2011-09-26 17:10
 Oceń wpis
   

Generalną zasadą stosowania prawa jest przyjmowanie, a priori, że ustawodawca jest racjonalny. Na podstawie setek orzeczeń wydaje się, iż aksjomat ten stał się już od dawna archaizmem.

Wydawać się może, że ustawodawca dawno już zaprzestał uwzględniania predyspozycji, zdolności rozumienia celu tworzonego prawa przez osoby je stosujące. W tym, niestety, również przez sędziów. Przepisy niejednoznaczne, dające możliwość luzu decyzyjnego, mające, z założenia, gwarantować zasadę niezawisłości sędziowskiego orzekania, prowadzą coraz częściej do groteskowych rozstrzygnięć.
 
Do sądu administracyjnego w Warszawie wniesiona została skarga przeciwko Urzędowi Transportu Kolejowego o uchylanie się od udzielenia informacji publicznej. Pytanie było proste: jaka firma i za jakie pieniądze przeprowadziła test tzw. kompetencji kierowniczych w konkursie na wyższe stanowisko w służbie cywilnej.
 
Skarga została wniesiona, zgodnie z przepisami, za pośrednictwem UTK. Urząd, też zgodnie z przepisami, skargę ową przekazał sądowi wraz z odpowiedzią na skargę. Zaraz potem przysłał skarżącemu pismo z żądanymi wcześniej informacjami. Sposób postępowania, argumentacja Urzędu i rysujący się obraz sposobów przeprowadzania konkursów na stanowiska dyrektorów w urzędach administracji rządowej to temat na odrębne opracowanie. Tu, po udzieleniu przez organ żądanych informacji – już po wszczęciu postępowania przed sądem administracyjnym – skarga stała się bezprzedmiotowa.
 
Wkrótce potem WSA w Warszawie nadesłał skarżącemu wezwanie do uiszczenia wpisu sądowego od skargi na bezczynność organu – sygn. akt II SAB/Wa 43/10. Ponieważ jednak skarga w tym momencie stała się bezprzedmiotowa – organ udzielił żądanych informacji – zatem skarżący, zamiast wniesienia opłaty, wystosował pismo procesowe o wycofaniu skargi – na podstawie art. 60 ppsa - uznając tym samym sprawę za zakończoną.
 
Jakież było zdumienie, gdy kilka tygodni później skarżący otrzymał postanowienie sędziego WSA, Eugeniusza Wasilewskiego, o odrzuceniu skargi z powodu niedopełnienia obowiązku dokonania wpłaty z tytułu wpisu sądowego od skargi. Zdumienie to przerodziło się w napad niepohamowanego śmiechu po zapoznaniu się z uzasadnieniem tego kuriozalnego postanowienia.
 
Sąd otóż uznał, że nie może umorzyć sprawy, bowiem skarżący, składając wniosek o wycofanie skargi zmierzał do obejścia prawa. Zatem – na podstawie tego samego przepisu art. 60 ppsa - odmówił umorzenia postępowania i postanowił o odrzuceniu skargi.
Formalnie rzecz ujmując, treść przepisu w zasadzie dawała podstawy do odmowy umorzenia postępowania:
„(…) Skarżący może cofnąć skargę. Cofnięcie skargi wiąże sąd. Jednakże sąd uzna cofnięcie skargi za niedopuszczalne, jeżeli zmierza ono do ominięcia przepisów prawa lub spowodowałoby utrzymanie w mocy aktu lub czynności dotkniętych wadą nieważności.(…)”.
 
Rozumienie przepisu, w tej konkretnej sytuacji, sędzia Eugeniusz Wasilewski tak oto wyjaśnia:
„(…) Zgodnie z art. 60 ppsa skarżący może cofnąć skargę. Cofnięcie skargi wiąże sąd. Jednakże sąd uzna cofnięcie skargi za niedopuszczalne, jeżeli zmierza ono do obejścia prawa lub spowodowałoby utrzymanie w mocy aktu lub czynności dotkniętych wadą nieważności. W przypadku skutecznego cofnięcia skargi postępowanie sądowe ulega umorzeniu (art. 161 § 1 pkt 1 cyt. ustawy).
W przedmiotowej sprawie taka sytuacja nie zachodzi, bowiem Sąd uznał cofnięcie skargi za niedopuszczalne, ponieważ zmierzałoby ono do obejścia przepisów dotyczących uiszczenia wpisu od skargi. (…)”.
 
Co wynika z takiego uzasadnienia? Niewątpliwie sędzia Eugeniusz Wasilewski umie czytać. Zacytował bowiem przepis ustawy. Dalej to już tylko pozostaje humorystyka mrożkowska. Sąd przyjął, że skarżący cofając skargę z powodu jej bezprzedmiotowości, tak naprawdę szukał pretekstu, by ominąć prawo. A to ominięcie miało polegać na uchylaniu się od wniesienia stosownej opłaty sądowej.
 
Idąc rozumowaniem sądu, skarżący powinien najpierw wnieść opłatę, ze świadomością, że sprawa jest przesądzona, a dopiero później, albo równocześnie wnieść o umorzenie postępowania. Wówczas wszystko byłoby zgodne z prawem. Gdzie tu miejsce na zdrowy rozsądek i racjonalność ustawodawcy, nie wiadomo. Gdzie racjonalność stosującego prawo, tym bardziej trudno zgadnąć.
 
