozważania na temat motywów wielu osób zaangażowanych w konstruowanie kolejnych projektów nowelizacji ustawy o służbie cywilnej.

Przedstawione w Raporcie, udokumentowane fakty dowodzą, iż pozostawianie tego obszaru poza rzeczywistą, realną kontrolą sprzyjać będzie dalszej degeneracji struktur administracyjnych państwa. Przy świadomości skutków tych zaniechań osób odpowiedzialnych za podejmowanie inicjatyw zwalczania potencjalnych źródeł patologii.

„(…)Nieprawidłowości przy naborze do pracy, mało mianowanych urzędników, bałagan w systemie wynagrodzeń – to problemy, z jakimi boryka się służba cywilna.

Dyskutowano o nich na ostatnim posiedzeniu Rady Służby Cywilnej, przy okazji przedstawienia sprawozdania szefa służby cywilnej o stanie tej służby w 2002 r. Najbardziej jaskrawym przykładem łamania zasady otwartego i konkurencyjnego naboru do służby cywilnej jest zatrudnianie w niej bez wcześniejszego ogłoszenia w Biuletynie Służby Cywilnej o wolnym stanowisku pracy, mimo że taki wymóg jest zawarty w ustawie o służbie cywilnej. Trudno powiedzieć, ile takich przypadków ma miejsce. Szef służby cywilnej nie ma praktycznie możliwości kontrolowania wszystkich decyzji kadrowych w urzędach administracji rządowej, gdyż pracuje w nich ponad 100 tys. ludzi. W ocenie RSC, szef służby cywilnej powinien jednak zabiegać o wyeliminowanie tego zjawiska, np. zwracając na problem uwagę ministrom nadzorującym poszczególne urzędy. Przewodniczący Rady Mirosław Stec przyznał, że szef służby cywilnej nie ma możliwości zwolnienia z pracy zatrudnionego niezgodnie z prawem urzędnika. Jednak ujawnianie takich przypadków umożliwia np. wszczęcie postępowań dyscyplinarnych wobec osób, które podejmowały decyzję o zatrudnieniu ze złamaniem ustawowych procedur.

Innym „łagodniejszym” sposobem na obchodzenie zasad naboru do służby cywilnej jest formułowanie ogłoszeń o pracę pod konkretną osobę. Na przykład kandydatom stawia się wymóg posiadania stażu pracy na określonym, rzadko spotykanym stanowisku.(…)”.[11]

 

Operowanie półprawdami wydaje się być kolejnym przykładem upowszechniania się nowych standardów postępowania urzędników państwowych, coraz częściej przyjmujących zwyczaje zakorzenione w polityce. Mówi się tylko to, co uzasadnia przyjmowanie określonego stanowiska, niekoniecznie zbieżnego z szeroko pojmowanym interesem państwa.

W przytoczonej wypowiedzi Przewodniczącego RSC wskazany jest, m.in. przykład „jaskrawego łamania zasad otwartego i konkurencyjnego naboru do służby cywilnej, bez wcześniejszego ogłoszenia w Biuletynie Służby Cywilnej o wolnym stanowisku pracy”. Z kolei w cytowanych wyżej wypowiedziach jednego z wysokich urzędników administracji rządowej znajduje się i takie stwierdzenie, że: „(…) I realizuję, działając całkowicie w granicach prawa(…)”. Tymczasem w przypadku wskazanego departamentu na tylko jedno z wyższych stanowisk ukazało się ogłoszenie, choć też raczej wyłącznie dla wypełnienia zasady ustawowej, bez dalszych jego konsekwencji.

Pozostałe wyższe stanowiska obsadzone zostały z pominięciem nakazu zamieszczenia ogłoszenia. Co gorsza, stanowisko p. o. dyrektora w połowie roku 2001 zostało obsadzone przez osobę spoza urzędu. Nie dość więc, że pominięty został nakaz zamieszczenia ogłoszenia, to na dodatek obsada stanowiska nie była nawet „fakultatywnym aktem awansu wewnętrznego”. Co ciekawsze, w przypadku ogłoszenia konkursu, komisja kwalifikacyjna w USC tego akurat kandydata mogłaby w ogóle nie dopuścić do udziału w konkursie z powodu braku kierunkowego wykształcenia. O ile nie zastosowano by znanej już metody wymogu wykształcenia po prostu wyższego, bez określenia kierunku, choć na tego typu stanowisku nie jest to raczej obojętne.

 

Mało prawdopodobne, by tego typu sytuacje były czymś wyjątkowym, jak również mało prawdopodobne, by ani Szef Służby Cywilnej, ani członkowie Rady Służby Cywilnej nie stykali się z podobnymi sygnałami konkretnych działań „całkowicie w granicach prawa”, skoro sami o tym wspominali. Brak praktycznej możliwości kontrolowania przez Szefa Służby Cywilnej wszystkich decyzji kadrowych nie jest argumentem zbyt przekonującym zwłaszcza, jeśli otrzymując wyraźne sygnały, nie robi się nic.

 

Jeszcze jedną półprawdą było stwierdzenie, że Szef Służby Cywilnej nie ma możliwości zwolnienia z pracy zatrudnionego niezgodnie z prawem urzędnika. Istotnie, nie ma takich możliwości, bo nie jest powołany do zatrudniania czy zwalniania. Natomiast ma obowiązek podejmowania takich działań, które powinny zmierzać do usunięcia naruszenia prawa. Jak zresztą każda instytucja państwowa, otrzymująca sygnał tego rodzaju?

Podstawą zaś zwolnienia pracownika jest jego świadomość uczestniczenia w łamaniu prawa. Zatrudniona bowiem w ten sposób osoba musi znać przepisy obowiązujące w tym zakresie, więc ma świadomość ich łamania. Dalsze konsekwencje stąd się wywodzące, to już szerszy temat. Świadomy udział w działaniach niezgodnych z prawem powinien w konsekwencji skutkować nie tylko wydaleniem ze służby cywilnej, ale też i z zakazem pracy w służbie publicznej w ogóle. Przynajmniej w określonym czasie, nie mówiąc już o zakazie zajmowania jakichkolwiek stanowisk kierowniczych w aparacie administracyjnym państwa. Dotyczy to obydwu stron: zatrudnionego, jak i zatrudniającego.

