2011-09-26 17:18
 Oceń wpis
   

Terroryzm jawny poprzedniego systemu zastąpiony został terroryzmem utajonym, a wszelka niegodziwość staje się normą. Skutki dla jednostki są widoczne na pierwszy rzut oka. Skutki dla państwa narastają wolniej ale nieuchronnie. Rzecz w tym, iż obraz poszerzającej się strefy prywatnych państewek dociera do świadomości z dużym opóźnieniem. A i to dopiero szczegóły pozwalają się zorientować gdzie tkwi przysłowiowy diabeł. Skala zjawiska stanowi rzeczywiste zagrożenie dla państwa, oddziałując na wszystkie aspekty życia publicznego.

 Prawo do sądu
 
Skargę kasacyjną – drugą w tej samej sprawie przeciwko Urzędowi Patentowemu Rzeczypospolitej Polskiej wniesiono w lipcu 2009 r. Sąd Najwyższy postanowieniem z dnia 21.01.2010 r. – sygn. akt II PK 268/09 – odrzucił ją powołując jako podstawę rozstrzygnięcia uchybienia formalne – brak należytej opłaty od skargi – art. 3986 § 2 kpc w związku z art. 1302 § 1 i 2 kpc. W oparciu o wskazane przepisy Sąd Najwyższy odrzucił skargę bez wezwania do usunięcia braków formalnych, polegających na nie wniesieniu opłaty stosunkowej, bowiem pełnomocnik powoda wniósł jedynie opłatę podstawową.
 
Powołane przez Sąd Najwyższy przepisy nie dawały podstawy do odrzucenia skargi kasacyjnej bez wezwania do usunięcia braków formalnych. Potwierdza ten pogląd wyrok Trybunału Konstytucyjnego z dnia 01.07.2008 r. – sygn. akt SK 40/07. Co więcej, z treści uzasadnienia tego wyroku wynika, że to również na Sądzie ciąży powinność restytucji konstytucyjności po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego, jeżeli za niekonstytucyjny uznany został przepis wykorzystany przy wydawaniu ostatecznych orzeczeń.
 
O błędnym zastosowaniu przepisu i tym samym bezpodstawnym odebraniu skarżącemu prawa do sądu – wniesienia skargi kasacyjnej – świadczy też uchwała Sądu Najwyższego z dnia 15.06.2010 r. – sygn. akt II UZP 4/10 – według której skarga kasacyjna podlega odrzuceniu w razie niewykonania zarządzenia wzywającego do opłacenia skargi.
W uzasadnieniu postanowienia Sąd Najwyższy stwierdził, iż powód nie był zwolniony z kosztów postępowania sądowego powołując się przy tym na postanowienie Sądu II instancji z dnia 13.01.2009 r. – sygn. akt XII Pa 294/08 oddalające wniosek powoda złożony 05.01.2009 r.
 
Tymczasem powód uzyskał prawo do zwolnienia z kosztów sądowych oraz do pomocy prawnej z urzędu postanowieniem Sądu I instancji już w trakcie pierwszego posiedzenia w dniu 22.09.2005 r. Żeby utracić przyznane wcześniej uprawnienie Sąd którejkolwiek instancji musiałby wydać w tym przedmiocie stosowne postanowienie o cofnięciu przyznanych wcześniej uprawnień. Takiego postanowienia nie wydal Sąd w żadnej instancji.
 
Sąd Najwyższy, z niewiadomych przyczyn, oparł swoje postanowienie na rzekomym braku przyznanego prawa do zwolnienia z kosztów sądowych wskazując postanowienie Sądu II instancji z dnia 13.01.2009 r.
Jednak wniosek z dnia 05.01.2009 r. dotyczył zupełnie innej materii i choć nawiązywał do toczącego się postępowania, to jednak zmierzał do wniesienia skargi na wyrok Sądu II instancji – z dnia 04.04.2007 r., sygn. akt XII Pa 397/06 – jako wydanego z rażącym naruszeniem prawa.
 