Skarżący, postępując z tak rozumianym i stosowanym prawem, miał obowiązek dokonać wpisu, ponieść koszty przelewu, odczekać kilka tygodni, a może i miesięcy na postanowienie o umorzeniu postępowania i potem kolejne kilka tygodni na zwrot uiszczonej opłaty. Ten zwrot, pocztą lub przelewem, obciążyłby skarżącego, rzecz jasna.
 
Sąd w tym czasie również miałby zajęcie. Przyjęcie wpisu, zaksięgowanie, poświadczenie do akt sprawy, posiedzenie w sprawie umorzenia, postanowienie, uzasadnienie, zlecenie wysłania, zlecenie zwrotu, księgowanie przepływów finansowych, dokonywanie przelewu lub przekazu pocztowego. Kilkanaście osób miałoby sporo zajęcia przy gonieniu króliczka.
 
Cała historia zakończyłaby się z identycznym skutkiem. Sprawa zostałaby zamknięta bez rozpoznawania. W tym przypadku odrzucenie czy umorzenie dla skarżącego nie miało najmniejszego znaczenia. Dla organu skarżonego też. Dla sądu za to przybyłoby zajęć bez liku.
Jedynie skarżący w tej całej gonitwie cienia poniósłby dodatkowe, zbędne koszty. Podobnie jak zbędnej roboty przybyłoby pracownikom sądu i przy okazji wzrosłaby produkcja makulatury.
 
Na czym polega zarzut próby omijania prawa? Na zidentyfikowaniu celu takiego działania. Ten cel, co do zasady, ma zmierzać do osiągnięcia jakiejś korzyści przez podmiot, który to prawo usiłuje ominąć. Jaką korzyść miałby osiągnąć skarżący w tej konkretnej sprawie? Żadnej. Umorzenie czy odrzucenie skargi w tym konkretnym przypadku, zarówno z punktu widzenia prawa jak i stanu faktycznego było dla skarżącego doskonale obojętne.
Wystarczyło zignorować wezwanie do uiszczenia wpisu i skutek byłby ten sam. A skarżący przynajmniej zaoszczędziłby sobie czasu, papieru, tuszu i pocztowych kosztów przesyłki poleconej.
 
Skąd więc pomysł sądu o próbie omijania prawa przez skarżącego, gdy w sposób racjonalny i zgodnie z prawem próbował zamknąć sprawę z powodu odpadnięcia powodu do skarżenia? Wygląda na to, że sąd poczuł się niepocieszony z powodu braku owego wpisu od skargi. Co by to sądowi dało? Wszak w razie umorzenia musiałby ów wpis zwrócić skarżącemu.
 
A może niekoniecznie. Otóż w ustawie o postępowaniu przed sądami administracyjnymi odnajdujemy inny ciekawy przepis w  brzmieniu:
„(…) Art. 232
§ 1 Sąd z urzędu zwraca stronie
1)      cały uiszczony wpis od:
a)      pisma odrzuconego lub cofniętego, jeżeli odrzucenie lub cofnięcie nastąpiło przed wysłaniem odpisu skargi – organowi, którego działanie lub bezczynność zaskarżono, a także odpisu środka odwoławczego albo skargi o wznowienie postępowania innym stronom;
b)     zażalenia na postanowienie w przedmiocie ukarania grzywną, jeżeli zażalenie zostało uwzględnione;
2)      połowę wpisu od pisma cofniętego przed rozpoczęciem posiedzenia, na które sprawa została skierowana, z tym że posiedzenie mediacyjne nie wyłącza zwrotu;
§ 2 Postanowienie w przedmiocie zwrotu wpisu może być wydane na posiedzeniu niejawnym.(…)”.
 
Zagadkowe rozumienie i stosowanie przepisów prowadzić może do kreślenia wielu różnych scenariuszy. Rodem ze świata absurdu. Szczególnie mając na uwadze przepis art. 232 § 2.  Można sobie na przykład wyobrazić i taki scenariusz, że sąd najpierw inkasuje wpis od skargi, potem kieruje sprawę na rozprawę, a następnie zajmuje się wnioskiem o cofnięciu skargi. Tym sposobem skarżący, po postanowieniu o umorzeniu postępowania z powodu cofnięcia skargi, nie otrzyma zwrotu wpisu w całości, a jedynie tego wpisu połowę.
 
Czy w opisywanym przypadku odrzucenie skargi rzeczywiście było zgodne ze znaczeniem przepisu art. 60 ppsa i zgodne z intencją ustawodawcy? Czy istotnie, biorąc pod uwagę stan faktyczny, można było dojść do wniosku, że skarżący działał w celu ominięcia prawa? Czy intencją ustawodawcy było przymuszanie stron do działań irracjonalnych i zbędnego, wręcz bezsensownego ponoszenia kosztów oraz przydawania sądom równie bezsensownych zajęć?
 
Jest też jeszcze w tej sprawie inny aspekt natury prawnej. Otóż art. 60 ppsa daje prawo sądowi do nieuwzględnienia wniosku o cofnięciu skargi i w związku z tym sąd może odmówić umorzenia postępowania. Jednakże przepis ów nie daje podstawy do odrzucenia skargi. Taką podstawę sąd powinien wskazać – biorąc pod uwagę treść uzasadnienia - z powołaniem przepisu art. 58 § 1 pkt 3 ustawy ppsa. Nie zrobił tego. Dlaczego? Nie wiadomo, ale właściwej podstawy prawnej odrzucenia skargi Sąd nie podał.
 