Tymczasem brak jakichkolwiek reakcji czynników zobowiązanych do podejmowania działań nakazanych prawem ugruntowuje przekonanie, że bezprawie jest normą. W ten sposób konstruowany aparat administracyjny w coraz szerszym zakresie będzie tę zasadę poczucia bezkarności stosował w codziennym postępowaniu. To daje o sobie znać  coraz wyraźniej;  w zamówieniach publicznych, przygotowaniach do wykorzystania środków unijnych, marnotrawieniu tych środków lub wręcz ich znikaniu. W tworzeniu kolejnych projektów aktów prawnych i ich wykonywaniu w sposób przynoszący straty, wręcz chaos, za który nikt nie ponosi odpowiedzialności, ale skutki ponosi całe społeczeństwo.

Tak konstruowane zespoły będą wdrażać w życie perspektywiczne plany, projekty, reformy wydatków publicznych czy reformę służby zdrowia. Perspektywy widzenia w wielu przypadkach sięgają nie dalej niż brzeg własnego biurka, a w czasie co najwyżej na miesiąc, dwa naprzód.

 

Prywata i sobiepaństwo wynikające z poczucia bezkarności, dają też o sobie znać wewnątrz korpusu służby cywilnej w stosunkach służbowych i powiązaniach nieformalnych. Obsadzanie wyższych stanowisk na zasadzie wspomnianej „fakultatywności” niesie za sobą dalsze konsekwencje „fakultatywnego” zatrudniania na stanowiskach pozostałych. Przy wykorzystaniu metod dalekich od zasad wyrażonych w art. 1 usc. Łącznie z bezceremonialnym pozbywaniem się osób niepożądanych lub po prostu zajmujących stanowiska przewidziane dla osób „fakultatywnych”. Począwszy od metody najprostszej, a zarazem najtrudniejszej do weryfikacji – rozsiewania korytarzowych pogłosek. Natura ludzka jest tak skonstruowana, że łatwiej dajemy posłuch wszelkim złym wieściom na temat bliźnich, niż wieściom dobrym.

A przed plotką nikt się nie obroni, bo i nie ma na to sposobu, za to atmosfera powstaje taka, że „obiekt” o słabszej konstrukcji psychicznej sam w końcu rezygnuje i odchodzi. Jeżeli jednak trafia na osobę nazbyt odporną, to pozostaje wyszukiwanie ciągu błędów, najczęściej wyimaginowanych, by wykazać brak kwalifikacji na danym stanowisku i tym samym mieć powód do odwołania.

 

Bywają też bardziej wyrafinowane metody, mające wykazać niekompetencje niechcianego pracownika. Gdy nie ma możliwości postawienia zarzutu niekompetencji, można postarać się o stworzenie sytuacji, która w konsekwencji takie podstawy dać może. Paradoksalnie, przy użyciu instrumentu pod nazwą ustawa o służbie cywilnej.

W jednym z postępowań rekru

 
2006-11-18 11:17
 Oceń wpis
   

Media w kształtowaniu opinii publicznej niewątpliwie zajmują pozycję czołową. To doniesienia prasowe, telewizyjne reportaże i audycje radiowe w znakomitej części wpływają na sposób oceny otaczającej nas rzeczywistości. Wielokrotnie już dziennikarskie sygnały zmuszały ospałego prokuratora do podejmowania działań tam, gdzie sam nie widział, lub nie chciał widzieć takiej potrzeby. Lawina ujawnianych afer sprawia wrażenie, że kraj pogrąża się niczym w ruchomych piaskach, nieuchronnie w dół. Przez całe lata skrywane mechanizmy robaczywienia struktur państwa teraz odkrywane, dają obraz taki, jaki oglądamy na co dzień.

 

I chwała mediom za to, że wywlekają na światło dzienne brudne sprawy, nie bacząc nawet na własne bezpieczeństwo. Widać jednak zbyt późno się do tego zabrano, bo poczucie bezkarności, a przede wszystkim wytworzone powiązania w różnych sferach są jak betonowa ściana. Trudno rozkruszyć. Zwłaszcza, ze i narzędzia do kruszenia wydają się wymagać gruntownego serwisu, być może po części wymiany niektórych elementów.

 

Nie ma się co łudzić, bez interwencji dziennikarskich wiele spraw nigdy nie wychynęłoby poza ściany gabinetów. To dopiero krytyka, artykuł, reportaż uruchamiają zardzewiałe mechanizmy organów powołanych do kontroli.

 

Jest też i druga strona medialnego wkładu w kształtowanie opinii. Pochwały.

Podobnie jak w przypadku krytyki, tu również nieodzowna jest rzetelność treści przekazu. Nie jest dobrze, jeżeli w krótkich, powierzchownych w gruncie rzeczy tekstach ukazuje się jakiś obszar w sposób jednostronny. Czasem sprzeczny z rzeczywistością. Jeszcze gorzej, gdy zatyka się uszy na ukazywane fakty, przeczące baśniowo kreślonym wizjom.

 

Od wielu miesięcy ukazują się różne publikacje o marności, wręcz skorumpowaniu w administracji publicznej. Jednocześnie, jako przeciwwaga degrengoladzie struktur opiewana jest idea tworzenia korpusu służby cywilnej. Jako leku na całe zło.

 

Zdaniem wielu autorów, głównym i w zasadzie jedynym czynnikiem hamującym rozwój profesjonalnego trzony administracji publicznej jest polityczne zawłaszczanie wyższych stanowisk w administracji rządowej. Tu upatruje się wszelkiego zła. Wyrażanie przekonania, że przestrzeganie ustanowionych reguł konkursowego obsadzania stanowisk, na wszystkich poziomach, uzdrowiłoby cały system, wygląda lekko naiwnie. Wielokrotnie prezentowane szczegóły przeprowadzania rekrutacji zdają się to potwierdzać. A jednak ukazywane nieprawidłowości mechanizmów pomijane są milczeniem.

 

Sposoby naboru do służby cywilnej, dowolność i arbitralność rozstrzygnięć, w większości nie mają nic wspólnego z politycznymi wpływami.