Była więc to całkowicie odrębna materia, niż toczące się postępowanie przeciwko pozwanemu Urzędowi Patentowemu Rzeczypospolitej Polskiej, w którym to postępowaniu wciąż obowiązywało postanowienie o zwolnieniu powoda z kosztów sądowych i przyznaniu pomocy prawnej z urzędu. Przy tym Sąd Najwyższy nie tylko powołał się na postanowienie dotyczące całkowicie odmiennej materii, ale też wskazał jedynie na rzekomy brak zwolnienia od kosztów sądowych.
Tymczasem powołane postanowienie oddalało również wniosek o ustanowienie pomocy prawnej z urzędu. A przecież skargę kasacyjną wnosił pełnomocnik ustanowiony z urzędu, co jasno wynikało z pełnomocnictwa złożonego do akt sprawy. Ten aspekt Sąd Najwyższy w uzasadnieniu postanowienia, z przyczyn niewiadomych, całkowicie pominął.
Tym samym Sąd Najwyższy postanowieniem z dnia 21.01.2010 r. o odrzuceniu skargi kasacyjnej naruszył prawo skarżącego do sądu – art. 45 ust. 1 Konstytucji RP.
 
Należy też – w świetle art. 6 ust. 1 Konwencji – postawić zarzut naruszenia zasady rzetelności, sprawiedliwości oraz bezstronności orzekania w związku z powołaniem się przez Sąd Najwyższy na postanowienia z dnia 13.01.2009 r. Sądu II instancji.
Jak wskazano wyżej, wniosek z dnia 05.01.2009 r. dotyczył zwolnienia z kosztów sądowych i ustanowienia pomocy prawnej z urzędu w celu wniesienia skargi do Sądu Najwyższego na wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie, XII Wydział Pracy jako wydanego z rażącym naruszeniem prawa. Był więc to wniosek autonomiczny, odrębny niż powództwo przeciw Urzędowi Patentowemu RP.
 
W takim przypadku znajduje zastosowanie przepis art. 394 § 1 pkt 2 kpc, z którego wynika, że postanowienie o odmowie uwzględnienia wniosku jest zaskarżalne. Tymczasem Sąd II instancji – pismem z dnia 16.01.2009 r. pouczył powoda, iż od postanowienia powodowi nie przysługuje zażalenie.
 
Należy tu wskazać, iż postanowienie wydane zostało przez zespół orzekający w składzie: SSO Ewa Wronka, SSO Dorota Szarek, SSO Bożena Rzewuska. Istotą zarzutu naruszenia zasady bezstronności jest fakt, że wniosek dotyczył zamiaru wniesienia skargi na wyrok wydany z rażącym naruszeniem prawa przez zespół orzekający w składzie: SSO Grażyna Otola-Pawlica, SSO Anna Telec, SSR (del.) Dorota Szarek.
Oznacza to, że skład orzekający, oddalający wniosek i tym samym uniemożliwiający wniesienie skargi na ten skandaliczny wyrok, był osobiście zainteresowany – SSO Dorota Szarek – wynikiem postępowania i orzekał we własnej sprawie. Sędzia Dorota Szarek krótko po tym skandalicznym wyroku awansowała z sądu rejonowego do okręgowego, stąd różnica tytułowania między SSR i SSO sędzi.
 
Rzetelność i sprawiedliwość orzekania
 
Jednym z podstawowych obowiązków sądu jest ustalenie bez żadnej wątpliwości umocowania prawnego stron postępowania. Sąd I instancji na posiedzeniu w dniu 22.09.2005 r., sygn. akt VII P 464/05 – zobowiązał stronę pozwaną – Urząd Patentowy RP – do udokumentowania umocowania prawnego Cezarego Pyla, który – rzekomo - pełnił funkcję zastępującego dyrektora generalnego Urzędu Patentowego RP.
 