Wydaje się, że zgodnie z przepisami ustawy, po nieuwzględnieniu wniosku o cofnięciu skargi z powodów – jak to odkrywczo sąd zauważył – próby ominięcia przepisów prawa, sąd miał obowiązek wydać w tej materii postanowienie o odmowie uwzględnienia wniosku i ponownie wezwać stronę do wniesienia wpisu sądowego. Dopiero po bezskutecznym upływie terminu sąd miałby podstawy do odrzucenia skargi z powodu nieuzupełnienia braków formalnych. Sąd, jak widać, poszedł na skróty.
 
Czyżby ze złości, że nie udało się uszczknąć chociaż kilku złotych od skarżącego za, bądź co bądź, tytaniczną pracę sędziego i innych pracowników sądu? Oczekiwanie wynagrodzenia za wykonane czynności, choćby nawet tylko kancelaryjne, miałoby może i jakiś sens. Ale dlaczego, w tym wypadku, koszty te miałby ponosić skarżący a nie organ, który do takiej sytuacji doprowadził poprzez swoje działania?
 
Pan sędzia Eugeniusz Wasilewski powinien rozważyć zatem, czy nie pozwać krnąbrnego organu, winnego przysporzenia pracy sądowi i jego urzędnikom? Niech organ płaci za zmarnowany czas i stertę makulatury wytworzonej w związku z ta sprawą. Da się to wyliczyć.
To, oczywiście, żart. Podobnie jak coraz częściej widać, że cały ten nasz wymiar sprawiedliwości i jego orzecznictwo stają się żartem.
 
Wyjątkowo ponurym.
 
Witold Filipowicz
Warszawa,
 
 
2009-01-31 10:33
 Oceń wpis
   

W dniu 8 października 2008 r. w Sądzie Okręgowym w Warszawie, w Sali 545 o godzinie 14.15 odbędzie się ponowna rozprawa przeciwko Skarbowi Państwa – Urzędowi Patentowemu Rzeczypospolitej Polskiej o przywrócenie do pracy i zasądzenie wynagrodzenia za czas pozostawania bez pracy – Sygn. akt XII Pa 294/08.

 
Pozew wniósł w styczniu 2005 roku dyrektor Biura Urzędu, który po wygranym konkursie objął stanowisko, ale po upływie 3 miesięcy odmówiono mu – bez żadnych podstaw i wbrew poprzednim zobowiązaniom kierownictwa – podpisania umowy na czas nieokreślony.
 
Sąd Rejonowy w Warszawie – sygn. akt VII P 464/06 - orzekł o celowym zmierzaniu przez pozwanego do ominięcia przepisów prawa oraz naruszeniu zasad współżycia społecznego. Sąd Okręgowy w Warszawie – w 2007 roku, sygn. akt XII Pa 397/06 – zmienił całkowicie wyrok Sądu Rejonowego, oddalając powództwo w całości. Za podstawę orzekania przyjął przepisy, które w żadnym razie nie mogły mieć zastosowania w tej sprawie. Uzasadnienie zaś tego wyroku było rażąco sprzeczne ze stanem faktycznym, który wynikał z akt sprawy oraz z ustaleń poczynionych przez Sąd Rejonowy.
 
Ten skandaliczny wyrok został uchylony wyrokiem Sądu Najwyższego w lutym 2008 r. – sygn. akt II PK 256/07 - i sprawa powróciła do ponownego rozpoznania w Sądzie Okręgowym w Warszawie.
 
Z całej dokumentacji i ustaleń tego wieloletniego sporu wynika jednoznacznie, że określenie kumoterstwa czy nepotyzmu w zakresie obsadzania wyższych stanowisk w administracji rządowej byłoby tu czystym eufemizmem. Wielość faktów wynikających z dokumentacji, nie tylko samych akt sprawy, rysuje mroczny obraz Rzeczypospolitej, traktowanej przez wysokich urzędników administracji publicznej jak państwo prywatne.
 
Wątki kryminalne, jakie zaczęły pojawiać się w trakcie postępowań, w tym znikające dokumenty urzędowe, zarówno z samych urzędów, jak i z akt sprawy, bezprawne uniemożliwianie uzyskania istotnych dla sprawy informacji, przekraczanie uprawnień i niedopełnianie obowiązków na szkodę interesu publicznego, a w końcu i możliwe dokonanie fałszerstwa dokumentów urzędowych oraz pomijanie przez Sąd – bezpodstawnie – przedstawianych na tę okoliczność dowodów w sprawie, dopełniają obrazu Orwellowskiego świata i krainy absurdu.
 
W związku z poprzednim, skandalicznym wyrokiem Sądu Okręgowego w Warszawie, w maju tego roku wniesiona została – na skład orzekający wówczas – skarga do Ministra Sprawiedliwości, a we wrześniu również do Krajowej Rady Sądownictwa o oczywistą i rażącą obrazę przepisów prawa.
 
Jak potoczy się obecnie proces w tym samym Sądzie i w tym samym Wydziale, będzie można zaobserwować 8 października 2008r.
 
Witold Filipowicz
 
2009-01-31 10:31
 Oceń wpis
   

Był już bunt prokuratorów, teraz mamy bunt sędziów. Bunty mają zawsze jakiś cel. W przypadku sędziów tym celem jest godność. Mierzona, jak się wydaje, wysokością gaży.