Konstrukcji przygotowań, sprawiających wrażenie odpowiedniego ustawienia procedury już na wstępie, też nie da się uzasadnić wpływami polityki. Konkursy na wyższe stanowiska podobnie. W znacznej mierze to gry interesów bardzo wąskich grup, indywidualnych zamierzeń. Aby jednak można to było ukazać, trzeba wniknąć w szczegóły owych mechanizmów. Jak wiadomo, tam tkwi diabeł. Nie da się tego zrobić w kilku zdaniach. Inaczej bowiem spór o rzeczywistość sprowadzać się będzie do akademickiej dyskusji, a rację będzie miał ten, kto ma większą siłę rażenia. Większą w sensie instrumentów do zaprezentowania swojego stanowiska.

 

Co ciekawsze, jedynym w zasadzie powodem nie przyjmowania do wiadomości innego obrazu, niż kreślony przez jakiegoś dziennikarza, jest obszerność tekstu. Czasem zbytnia fachowość ( czyt. trudność) użytych sformułowań. Krótki, łatwo przyswajalny tekst, kreślący fałszywy obraz, jest dobry. Inny tekst, ukazujący rzeczywistość w zupełnie innym świetle, jest zły. Dlatego, że długi, trudny i nudny. Konwencja formy ważniejsza od treści.

 

Reguły dziennikarstwa jakie są, takie są i mają zapewne swoje uzasadnienia. Jednak wyrzucanie do kosza tekstu tylko dlatego, że swą formą nie przystaje do przyjętych konwencji, zastanawia.

Szczególnie zastanawia wówczas, gdy czynią to te środowiska, które pisząc na ten sam temat, ukazują tylko jedną stronę medalu. W rzeczywistości więc fałszując obraz całości. Za to w formach zgodnych z konwencją.

 

Jeżeli prezentowane fakty ukazują inną stroną rzeczywistości, to może warto byłoby się zastanowić nad wykorzystaniem takich informacji. Choćby po to, by ukazać tę inną stronę po swojemu, zgodnie z konwencją i dziennikarskim kunsztem. Wyrzucanie na śmietnik treści tylko z powodu formy, w jakiej została przedstawiona, dziwi i zastanawia.

 

Aż ciśnie się na usta słowo – dyspozycyjność. Bynajmniej nie w pozytywnym znaczeniu.

 

Pozostawia się w konsekwencji treści właściwie konstruowane, choć w swej wymowie z gruntu fałszywe. Jako jedyny punkt widzenia zapadają w świadomości odbiorcy, robiąc mu wodę z mózgu.

 

Witold Filipowicz

Warszawa,

mifin@wp.pl

 
2006-11-17 20:10
 Oceń wpis
   

Kiedy jesienią ubiegłego roku ukazał się artykuł krytykujący służbę cywilną, urząd nagle ożył, co było zjawiskiem dość niecodziennym, jeśli chodzi o reakcje Urzędu Służby Cywilnej na krytykę prasową. Fenomen ten wyjaśnia poniekąd treść artykułu. Nie bardzo wiadomo, dlaczego na potrzeby krytyki funkcjonowania służby cywilnej, w obszarze przeprowadzanych konkursów na wyższe stanowiska, dobrany został akurat ten przykład, który już w samej treści opisu zdarzeń mógł budzić poważne wątpliwości, co do trafności doboru.

 

Nie dziwi więc, że reakcja USC była zdecydowana i w gruncie rzeczy ośmieszająca tę niefortunną próbę krytyki. Pomijając formę odpowiedzi – żenująco przymilną postawę urzędnika wobec swojego szefa, czego nie uzasadniały okoliczności – merytorycznie rzecz biorąc, odpowiedź w ogromnej części zdyskredytowała zasadność tez stawianych w treści artykułu[1].

 

W jakim celu dobrany został taki przykład, który nawet laikowi na pierwszy rzut oka powinien wydać się mocno wątpliwy, jako materiał krytyki prasowej, nie wiadomo. Tym bardziej, że Tygodnik dysponował znacznie szerszą wiedzą o dziesiątkach innych zdarzeń, publikowanych artykułów, czy to drukowanych, czy na stronach gazet internetowych. Do tych publikacji USC jakoś niespecjalnie wykazuje chęci odnoszenia się, stosując – jak się wydaje – metodę strusia, lub metaforycznych hinduskich trzech małpek: nie widzę, nie słyszę, nie mówię.

 

Oczywiście, zawsze można się tłumaczyć, że, wobec ogromu informacji w mediach, nikt nie jest w stanie śledzić wszystkich doniesień o konkretnym podmiocie. Trudno jednak byłoby tłumaczyć taką argumentacją swoją bezczynność na krytykę prasową wobec prezentacji treści, której jest się bezpośrednim odbiorcą.[2]

 

Trudno też byłoby uwierzyć w niewiedzę instytucji, o której kilkanaście tygodni później ukazał się następny artykuł w tym samym Tygodniku.[3] Tym razem jednak materiał prezentował opinię wieloletniego pracownika USC, który zajmował się koordynowaniem postępowań kwalifikacyjnych i konkursów od strony technicznej.

 

Można więc przyjąć za wysoce prawdopodobne, iż relacja obrazująca system wyłaniania kandydatów na wyższe stanowiska w administracji rządowej, prezentowana niejako z pierwszej ręki, od kuchni, przez osobę z drugiej strony barykady, lecz już spoza urzędu, więc poza ewentualną presją, pokazuje prawdziwe oblicze tego systemu.

 

Relacja ta potwierdza w całej rozciągłości tezy, twierdzenia i opinie zawarte w dziesiątkach innych artykułów, opisujących w szczegółach sposoby postępowań z tego obszaru, a których wzdrygają się publikować najpoczytniejsze gazety czy magazyny. Można odnieść wrażenie, że tzw. media opiniotwórcze stosują w tym przypadku dokładnie tę samą metodę, co kierownictwo USC – nie widzę, nie słyszę, nie mówię.

 

O ile w przypadku artykułu pierwszego[4] USC tak ochoczo i niezwykle sprawnie oraz obszernie zabrał się za dyskredytację treści, głównego bohatera i samej autorki, to już w przypadku drugiego artykułu urzędnicy powrócili do swej zwyczajowej postawy hinduskich małpek. Dokładnie tak, jak w przypadku wielu innych materiałów prasowych, gdzie przytaczane są fakty poparte niezbitymi dowodami działań członków korpusu służby cywilnej. Często funkcjonariuszy publicznych na najwyższych stanowiskach, a których sposoby postępowania mogą, co najmniej, budzić zdumienie.