Pełnomocnik urzędu złożył do akt pismo wraz z wyjaśnieniem o braku oryginału oraz z dołączoną kopią pisma z dnia 14.01.2004 r. mającego stanowić dowód ustanowienia Cezarego Pyla zastępującym dyrektora generalnego UP RP, a także kopię pisma z dnia 02.02.2004 r. jako „uprawdopodabniające” , że takie ustanowienie miało miejsce.
 
Umocowanie prawe do występowania w imieniu Urzędu Patentowego RP – Skarbu Państwa - wynikać może w tym przypadku przede wszystkim z przepisów ustawy o służbie cywilnej. Takie umocowanie prawne niewątpliwie posiadał Tytus Borkowski, dyrektor generalny UP RP, który objął stanowisko w 2002 r. w wyniku wygranego konkursu. W oparciu o przepisy art. 20 ust. 3 ustawy o służbie cywilnej (Dz. U. z 31.05.1999 r.) dyrektor generalny urzędu miał obowiązek niezwłocznego ustanowienia zastępującego: „Dyrektor generalny urzędu niezwłocznie wyznacza w uzgodnieniu z właściwym organem administracji rządowej, zastępującego go dyrektora departamentu (komórki równorzędnej) lub wydziału (komórki równorzędnej). O ustanowieniu zastępstwa dyrektor generalny niezwłocznie zawiadamia Szefa Służby Cywilnej.”
 
Złożona do akt sprawy kopia pisma z dnia 14.01.2004 r. z całą pewnością nie stanowi dowodu właściwego umocowania prawnego Cezarego Pyla jako rzekomo ustanowionego zastępującym dyrektora generalnego urzędu. Może stanowić jedynie kopię pisma informacyjnego dla Szefa S.C., tzn. wykonania obowiązku wynikającego z art. 20 ust. 3 zdanie drugie.
 
Pismo to mogłoby zatem jedynie poświadczać wykonanie czynności wtórnej w stosunku do właściwego aktu ustanowienia. Jednakże sam wygląd i braki pisma urzędowego podważają prawdziwość nawet i tej informacji. Już sam brak znaku sprawy dyskwalifikuje takie pismo jako dokument urzędowy.
Brak poświadczenia wpływu pisma do Urzędu Służby Cywilnej i nadania mu odpowiedniej liczby dziennika wraz z datą wpływu, a w miejsce tego poświadczenia odręczny dopisek „doręczyłem adresatowi osobiście” dodatkowo wzbudzał poważne wątpliwości co do  prawdziwości zarówno w stosunku do samego pisma, jak też w stosunku do faktu, że istotnie zostało ono wniesione do USC.
Ponadto brak uwierzytelnienia przez pełnomocnika procesowego „za zgodność z oryginałem” powoduje, że kopia taka traci w ogóle walor jakiegokolwiek dowodu w postępowaniu sądowym.
 
Zakwestionowanie właściwego umocowania prawnego Cezarego Pyla w apelacji Sąd II instancji całkowicie zignorował w zakresie ustalenia stanu faktycznego. Zignorował też całkowicie wszelkie inne prawidłowo złożone przez powoda wnioski dowodowe.
 
Pozwany Urząd wraz z wniesieniem apelacji złożył do akt tę samą kopię pisma z dnia 14.01.2004 r. mającą udowadniać właściwe umocowanie prawne Cezarego Pyla. Tym razem kopia  była poświadczona „za zgodność z oryginałem” ale nie przez pełnomocnika strony pozwanej, lecz przez urzędnika Urzędu Służby Cywilnej.
Nadal więc kopia ta, w świetle obowiązujących przepisów, również w świetle orzecznictwa Sądu Najwyższego nie miała waloru dowodu w postępowaniu sądowym. Mimo żądań powoda przedstawienia oryginału tego pisma – stosownie do art. 129 kpc – Sąd II instancji zignorował wnioski dowodowe.
 