 
Nadużycie? Może. Ale wsłuchując się w treść sędziowskich protestów odnosi się wrażenie, że zmierzają w jednym kierunku – dajcie nam więcej, więcej, więcej…
 
Uzasadnieniem tych żądań jest, było nie było, szczególna rola sędziego w życiu publicznym polskiego społeczeństwa. Wszak to od sędziego w wielu przypadkach zależy niejeden los człowieka, któremu się przyszło poddać rozstrzygnięciom sądowym.
 
W klasycznym podziale władzy sądownictwo jest jednym z filarów demokratycznego państwa prawnego. Z tego punktu widzenia głos środowiska sędziowskiego jest głosem trzeciego filaru władzy i nie może pozostawać niesłyszalnym.
 
Zgrzytem jednak w tych – załóżmy – słusznych protestach i żądaniach, jest coraz powszechniejsza w społeczeństwie opinia o jakości wymiaru sprawiedliwości. Nie tylko tych osób, które przegrywają swoje sprawy przed sądami. Krytyka w takich przypadkach jest naturalnym przejawem, choć nie znaczy to w żadnym razie, że jest w każdym przypadku krytyką bezpodstawną.
 
Głosy krytyczne słychać też ze strony osób niezwiązanych z jakimiś postępowaniami sądowymi osobiście, a nawet za strony osób, które swoje sprawy wygrywają. Nieco słabiej słychać krytykę ze strony samego środowiska prawniczego, w szczególności ze strony samych sędziów. Tu głównie przeważają skargi na warunki pracy i – oczywiście – płacy.
 
Może dziwić krytyka jakości wymiaru sprawiedliwości wypowiadana przez osoby, które w końcu swoje sprawy wygrywają. Jednakże warto sobie uświadomić, że sama wygrana w finale sprawa, to często całe lata zaangażowania się w procesy, koszty, czasem utrata zdrowia. Nierzadko ekonomiczna ruina tego, który mimo wygranej sprawy popada w nędzę. Pyrrusowe zwycięstwa nie są niczym nadzwyczajnym w polskiej rzeczywistości.
 
Śledząc tego rodzaju sprawy, poczynając od sposobu ich rozpatrywania na poziomie sądu rejonowego przez asesora, aż do Sądu Najwyższego włącznie, niejednokrotnie można zadawać sobie wciąż to samo pytanie: czemu ma służyć polski wymiar sprawiedliwości. Co jest celem sądowych postępowań, czy poszukiwanie sprawiedliwości i ochrony jednostki, której dzieje się krzywda, czy sąd ma cele priorytetowe w postaci restrykcyjnego przestrzegania procedur?
 
To zresztą temat niewyczerpany i nie powinien niknąć w dyskusjach, przykrywany sporami doktrynalnymi, w których człowiek wydaje się być traktowany jako wyłącznie element procesu.
 
Wzrastająca liczba spraw wnoszonych przez obywateli do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, a zwłaszcza wzrastająca liczba spraw wygrywanych w Trybunale, powinna być wystarczającym sygnałem, że w polskim wymiarze sprawiedliwości nie dzieje się dobrze i nic nie wskazuje na to, że są jakieś symptomy poprawy.
 
Co gorsza, należy pamiętać o tym, że na ogół – z uwagi na obowiązek wyczerpania drogi sądowej w kraju – wygrane sprawy przeciwko państwu Polskiemu w jakimś stopniu dają świadectwo o polskim wymiarze sprawiedliwości na poziomie Sądu Najwyższego. To może uświadamiać, jaką jest ta jakość na poziomach niższych – apelacyjnym, okręgowym, rejonowym. Dotyczy to również sądownictwa administracyjnego.
 
Występując do ETPC skarży się nie sam wyrok, choć to on jest podstawą wniesienia skargi, ale skarży się państwo, w imieniu którego te skarżone wyroki zapadają, więc w istocie skarży się cały system wymiaru sprawiedliwości, gdzie w kolejnych instancjach utrzymywany jest wyrok, uznany potem przez ETPC jako naruszający prawa człowieka. To jest powód do wstydu. Nie dla państwa, dla wymiaru sprawiedliwości.
 
Jakie są konsekwencje takich wyroków na korzyść skarżącego? Na ogół odszkodowania, czasem nawet dość wysokie, choć w większości bardziej symboliczne, gdy uzmysłowić sobie, jaką drogę i z jakimi konsekwencjami przez całe lata musiał się zmierzyć skarżący. Ostatnio odszkodowania zaczynają nieco wzrastać, pojawia się bowiem tendencja do wyrównywania szkód wyrządzonych przez Państwo obywatelowi w wymiarze bardziej adekwatnym do strat rzeczywistych.
 
A co się dzieje po takim wyroku, który państwo musi wykonać? Państwo je wykonuje, z oporami czasem, ale to osobna kwestia. Jeśli jednak przyznane zostaje odszkodowanie, to je wypłaca. Z jakich pieniędzy? Oczywiście, z budżetu państwa. I to jest jedna strona medalu.
 
Jest jednak drugi aspekt, znacznie ważniejszy. Jakie skutki takiego wyroku ponosi nasz wymiar sprawiedliwości w rozumieniu skutków dla konkretnych sędziów, którzy brali udział w procesie orzekania? Od pierwszej do ostatniej instancji. Otóż nic nie wiadomo o jakichkolwiek skutkach.
 
W konsekwencji cała plejada sędziów, tych domagających się uznania ich godności, czy też może godności urzędu, jaki reprezentują, godności mierzonej – przez nich samych, jak się okazuje – wysokością gaży, pozostaje w błogim poczuciu dobrze wypełnionych obowiązków. Również tych sędziów, których wyroki są ocenione negatywnie przez ETPC.
 