 

Większość od dawna opisywanych sytuacji poprzedzanych jest korespondencją, nierzadko dość intensywną, z pracownikami USC. Z tym, że intensywność dotyczy zazwyczaj tylko jednej strony – potencjalnych autorów materiałów prasowych.. Natomiast w stosunku do drugiej strony postawy hinduskich małpek i tu pasują jak ulał. Do tego stopnia nawet, że niejednokrotnie odzyskanie zdolności mowy powodują dopiero wyroki sądów administracyjnych.

 

Fragmenty prowadzonej wymiany korespondencji często przewijają się w publikowanych artykułach. Dla osób średnio nawet zorientowanych w zagadnieniach pragmatyki urzędniczej i prawa administracyjnego już i te fragmenty stanowić mogą źródło wiedzy o przeróżnych ciekawostkach i zagadkach niespotykanych raczej w oficjalnych regułach postępowania pracowników administracji publicznej, w szczególności w regułach dotyczących postępowania członków korpusu służby cywilnej.

 

Dla osób zorientowanych w tej materii, a niepozbawionych poczucia humoru, wiele fragmentów z tej wymiany korespondencji może stanowić też źródło autentycznej wesołości. Kto wie, czy nie byłby do rzeczy zamysł skompletowania kiedyś całej takiej korespondencji w jednym miejscu, tworząc coś na kształt almanachu urzędniczego stanu. Nie tylko, rzecz oczywista, obrazującego radosną twórczość pracowników USC, ale też i innych urzędów centralnej administracji rządowej. Taki zbiór ciekawostek, zagadek, interesujących sposobów rozmienia prawa, interpretacji przepisów, rozumienia roli funkcjonariusza publicznego, mógłby stanowić niezły materiał dla niejednego satyryka.

 

Nie mniej zabawnie brzmią wypowiedzi i deklaracje wielu polityków na temat jakości administracji RP. Zwłaszcza w odniesieniu do korpusu służby cywilnej. Wygłaszane przemowy, choćby ostatnia konferencja prasowa szefa opcji poprzedniego układu rządzącego[5], mogą wprawiać w niepohamowaną wesołość, nawet tych, którzy nigdy w strukturach administracji nie pracowali, za to mają z urzędnikami i urzędami styczność na co dzień, a przy tym słuchają codziennych serwisów informacyjnych lub czytują prasę.

 

Szczególnie zabawne były w owej konferencji prasowej te fragmenty, które zawierały argumentację o psuciu przez obecny układ rządzący systemu służby cywilnej, planujący wprowadzenie sposobów obsadzania stanowisk na zasadzie dowolności i arbitralnych decyzji. Sama idea argumentacji jest, oczywiście, bezsprzecznie słuszna. Jeśli jednak wygłasza taką krytykę szef ugrupowania, które głównie zasłynęło z obsadzania stanowisk swojakami, to wesołość zdaje się być uzasadniona.

 

Czy w tym wypadku chodziło faktycznie o dobro profesjonalnego aparatu administracyjnego państwa? Czy może bardziej obawa przed weryfikacją sposobów i osób na obsadzanych stanowiskach w minionym czteroleciu?

Chyba nie ma, a przynajmniej nie było jeszcze do niedawna, czego się obawiać, bo obecny układ skupił się głównie na przejęciu w posiadanie stanowisk w spółkach skarbu państwa, pozostawiając praktycznie w całości, z nielicznymi wyjątkami, aparat administracji rządowej i inne stanowiska w posiadaniu poprzedniego układu.

 

Po bezprzykładnej wpadce prezydenckich urzędników z frywolnym rozdawnictwem odznaczeń, sytuacja może teraz ulec zmianie. Nie da się wykluczyć, iż ktoś dojdzie do wniosków, że pozostawianie na stanowiskach ludzi z definicji przeciwnych obecnej władzy, może skutkować jeszcze bardziej spektakularnymi potknięciami, może nawet i na dłuższą metę znacznie groźniejszymi. Być może więc konferencja prasowa miał być wyrazem interwencji prewencyjnej w interesie poobsadzanych wcześniej faworytów poprzedniej kadencji.

 

Niezależnie jednak od wszelkich dywagacji trudno oprzeć się wrażeniu, że nad wieloma działaniami, licznymi pismami, szeregiem wystąpień unosi się duch Monty Pythona, przetykany fragmentami występów Benny Hilla, niezmordowanie uwijające się pomiędzy wierszami, a czasem wprost. Nad wszystkim zaś, gdy spojrzeć chłodnym okiem, rozciąga się wizja orwellowskiej rzeczywistości.

 

I to już nie jest zabawne.

 

Witold Filipowicz

Warszawa

mifin@wp.pl



[1] Odpowiedź na krytykę naczelnika Wydziału Publikacji i Promocji Służby Cywilnej, Wojciech Zawadzki, strona internetowa USC: http://www.usc.gov.pl/_gAllery/12/46/1246/1349.pdf

 

[2] Raport Służba cywilna III RP – zapomniany obszar – Opracowanie powstało w ramach Programu Przeciw Korupcji w Fundacji Batorego; debata odbyła się w kwietniu 2004 r. w siedzibie Fundacji, przy udziale Szefa S.C. oraz innych funkcjonariuszy wysokiego szczebla Urzędu S.C., jak również wielu innych funkcjonariuszy publicznych oraz parlamentarzystów i przedstawicieli mediów.

 

[3] Urzędnicy pod lupą – Marzanna Stychlerz-Kłucińska, Tygodnik Solidarność, opublikowany m.in. http://www.skarbowcy.pl/modules.php?op=modload&name=News&file=article&sid=4423

[4] Służbę cywilną toczy choroba – Marzanna Stychlerz-Kłucińska, Tygodnik Solidarność, Nr 44/2005

 

[5] Konferencja prasowa szefa SLD w TVN 24, 30 marca 2006 r., godz. 1130

 
2006-11-16 17:24
 Oceń wpis
   

Sam problem przerostu administracji publicznej jest czymś niewiele znaczącym w porównaniu do jej jakości, stanowi bowiem prostą konsekwencję ogólnego i powszechnego lekceważenia prawa. Dotyczyło to praktycznie całej ustawy o służbie cywilnej, która w rzeczywistości okazała się być kolejnym papierowym prawem. Martwym, odgrywającym rolę listka figowego dla urzędników wszystkich szczebli, dla polityków, a także dla teoretyków-specjalistów od budowania struktur tzw. sprawnego państwa.

 

Od lat zewsząd cyklicznie uderza ktoś w dzwony trwogi, głosząc na cały kraj wieści o postępującej degradacji struktur państwa, anarchizacji prawa, bezhołowiu, samowoli i korupcji rozrastającej się jak ośmiornica. Natychmiast też odzywają się wtórujące głosy i jak z rękawa sypią się pomysły naprawcze. W takiej ogólnonarodowej burzy mózgów udział biorą wszyscy. Wszyscy zainteresowani, wypada dodać. Głównie zaś tak zwane elity polityczne i urzędnicy wyższych szczebli wspomagani głosami naukowych kręgów różnych jajogłowych specjalistów.

W efekcie ścierają się projekty nowych Kodeksów Etyki, Zasad Sprawnego Działania, Programów Przyjaznego Państwa, Czystych Rąk i całej gamy innych kabaretowych pomysłów. Trzeba być bowiem bardzo daleko od rzeczywistości i chęci logicznego rozumowania, by uważać, że jakiekolwiek deklaratoryjne kodeksy są w stanie uporządkować to, czego nie zdołały uczynić ustawy. Albo też mieć wyjątkowy tupet, delikatnie rzecz ujmując, by próbować wmawiać, iż rzeczywiście chce się coś zdziałać przy pomocy podobnych projektów.

 

A co z prawem, które już ustanowione i po to ustanowione, by porządkować struktury państwa, usprawniać jego organizację i funkcjonowanie?

Zastanawiającym wydaje się fakt, iż nad samą ustawa o służbie cywilnej, a przede wszystkim nad stosowaniem jej przepisów, w kręgach polityków oraz wyższych urzędników zapada dziwna cisza. W najlepszym wypadku jakiś rzecznik prasowy mniej lub bardziej udolnie próbuje lawirować pomiędzy artykułami ustawy, a rzekomymi potrzebami. Treści różnych wyjaśnień obchodzenia prawa bywają na ogół śmieszno-smutne. Śmieszne, bo argumentacje miałkie, czasem wręcz absurdalne, a smutne, bo przebija z tych wszystkich wypowiedzi trwałość i niezmienność zasady, iż prawa tworzone są dla maluczkich, a ściślej na maluczkich.

Rozgrywający swoje gry na arenie państwa nie muszą się nimi przejmować, to oni prawa te tworzą i oni decydują kiedy, w jakim zakresie i czy w ogóle będą przestrzegane.

 

Art. 1 ustawy o służbie cywilnej określa jasno i zdecydowanie intencje ustawodawcy. Zawarta jest w nich wola tworzenia rzeczywiście sprawnego, profesjonalnego i apolitycznego aparatu administracyjnego państwa. W praktyce zaś zasady te są równie wirtualne, co konstytucyjna zasada demokratycznego państwa prawa, na którą to zasadę ustawicznie powołują się najpierwsi z najpierwszych w RP.

Żenujące to i kompromitujące zarazem widowisko, zwłaszcza obecnie, w kontekście proeuropejskich frazesów. Jak bowiem można wierzyć intencjom tych, którzy mając świadomość, wręcz akceptując ogólna degrengoladę państwa zachęcają naród do aprobaty akcesji? Jeżeli widzą, co się wokół dzieje i nie tylko nie próbują niczemu zaradzić, ale przeciwnie, zdają się być żywotnie zainteresowani w przedłużaniu takiego stanu anarchii i bezprawia, to wniosek może być tylko jeden.

Bałagan i bezprawie są wielu grupom po prostu przydatne, może nawet niezbędne. Jeżeli zaś nie dostrzegają nic, to tym bardziej są niewiarygodni, bo to oznacza, że nie są w stanie przewidzieć skutków naszej „europeizacji”.

 

Funkcjonowanie państwa opiera się na działaniu aparatu administracyjnego, administracji publicznej, tzn. rządowej i samorządowej. W tym wypadku rzecz o administracji rządowej, bo tej dotyczy ustawa o służbie cywilnej.

 

Ponoć jednym z elementów określających państwo jest sposób stanowienia prawa, jego jakość, a przede wszystkim stosunek do tego prawa. Przede wszystkim osób, które z racji pełnionych funkcji i zajmowanych stanowisk są szczególnie zobligowane do jego przestrzegania.

Obowiązujące przepisy ustawy o służbie cywilnej w rzeczywistości obowiązują jedynie tych, którzy nie mają tzw. dojść, pleców, powiązań czy jak tam zwać te wszystkie niewidoczne gołym okiem nici.

Ustawa nakazywałae obsadzanie stanowisk dyrektorskich ( z zastępcami włącznie) jedynie w drodze konkursów. Furtka dla omijania nakazów i obsadzania tych stanowisk z pominięciem procedur została zakwestionowana przez Trybunał Konstytucyjny, ale i tak była de facto płaskim i w sumie prymitywnym wybiegiem. Być może zdarzały się sytuacje zmuszające do natychmiastowego obsadzenia stanowiska kierowniczego z chwilowym pominięciem procedur konkursowych. Ale jeśli nawet, to mogły to być zdarzenia incydentalne, a ponadto pominięcie procedury konkursowej miało być chwilowe.

Skąd zatem te całe armie „p.o. urzędników”? Na dodatek przymocowanych do stanowisk z kolejnym lekceważeniem dozwolonego terminu pełnienia funkcji w tej konkretnej i – należy podkreślić – wyjątkowej sytuacji?!

 

Otóż osoby odpowiedzialne za przestrzeganie przepisów ustawy o służbie cywilne pokazują tej ustawie – i nam wszystkim – gest Kozakiewicza. Obsadzając stanowiska kierownicze według swojego uznania, potrzeb, nacisków, spłacając uprzednio zaciągnięte zobowiązania w drodze do obecnych stanowisk. Z różnych zresztą powodów. Widzą to i wiedzą o tym wszyscy, począwszy od całej sceny politycznej – od prawa do lewa – z Szefem Służby Cywilnej na czele, w towarzystwie członków kolejnych rządów. Widzi to też społeczeństwo, urzędnicy, wszyscy.

Czy ktoś podejmuje jakiekolwiek działania w celu naprawy tej sytuacji? Poza polityczno-urzędniczo-pseudonaukowym bełkotem o sposobach naprawiania Rzeczypospolitej, w wyniku którego powstają kolejne pomysły tworzenia infantylnych kodeksów dobrego samopoczucia?