Konsekwencje finansowe dla budżetu, czyli pochodzące z kieszeni nas wszystkich, to tylko jeden i bynajmniej nie najważniejszy i nie najbardziej dotkliwy skutek błędnego orzekania. Za takimi wyrokami często występują ludzkie tragedie. Czasem ważące na całym życiu człowieka.
 
A co z godnością tych, którzy wyrokami rażąco naruszającymi prawo sami wystawiają świadectwo polskiemu wymiarowi sprawiedliwości? Co robi samo środowisko sędziowskie z takimi przypadkami. Bez impulsu w postaci skargi czy jeszcze silniejszego – publikacji prasowej o jakimś bulwersującym wyroku? Co z sędziami, których orzeczenia wręcz narzucają podejrzenie stronniczości, o ile nie przestępstwa nawet?
Solidarność korporacyjna zawsze ma brać górę?
 
Sąd jest niezawisły – remedium na każdą niegodziwość odzianego w togę człowieka, który zawiesił sobie na szyi łańcuch z Godłem? Sąd podlega tylko ustawom – kolejne hasło, które ma rozgrzeszać każdą nieprawidłowość? I co się dzieje, jeśli sąd sam ustawy łamie?
 
Jest obecnie prawo skargi na wyrok niezgodny z prawem. Nawet przewiduje żądanie odszkodowania. Ale kto ma to orzekać? Sędziowie. Ile razy sędziowie – koledzy po fachu – orzekali przeciwko swoim kolegom? Układ naczyń połączonych. Jak w każdej korporacji, jak w większości środowisk.
 
Tylko, że błędy, a przede wszystkim sprzeniewierzenia się misji swojego zawodu w przypadkach na przykład pielęgniarki, skutkuje konsekwencjami niezwykle dolegliwymi dla niej samej. Trudniej jest w przypadku nauczycieli, a w przypadku lekarzy droga nabiera wyjątkowej wyboistości, by pociągnąć go do odpowiedzialności. Tu mechanizmy tej pejoratywnie rozumianej solidarności środowiskowej najbardziej dają się zauważyć.
 
W przypadku sędziów droga taka w ogóle staje się niewidoczna, a jeśli nawet już coś się pojawi, to szybko gdzieś niknie i ciągu dalszego nie widać, a zwłaszcza finału. Immunitet, szczególna rola, sędzia musi mieć zagwarantowaną niezależność i niezawisłość, mieć poczucie bezpieczeństwa w procesie orzekania…cały wachlarz argumentacji. Słusznej, nie da się zaprzeczyć. Ale nie wówczas, gdy te atrybuty mają służyć jako tarcza dla analfabety prawnego i każdej niegodziwości.
 
Jeśli pod tymi hasłami, za przyzwoleniem całego środowiska, mogą całymi latami kryć się ludzie, którzy kompromitują to środowisko i wyrządzają de facto ogromne szkody dla całego systemu wymiaru sprawiedliwości, to i sam ten wymiar nie powinien się dziwić, że społeczeństwo coraz częściej daje mu wyraz swojej dezaprobaty.
 
Jeśli więc sędziowie rzeczywiście chcą walczyć o swoją godność, o godność urzędu sędziego, orzekającego w imieniu Rzeczypospolitej, to najpierw niechaj zaczną od porządkowania własnego środowiska. Rozpinanie parasoli ochronnych nad swoimi kolegami, którzy powinni sami niejednokrotnie znaleźć się tam, gdzie wysyłają podsądnych, godności temu urzędowi nie przydaje.
 
Przeciwnie. Z wypowiedzi na wielu stronach internetowych, w tym i o profilu prawniczym,  można odczytać nastawienie części społeczeństwa do obecnych żądań i sędziowskich protestów. Bezczelność, to słowo jedno z łagodniejszych.
Ostatecznie, za te średnio 5 tysięcy miesięcznie da się jeszcze jakiś czas związać koniec z końcem.
 
Tymczasem, zamiast przyznawania godności, mierzonej pensją, można by sędziom przyznać kieszonkowe. Na szkolenia, jak ze te grosze przeżyć, co, na przykład nauczyciele pokażą sędziom w praktyce.
 
Resztę z kieszonkowego można przeznaczyć na szkolenia w zakresie rozumienia treści art. 2 Konstytucji RP, co w istocie oznacza zasada tam wrażona, że „Rzeczypospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej.”
 
Realizacji tej zasady mają strzec właśnie sędziowie. Od tego jak to robią zależeć będzie godność urzędu. Pieniędzmi się jej nie kupi ani nie zmierzy.
  
Witold Filipowicz
 
2008-01-10 22:49
 Oceń wpis
   
Sąd chyba uważa, że dziennikarz nie ma, a może nie powinien mieć godności. Tak można byłoby sądzić po wydanym w dniu 19 lipca 2007 r. postanowieniu na rozprawie przed sądem rejonowym w Warszawie – sygn. akt III K 459/06.
 
Chodziło o artykuł, w którym opisane zostały niezupełnie przejrzyście prowadzone procedury w pewnym urzędzie administracji rządowej. Jeden z urzędników poczuł się dotknięty, więc wystosował przeciw autorowi akt oskarżenia. Ale jako osoba prywatna, zatem z art. 212 kodeksu karnego o zniesławienie poprzez publikowanie treści niezgodnych z prawdą.
 
Ponieważ dziennikarz ocenił, że podstawy oskarżenia są kłamliwe oraz zniekształcone, przez co oskarżyciel nadał niektórym fragmentom tekstu inną wymowę, niż nadał im autor, wobec czego dziennikarz wniósł - na podstawie art. 497 KPK - wzajemny akt oskarżenia.
 
Po dwóch posiedzeniach pojednawczych (?) i prawie 3 latach doszło do rozprawy głównej. Tu, nim cokolwiek ruszyło, Sędzia wydał postanowienie - na podstawie art. 17 KPK - o umorzeniu postępowania z wzajemnego aktu oskarżenia, a sprawę obrażonego urzędnika – na podstawie art. 34 KPK - wyłączył do odrębnego postępowania. Uzasadnieniem postanowienia były powołane orzecznictwa Sądu Najwyższego, a głównie sentencji wyroków w brzmieniu:
 
Nie stanowią przestępstwa zniesławienia różnego rodzaju wypowiedzi dokonywane w ramach przysługujących jednostce uprawnień, między innymi oświadczenia składane w uzasadnieniu lub w obronie praw (np. skargi sądowe, odpowiedzi na zarzuty procesowe, zażalenia, doniesienia pokrzywdzonych o przestępstwie).”
 
Wynikać z tego zdaje się takie oto przekonanie Sądu, iż dziennikarz, pisząc o urzędniczych manewrach, wystawia się na ewentualny strzał. Jeśli jednak urzędnik w swoim prywatnym akcie oskarżenia nawypisuje bredni, kłamstw i manipulacji treścią artykułu, by wywołać przekonanie, że dziennikarz zmieszał z błotem kryształowego urzędnika, to ów dziennikarz nie ma prawa pociągnąć za kłamstwa owego urzędnika do takiej samej odpowiedzialności.
 
Już sama logika i zwykłe poczucie sprawiedliwości zdawały się tu doznawać poważnego zachwiania. Tym bardziej postanowienie to zdawało się godzić w konstytucyjną zasadę równości wobec prawa. Dwie prywatne osoby zarzucają sobie wzajemnie kłamstwa pisane na ich temat, ale jednej z nich odmawia się prawa do ochrony swoich dóbr osobistych.
 
Wskazany przepis art. 17 KPK jest przepisem ogólnym i sam w sobie nie stanowi podstawy umorzenia postępowania bez konkretyzacji przesłanek takiego umorzenia. Jedynie w art. 498 § 1 KPK znajduje się ograniczenie takiej możliwości. Stanowi on, iż wniesienie wzajemnego aktu oskarżenia jest niedopuszczalne, jeżeli prokurator wcześniej wszczął postępowanie albo przyłączył się do postępowania. Nie dotyczyło to jednak tej sprawy, a innych ograniczeń w przepisach KPK nie ma.
 
Wnioskować z tego należało, że konkretyzacja niedopuszczalności znajduje się w powołanych w uzasadnieniu postanowienia wyrokach Sądu Najwyższego – SN IV KKN 331/00 oraz SN V KKN 435/00.
 
W prawie karnym stosowanie analogii jest generalnie niedopuszczalne. Warto też pamiętać, iż orzecznictwo, w tym i SN wiąże sądy tylko w sprawie, której dotyczy. Może być wprawdzie powoływane w celu wyjaśnienia przesłanek, jakimi kierują się sądy rozstrzygając w innej sprawie, jednakże charakter tych spraw w swoich zasadniczych elementach musi być, jeśli nie identyczny, to w każdym razie niewątpliwie adekwatny do charakteru sprawy rozpoznawanej. W tym wypadku Sąd Rejonowy w Warszawie uznał, że powołane orzeczenia SN są właściwe do bezpośredniego zastosowania.
 
Tymczasem obydwa wyroki dotyczą:
- pism procesowych oskarżonego w trakcie postępowania i kierowanych w nich inwektyw pod adresem funkcjonariuszy publicznych, związanych z prowadzeniem postępowania przeciw oskarżonemu;
- wzajemne oskarżenia przeciwko oskarżonemu wnosili funkcjonariusze publiczni, prowadzący lub związani z prowadzeniem sprawy przeciw oskarżonemu.
 
Niedopuszczalność oskarżenia wzajemnego może być uzasadniona wówczas, gdy oskarżyciel ma prawo czuć się zagrożony ze strony potencjalnego oskarżonego. W szczególności z powodu nierówności stron, ich statusu i potencjalnych możliwości zastosowania restrykcji w związku z wykonywaniem przez oskarżyciela swoich praw.
 
W niniejszej sprawie nie zachodzą w żadnym stopniu tego rodzaju współzależności, jak również nie może być mowy nawet o potencjalnym zagrożeniu wobec oskarżyciela ze strony oskarżonego. Materiał prasowy, będący przedmiotem postępowania, opisuje zdarzenia ściśle związane z wykonywaniem obowiązków służbowych przez funkcjonariuszy publicznych. Z jakiegoś powodu przeciw autorowi artykułu „Paragrafy i kaptury” wystąpił tylko jeden funkcjonariusz publiczny, ale uczynił to jako osoba prywatna.
 
Tym samym strony postępowania usytuowane są dokładnie na tej samej pozycji sporu prywatnego, o jednakowym statusie obywatela, któremu przysługują identyczne prawa, w tym prawo do ochrony swojego dobrego imienia. Nic nie uzasadnia, by którejkolwiek stronie postępowania ograniczać, a tym bardziej uniemożliwiać wykonywanie swoich uprawnień.
 