Nasuwa się całkiem proste pytanie, dlaczego tak się dzieje i dlaczego ci, którzy są zobowiązani do podejmowania działań, działań tych nie podejmują? Odpowiedź wydaje się równie prosta – bo taki system sprawowania rządów jest po prostu wygodny, wręcz niezbędny, by wysoko postawieni notable mieli wolna rękę w budowaniu struktur według swoich potrzeb. A zainteresowani najwyraźniej są wszyscy, skoro panuje takie powszechne milczenie, identyfikowane z przyzwoleniem na jawne łamanie podstawowych zasad przejrzystości funkcjonowania państwa.

Teoria spiskowa dziejów? Chora wyobraźnia? Może i tak. A może jednak to państwo jest chore? Wyniki badań opinii publicznej na temat różnych gremiów i przejawów życia publicznego wskazują raczej prawdziwość tej drugiej diagnozy.

Nasuwa się kilka pytań bardziej szczegółowych, pewnie mało istotnych, ale może warto je zadać. Jak w świetle prawa traktować wszelkie decyzje, oświadczenia woli składane w imieniu organu (de facto w imieniu Skarbu Państwa), rozporządzenia majątkiem, finansami na podstawie podpisu osoby, która sprawuje funkcję w wyniku obsadzenia jej z co najmniej ominięciem prawa? Czyli w praktyce bez umocowania prawnego?

Upoważnienia dyrektorów generalnych w takich przypadkach też przecież są niezgodne z przepisami, a zatem z mocy prawa nieważne? Jak to świadczy o dyrektorach generalnych, można sobie samemu odpowiedzieć. Ulęgają naciskom czy nie wiedzą, co czynią? A może bardzo dobrze wiedzą, co czynią? Tak czy inaczej obraz państwa staje się coraz bardziej mętny, pogrążając się w niejasnościach, zakulisowych działaniach, podejrzanych rozwiązaniach.

 

Dramatyczne wołania o naprawę państwa, przejrzystość i jawność coraz częściej odbierane są jako komedia, hipokryzja czy zwykłe hochsztaplerstwo, obliczone na akceptację zrezygnowanego i apatycznego społeczeństwa. Wyraża się w tym też pogarda dla tego społeczeństwa, traktowanego wyłącznie jako dawca głosów w najbliższych wyborach.

Ale ten bezimienny tłum nie jest ani ciemny, ani głupi, co widać we wspomnianych wynikach badań opinii publicznej.

Przewijają się od niedawna w prasie wypowiedzi, obrazoburcze niewątpliwie, przyrównujące struktury państwa do struktur mafijnych. Nazbyt wybujałe i fałszywe opinie? Czyżby? Gdyby tak chciano się bliżej zainteresować wynikami sondaży na temat możliwości znalezienia pracy, szczególnie w administracji publicznej, to odpowiedzi ponad 90% ankietowanych daje wiele do myślenia. Otóż taka właśnie grupa stwierdza bez wahania, iż najlepszym i w zasadzie jedynym sposobem uzyskania pracy, jakiejkolwiek, w administracji publicznej jest posiadanie tzw. pleców, układów towarzysko-koleżeńskich, rodzinnych powiązań. Przy czym nie mają tu większego znaczenia kwalifikacje, doświadczenie, umiejętności. Najważniejsze jest tzw. dojście, im wyżej, tym lepiej, bo pozwala sięgnąć po bardziej intratne stanowiska.

Niemożliwe, zakrzykną elity, przecież ustawa o służbie cywilnej, jawność, przejrzystość, bezstronność, itd. itp. Istotnie, na papierze, bo w praktyce....kłania się gest Kozakiewicza.

 

Jeżeli na stanowiska dyrektorów departamentów i ich zastępców mogą sobie dyrektorzy generalni sadzać kogo zechcą, gajowego, laborantkę, nurka czy innego nawigatora, to w dziwnym świetle jawi się ten system profesjonalnego aparatu administracyjnego państwa. Przy akceptacji takiego stanu rzeczy ze strony najwyższych władz ustawodawczej, wykonawczej i czynników kontrolnych. Nietrudno sobie wyobrazić sposoby obsadzania stanowisk niższego szczebla. W tym wypadku w ogóle jakiekolwiek zasady jawności, przejrzystości i bezstronności są iluzoryczne. Być może w okresie tworzenia projektu nawet i komuś przyświecały zbożne cele, jednakże praktyka wykazała, iż powstał kolejny potworek prawny, który ma ciemnemu ludowi zatkać buzie, a decydentom daje do ręki instrument osiągania własnych celów.

 

Już sama lektura art. 22 ustawy wskazywać może na niejasne intencje, a w każdym razie uświadamia, że art. 1 tejże ustawy jest wyłącznie deklaratoryjnym chwytem reklamowym, a nie nakazem stosowania jasnych reguł. Nawiązanie stosunku pracy w służbie cywilnej – opisane szczegółowo w Rozdziale 3 ustawy – powinno odbywać się w drodze konkursu, przy wymogu zachowania zasad umiejscowionych w Rozdziale 1, w szczególności w art. 1 i 5 ustawy. Analizując setki ogłoszeń zamieszczanych w Biuletynie Służby Cywilnej o wolnych stanowiskach pracy, a także mając praktyczne doświadczenia poprzez udział w komisji rekrutacyjnej, dojść można wyłącznie do jednego wniosku.

Cała jawność, przejrzystość, konkurencyjność i powszechność sprowadza się do zamieszczenia ogłoszenia o naborze, bo tak każe ustawa w art. 22 ust. 1. Dalszy tok postępowania okrywa mgła tajemnicy, poufności, dziwnych poczynań. Już samo zredagowanie ogłoszenia, wskazanie warunków koniecznych i warunków pożądanych często jest tak formułowane, iż nieodparcie nasuwa się podejrzenie, że konstrukcja powstaje z myślą o konkretnej osobie już wybranej zawczasu. Równie zastanawiającym jest fakt umieszczania sakramentalnej formuły na końcu każdego ogłoszenia o treści : „oferty osób nie zakwalifikowanych zostaną komisyjnie zniszczone”. Automatycznie nasuwa się pytanie, dlaczego komisje rekrutacyjne natychmiast zabierają się do niszczenia odrzuconych ofert? Argumenty o braku miejsca do przechowywania czy braku personelu do zajmowania się tym sprawami byłoby co najmniej niepoważne. Ustawa zaś żadnego niszczenia nie nakazuje, skąd więc ta gorliwość?