Również nie znajduje żadnego uzasadnienia faworyzowanie którejkolwiek ze stron, przyznając jej więcej praw wobec strony w identycznej sytuacji. Szczególnie wówczas, gdy obie strony mają identyczne możliwości działania, a pomiędzy stronami nie występuje jakikolwiek element, który mógłby wpłynąć na sposób czy zakres korzystania ze swoich uprawnień którejkolwiek ze stron.
 
Art. 212 KK ma na celu zapewnienie pokrzywdzonemu dochodzenie swoich praw, gdy ktokolwiek poprzez swoje wypowiedzi narusza dobre imię pokrzywdzonego. Prawo to przysługuje każdemu i – jako element prawa do sądu – jest prawem bezwzględnie obowiązującym. Nic nie może tego prawa ograniczać w sytuacji jednakowej pozycji stron postępowania, a Sąd jest władny jedynie do oceny merytorycznej zarzutów stawianych wzajemnie przez strony postępowania.
 
Jedną z funkcji przepisu art. 212 KK jest też funkcja prewencyjna w zakresie odpowiedzialności za słowo. Rzekomo pokrzywdzony ma prawo wnieść oskarżenie przeciw autorowi materiału prasowego, jeśli ocenił, że jego treść narusza dobra osobiste pokrzywdzonego. Jednakże akt oskarżenia nie może z kolei naruszać dóbr osobistych oskarżonego poprzez przypisywanie mu treści, jakich w materiale prasowym w ogóle nie ma.
 
We wniesionym wzajemnym akcie oskarżenia wskazane wyraźnie zostały podstawy oskarżenia wzajemnego i nie stanowił tej podstawy sam fakt wniesienia oskarżenia. Wskazane zostały niektóre z przywołanych przez oskarżyciela fragmenty i sformułowania. Jednych w tekście w ogóle nie ma, inne zostały zniekształcone. Czyli oskarżyciel dokonał świadomej manipulacji treścią, nadając tym fragmentom znaczenie odmienne, niż nadał im autor.
 
Oczywista nieprawda zawarta w prywatnym akcie oskarżenia powinna być uznana za przekroczenie granic dopuszczalności użytych środków dla ochrony swoich praw. W przeciwnym razie prywatny akt oskarżenia mógłby się w praktyce sprowadzać do bezkarnego lżenia i zniesławiania oskarżonego. Bez żadnych konsekwencji i bez żadnej odpowiedzialności za słowo. W zupełnym oderwaniu od konieczności użycia takich środków do realizacji swoich uprawnień.
 
Przywołana przez Sąd sentencja orzeczeń dotyczy, jak wskazano na wstępie, spraw o zupełnie innym charakterze, przede wszystkim ze względu na pozycje stron postępowania. Ponadto całość uzasadnienia, w szczególności dalszy fragment, następujący po przywołanej sentencji wskazuje, że zakaz wnoszenia wzajemnego aktu oskarżenia dotyczy tylko określonych sytuacji, zupełnie różnych, niż niniejsza sprawa. Ale nawet i wówczas taka ochrona ma określone granice:
 
„(…) Nie stanowią bezprawnego zniesławienia zarzuty stawiane w obronie własnych praw, kierowane do władz (zawarte w pismach procesowych, doniesieniach pokrzywdzonych o popełnionym przestępstwie, pozwach rozwodowych).
 
Legalność takich zarzutów uzależniona jest jednak od potrzeb wynikających z zagrożenia własnego prawa i konieczności wykazania niebezpieczeństwa dla własnych praw ze strony postępowania lub własności innej osoby, lub podmiotu zbiorowego.”(…)”
 
Z powołanych wyroków wynika jednoznacznie, że w niniejszej sprawie ani nie zachodziły przypadki konieczności stawiania zarzutów opartych na nieprawdziwych lub zmanipulowanych stwierdzeniach, ani też nie zachodzą relacje „niebezpieczeństwa dla własnych praw ze strony postępowania lub własności innej osoby, lub podmiotu zbiorowego”.
 
Ponadto użytego w sentencji sformułowania: „kierowane do władz”, w kontekście spraw, jakich dotyczą powołane wyroki, nie można rozumieć jako „kierowane do władz” pisma, czyli działania będące czynnościami manualnymi. W sentencji chodzi o „kierowane do władz” inwektywy, których władza jest adresatem.
 
Sąd Rejonowy, jak się wydaje, nie do końca zrozumiał intencje Sądu Najwyższego, a przede wszystkim z niewiadomych powodów uzasadnił swoje postanowienie w oparciu o wyroki w sprawach zupełnie innego charakteru.
 
Jedyną cechą wspólną tych trzech postępowań jest art. 212 KK i prywatne akty oskarżenia. Ale zarówno okoliczności jak i strony postępowania są zupełnie inne.
 
Oskarżyciel, w tym konkretnym przypadku, powinien występować nie jako osoba prywatna, lecz jako instytucja i to nie z prywatnym aktem oskarżenia. Postępowania administracyjne zawsze są prowadzone kilkuosobowo. Jeżeli więc jeden z uczestników postępowania zdecydował się wnieść oskarżenie, to przeciw autorowi powinna wystąpić instytucja, gdyż w istocie to ona jest stroną postępowania. A jednak instytucja na taki krok się nie zdobyła.
 
W rezultacie tego dziwnego postanowienia oskarżyciel prywatny otrzymuje coś w rodzaju dodatkowej premii. Nie dość, że może sobie oskarżać w sposób zupełnie dowolny, bo przepis ów zwalnia z przeprowadzania dowodów przez oskarżyciela, to na dodatek może wypisywać cokolwiek, choćby całe oskarżenie składało się wyłącznie z kłamstw.
 
Tymczasem oskarżony autor materiału prasowego musi udowadniać, że urzędnicy złamali prawo, choć – zgodnie z zasadami, to urzędnik jest zobowiązany do udowodnienia, że opisana procedura postępowania administracyjnego przebiegała zgodnie z prawem. Nastąpiła volta odwracająca porządek rzeczy i reguły prawne.
 
Na dodatek, za kłamstwa wymierzone przeciw autorowi tekstu – kłamstwa zamierzone – nie może on pociągnąć do odpowiedzialności tego, kto kłamstw i manipulacji się chwyta. Trzeba podkreślić, że gdyby takie postanowienie utrzymało się w mocy, to nawet po udowodnieniu w czasie rozprawy, że oskarżyciel kłamał i oparł oskarżenie na zmanipulowanych treściach i tak dziennikarz – stosownie do postanowienia – nadal nie miałby możliwości wniesienia oskarżenia o kłamstwa i manipulacje tekstem. Czyli o działania zmierzające do zniesławienia dziennikarza poprzez pomawianie o pisanie kłamstw.
 
Konstytucja powiada – w art. 30 – że „Przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności i praw człowieka i obywatela. Jest ona nienaruszalna, a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych”.
 
Według wydanego postanowienia, za wzajemne teksty na swój temat - nieprawdziwe, według obydwu stron – w stan oskarżenia stawiany ma być tylko dziennikarz. A może dziennikarz to jakieś odmienne jestestwo niemieszczące się w kategorii człowieka i obywatela?
Interesujący system demokratycznego państwa prawnego. Zwłaszcza, gdy jako uzasadnienie postanowienia powoływane są sentencje w oderwaniu od całości sprawy. Natomiast fragmenty dalszej części uzasadnienia zdają się być na tyle istotne, że pomijanie ich zniekształca wymowę całości.
 
Nazywany „ubeckim kneblem wolności słowa", art. 212 KK, jak widać, ma jeszcze szersze zastosowanie, niż się to wydawało Trybunałowi Konstytucyjnemu, gdy orzekał o jego zgodności z Konstytucją.
 
Chyba, że Sąd Okręgowy w Warszawie, IX Wydział Karny Odwoławczy, dojdzie do innych wniosków na skutek wniesionego zażalenia na to niezrozumiałe postanowienie. Gdyby tak się stało, wróci równość stron w tym postępowaniu. Po obu stronach stać będą w jednej osobie oskarżeni i oskarżyciele. Na pierwszy rzut oka może się taka sytuacja wydawać groteskowa. Ale warto pamiętać, że ta równość stron oznacza identyczne prawa i obowiązki.
 
Stąd ów oskarżyciel prywatny, który tak beztrosko wniósł akt oskarżenia, zwolniony z mocy prawa z udowodnienia zasadności oskarżenia, teraz musiałby udowodnić, jak było w istocie z tymi procedurami. Gdzie dziennikarz skłamał, że coś było nie tak. Również będzie musiał udowodnić, gdzie znajdują się stwierdzenia i fragmenty tekstu w takim kształcie, jakie zawarte zostały w akcie oskarżenia.
 
Tym samym urząd administracji rządowej musiałby udowodnić, że działał zgodnie z prawem. Nie potrafił tego udowodnić przed trzema laty i nie potrafi nadal. Może tu tkwi przyczyna, że to nie instytucja wystąpiła do prokuratury o bezpodstawne znieważanie organu władzy publicznej?
 
Sytuacja byłaby o tyle jasna, że toczyłaby się wówczas sprawa z oskarżenia publicznego i nie byłoby mowy o wzajemnych aktach oskarżenia. Byłby za to inny problem. Urząd, ściślej prokurator, podtrzymując oskarżenie, byłby zobowiązany do precyzyjnego udowodnienia, że opisane procedury postępowań administracyjnych przebiegały ściśle według przepisów prawa.
 
Do tego jednak należałoby przedstawić pełną dokumentację postępowań. A tej nie ma, wbrew przepisom kodeksu postępowania administracyjnego. Ot, kłopot.
 
Czy postanowienie, które w konsekwencji zwalnia oskarżyciela z pozycji oskarżonego i tym samym zwalnia urząd z obowiązku dowodzenia, że działał zgodnie z prawem, zostanie podtrzymane?
 
Witold Filipowicz
Warszawa, 1 sierpnia 2007 r.
 
 


Najnowsze komentarze
 
2011-06-02 10:21
alimenty.edu.pl do wpisu:
Uszatki parlamentarne
Wszystko ewoluuje.
 
2011-06-02 08:26
windykacja, kredyty, konta bankowe do wpisu:
Prawa i wolności w naszej spółdzielczości
Mnie się to osobiście bardzo podoba.
 
2011-05-29 15:59
praca.aid.pl do wpisu:
Kolejny kadr
Panowie, trzeba sobie uświadomić czym jest polityka, to nie będzie żadnych złudzeń.
 



 
 



Kategorie Bloga



Ulubione blogi
 
 



Archiwum
 
Rok 2011
 

 
Rok 2009
 

 
Rok 2008
 

 
Rok 2007
 

 
Rok 2006