A może odpowiedzi należałoby poszukać w kolejnym pytaniu, mianowicie kto, na jakich zasadach i czy w ogóle kontroluje prace komisji rekrutacyjnych? Odpowiedź jest zaskakująco prosta – nikt. W samej ustawie brak jest jakichkolwiek uregulowań w tej materii, więc i zachowania są zupełnie dowolne. Kolejne pytanie: przeoczenie czy celowość? Można więc – teoretycznie – domagać się wglądu w dokumentację postępowania rekrutacyjnego, w szczególności przez uczestników konkursu, a więc i pośpieszne niszczenie też jest dopuszczalne. Dlaczego?

Tymczasem Szef Służby Cywilnej – jak wynika z przeglądu stron internetowych Urzędu – zajmuje się głównie prowadzeniem statystyk, opracowań, sprawozdań. Na podstawie materiałów udostępnianych przez jednostki organizacyjne. Czy kompletne, tego nie wie nikt.

 

W tej sytuacji nietrudno sobie wyobrazić scenariusze, w których dyrektor generalny obsadza na stanowisku dyrektora departamentu (również zastępcy ) kogokolwiek, kto mu będzie przydatny, a przede wszystkim dyspozycyjny – w znaczeniu pejoratywnym – z kolei tacy „p.o. urzędnicy” zatrudniać będą innych urzędników, niższych szczebli, też według swojego uznania i potrzeb. Nie zawracając sobie głowy frazesami artykułów 1 i 5 ustawy, a także poziomem kwalifikacji kandydata. Jedynymi kwalifikacjami, zarówno koniecznymi, jak i pożądanymi, jest pełna dyspozycyjność, związki koleżeńskie, a najlepiej rodzinne.

Bywają też bardziej oryginalne pomysły. Mianowicie najlepszymi kwalifikacjami jest brak kwalifikacji podstawowych, decydujących w głównej mierze o obsadzeniu konkretnego stanowiska.

Nie jest to chory wymysł. To rzeczywistość. A chodziło o prostą sprawę, sparaliżowania pracy komórki organizacyjnej, by uzyskać pretekst usunięcia jej szefa pod pozorem nie radzenia sobie z wykonywaniem obowiązków. Naciski dyrekcji, tak generalnego, jak i departamentu (vide: dyspozycyjność), mogły okazać się zupełnie wystarczające, nawet mimo sprzeciwu przedstawiciela kadr. Gdyby osoba w ten sposób forsowana sama nie zrezygnowała – niezupełnie dobrowolnie, zresztą – to parodia konkursu zakończyłaby się zgodnie z osobistymi zamierzeniami tzw. profesjonalnych i bezstronnych urzędników. Czy tak prowadzone są i inne konkursy? Niewykluczone, że tak.

Ważnym jest tu ewidentny brak w przepisach ustawy regulacji dotyczącej kontrolowania przeprowadzanych konkursów. Efektem tego braku jest w praktyce całkowita dowolność doboru kadr, urągająca już nie tylko samej idei jawności, bezstronności i profesjonalizmu, czyli całemu systemowi służby cywilnej, ale też często i zdrowemu rozsądkowi.

 

Czy wspomniane wyżej pojawiające się opinie o tworzeniu się struktur państwa o charakterze mafijnym, w świetle tak stosowanych przepisów ustawy o służbie cywilnej i sposobów konstruowania aparatu administracyjnego państwa nadal wydaje się być opinią ze świata fantazji i chorej wyobraźni? Nawet jeżeli roztaczane wizje mafijnych powiązań są jeszcze przejaskrawione, to takie działanie, a raczej bezczynność i to bezczynność, mająca wszelkie cechy bezczynności świadomej, nieuchronnie zdaje się prowadzić do uczynienia tych wizji jak najbardziej realnymi.

Czy ktoś zechce wyjaśnić, dlaczego dotąd nikt nie wystąpił z wnioskiem, aby w odniesieniu do konkursowego naboru na wolne stanowiska pracy w służbie cywilnej znowelizować przepisy, dodając regulacje o mechanizmach kontrolnych?

Nie zlikwidowałoby to ewentualnych patologii, ale znacznie utrudniło dowolność zachowań. Co stoi na przeszkodzie, aby stosować takie rozwiązania, które urzeczywistniać będą funkcjonowanie zasad jawności i przejrzystości w życiu publicznym? Jeżeli istnieje nakaz umieszczania w miejscu publicznym, a także w Biuletynie Służby Cywilnej ogłoszenia o wolnych stanowiskach, to dlaczego pominięto nakaz identycznego obwieszczania dotyczącego rozstrzygnięć konkursów?

 

Dlaczego nie ma określonych procedur odwoławczych, przysługujących uczestnikom konkursów, gdy podany do powszechnej wiadomości wynik rozstrzygnięcia budzi wątpliwości, co do zasadności dokonanego wyboru? Dlaczego nie ma nakazu szczegółowego uzasadniania dokonanego wyboru określonego kandydata, którego formalne kwalifikacje są niższe, niż kwalifikacje kontrkandydatów? Dowolność w tym zakresie daje możliwość stosowania niejawnych metod dyskryminujących, np. z uwagi na wiek czy płeć.

Dlaczego nie wprowadzono wówczas nakazu przechowywania ofert przez jakiś określony czas, np. lat trzech, by tym samym dać możliwość kontroli prawidłowości postępowania rekrutacyjnego, a przede wszystkim dlaczego brak jakiegokolwiek zapisu o jakiejkolwiek możliwości kontroli?

 

Argumentacja o trudnościach lokalowych czy personalnych byłaby co najmniej niepoważna. Przykładem może być ustawa o zamówieniach publicznych, która, choć też obarczona ułomnościami, reguluje jednak sprawy systemu kontroli, co precyzowane jest, m.in. w art. 26 i 26a uzp. wprost nakazując przechowywanie ofert przez okres trzech lat, w sposób gwarantujący ich nienaruszalność. Obydwie ustawy powstawały na wspólnym gruncie gwarancji jawności i przejrzystości życia publicznego, nie ma więc chyba żadnych powodów, by generalne zasady, mające tę jawność i przejrzystość gwarantować, umieszczać w jednym akcie prawnym, a pomijać w drugim. Żaden argument spośród wielu się przewijających nie uzasadnia takiego rozróżnienia w traktowaniu tego samego obszaru regulacji. Brak miejsca na przechowywanie?

Dokumentacja dotycząca zamówień publicznych jest dziesiątki razy obszerniejsza od rekrutacyjnej. Jeden przetarg potrafi osiągnąć rozmiary setek stron, podczas gdy dokumenty rekrutacyjne liczą sobie na ogół tych stron dziesięć. A że ustawa o zamówieniach publicznych reguluje obszar materii bardzo wrażliwej, bo sposobów wydatkowania publicznych pieniędzy, więc musi być bardziej rygorystyczna? Tak się składa, że te pieniądze wydaje właśnie urzędnik, m.in. z naboru konkursowego. Czy zatem jest mniej ważne kto te pieniądze wydaje?

Finanse publiczne zresztą, to tylko jeden aspekt, bo całe życie publiczne opiera się na działaniu urzędnika administracji publicznej – rządowej i samorządowej. Łącznie z szeroko rozumianym systemem gospodarczym kraju. Nikogo nie trzeba chyba przekonywać, że cała gospodarka, bez względu na jej status – państwowa czy prywatna – nieustannie się styka z machiną administracyjną i urzędnik pośrednio, ale i często bezpośrednio wpływa na funkcjonowanie przedsiębiorstw. W jakim stopniu, to już zależy od stanowiska i funkcji. Im wyższe stanowisko, tym większe wpływy, a w tle przewijają się osoby na niższych szczeblach, które przecież wykonują całą gamę czynności tzw. wspomagających, na rzecz i polecenie urzędników wyższego szczebla. O ile łatwiej i wygodniej podejmować decyzje ze świadomością, ze podległy pracownik nawet jeśli zauważy jakieś niezrozumiałe posunięcia, to i tak nie będzie zadawał pytań, a wiedzę zachowa dla siebie.

 

Czy powyższe wizje i rysowane scenariusze nadal są tak bardzo odległe od struktur nazywanych przez niektórych mafijnymi? A przecież to nie koniec wątpliwości, pozostaje jeszcze cała sfera osobistych, prywatnych celów, choćby instynkt samozachowawczy. Nietrudno sobie wyobrazić reakcję szefa jakiegoś wydziału, gdy biorąc udział w komisji ogląda świadectwa ewentualnych podwładnych, a tam czarno na białym widnieją takie umiejętności i doświadczenie, które z miejsca dyskredytowałyby obecnego przełożonego.

Wystarczy więc taką ofertę po prostu usunąć i po kłopocie. I tak nikt tego nie sprawdzi. Przechodzi zaś kandydat „bezpieczny”, czyli taki, który ma niższe kwalifikacje od oceniającego. Psychologicznie taka postawa jest zrozumiała, prakseologicznie nie do przyjęcia. A jednak efekty widzimy wokół, w codziennym życiu.

 

Każdego dnia ze wszystkich stron jawią nam się czołowe postacie życia publicznego i przekonują o dalszej demokratyzacji, jawności, przejrzystości, profesjonalizmie, czystości intencji, projektowaniu coraz lepszych rozwiązań prawnych. Jednocześnie zaś to, co stanowić powinno fundament państwa, urzędnik, żyje sobie spokojnie w cieniu wielkiej polityki i funkcjonuje na takiej zasadzie, na jakiej został zatrudniony. Po uważaniu. I w tym kontekście problemem najbardziej istotnym jest nie rozmiar aparatu administracyjnego, ale jego jakość. Ta jakość wpływa też i na rozmiar, bo personel nie jest umiejętnie dobierany do konkretnych zadań, w jednym obszarze za szczupły, w innym ponad wszelkie potrzeby.

Jeśli się chce zatrudnić zięcia, a przy tym nie pozbywać specjalisty w jakiejś dziedzinie, bo zięć gapa i sam by sobie nie poradził, tworzy się dodatkowe stanowisko. Tym sposobem na jednym stołeczku tworzy się dwa etaty, choć nadal pracuje faktycznie tylko jedna osoba. Proszę zgadnąć, która.

Oto jedno ze źródeł tworzących obraz otaczającej nas rzeczywistości.

 

Te same czołowe postacie przekonywały nas o potrzebie integracji europejskiej. Dla wspólnego dobra, dla wspólnych świetlanych celów. Wspólnych komu? Jeżeli nadal we własnym kraju nie potrafią zrobić rzeczywistego porządku, jeżeli teraz, we własnym kraju zachowują się tak, że dają wszelkie podstawy do myślenia, iż ten wszechogarniający bałagan jest albo celowym działaniem, albo objawem totalnej nieudolności, to jak sobie szanowne postacie wyobrażają być wiarygodnymi? Tam, za miedzą taryfy ulgowej nie ma, więc pod takim przewodnictwem gdziekolwiek się wybierać było dość ryzykowne. Zwłaszcza, że obserwacje poczynań na arenie krajowej przywodzą na myśl smutną konstatację, iż u władzy od dekady trwają ci, dla których dobro kraju jest wyłącznie szyldem, transparentem.

 

Za dużo tych „dlaczego” już się namnożyło.

 

Witold Filipowicz

Warszawa

mifin@wp.pl

p.s. tekst pochodzi z wcześniejszych publikacji ale niewiele stracił chyba na aktualności, jeśli chodzi o jakość aparatu administracyjnego państwa

 
 
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 |


Najnowsze komentarze
 
2011-06-02 10:21
alimenty.edu.pl do wpisu:
Uszatki parlamentarne
Wszystko ewoluuje.
 
2011-06-02 08:26
windykacja, kredyty, konta bankowe do wpisu:
Prawa i wolności w naszej spółdzielczości
Mnie się to osobiście bardzo podoba.
 
2011-05-29 15:59
praca.aid.pl do wpisu:
Kolejny kadr
Panowie, trzeba sobie uświadomić czym jest polityka, to nie będzie żadnych złudzeń.
 



 
 



Kategorie Bloga



Ulubione blogi
 
 



Archiwum
 
Rok 2011
 

 
Rok 2009
 

 
Rok 2008
 

 
Rok 2007
 

 
Rok 2006