Pozwany pismem z dnia 23.03.2007 r. złożył do akt kolejną kopię pisma mającego stanowić dowód właściwego umocowania prawnego Cezarego Pyla. Ta kopia wskazuje na ustanowienie Cezarego Pyla dyrektorem generalnym Urzędu Patentowego RP z dniem 25.11.2006 r. i nie była przez powoda kwestionowana.
Podniesienie zarzutu nieważności postępowania oraz nieważności zawartej z powodem umowy o pracę z dniem 01.10.2004 r. dotyczyło rzekomego umocowania prawnego do dokonywania przez Cezarego Pyla czynności prawnych jako zastępującego dyrektora generalnego UP RP, które miało wynikać z pisma z dnia 14.01.2004 r. Umocowanie prawne z dnia 25.11.2006 r. złożone później niczego w tej materii nie zmienia. Sąd II instancji nie tylko pominął wszelkie wnioski dowodowe powoda, ale też całkowicie zmienił wyrok Sądu I instancji na korzyść pozwanego Urzędu Patentowego RP.
 
Zarzut nieważności postępowania i nieważności zawartej umowy o pracę z powodu braku umocowania prawnego do jej zawarcia przedstawiony został w skardze kasacyjnej. Sąd Najwyższy w wyroku z dnia 19.02.2008 r., sygn. akt II PK 256/07 – odniósł się jedynie do stanu prawnego kwestionowanego umocowania prawnego.
 
Dokonał przy tym zdumiewającej interpretacji przepisów ustawy o służbie cywilnej przy zastosowaniu tzw. wykładni porównawczej, gdzie wyjaśniał znaczenie przepisu wcześniejszego treścią przepisu późniejszego, znowelizowanego. W rezultacie należy przyjąć, że Sąd Najwyższy w istocie nie dokonał interpretacji przepisu lecz dokonał procesu prawotwórczego, wkraczając w sferę wyłącznej kompetencji ustawodawcy.
 
Wydaje się również, że Sąd Najwyższy zaprzeczył sam sobie, bowiem w tym uzasadnieniu uznał równoważność komórki organizacyjnej urzędu jaką jest biuro i departament. Tymczasem w wyroku z dnia 24.10.2006 r. – sygn. akt II PK 166/06 kategorycznie stwierdził, że biuro i departament to dwie różne i nierównorzędne komórki organizacyjne urzędu.
 
Znamienne jest natomiast sformułowanie odnoszące się pośrednio do stanu faktycznego rzekomego zaistnienia faktu ustanowienia Cezarego Pyla zastępującym. Na str. 15 uzasadnienia wyroku użyto sformułowania: „(…) Cezary Pyl faktycznie od 1 grudnia 1993 r. zajmował zatem stanowisko dyrektora Biura Dyrektora Generalnego, co umożliwiło wyznaczenie go zastępującym dyrektora generalnego urzędu w myśl art. 20 ust. 3 ustawy o służbie cywilnej(…).”
 
Sąd Najwyższy przesądzał tu stronę prawną możliwości wyznaczenia Cezarego Pyla zastępującym dyrektora generalnego. Dokonał jednak ponownie niezrozumiałej interpretacji nazwy stanowiska. Mianowicie pominął fakt, iż Cezary Pyl nie był dyrektorem Biura, lecz „p.o.” dyrektora Biura, to znaczy osobą, którą obsadzono na wyższym stanowisku w służbie cywilnej z pominięciem przeprowadzenia konkursu na to stanowisko, co w świetle ówczesnych przepisów ustawy o służbie cywilnej uniemożliwiało ustanowienie go zastępującym dyrektora generalnego urzędu.
Co do stanu faktycznego, że takie ustanowienie rzeczywiście miało miejsce Sąd Najwyższy w ogóle się nie wypowiedział. Mimo, że wątpliwości w tym zakresie mogłyby skutkować nieważnością postępowania, a to każdy sąd obowiązany jest badać z urzędu.
 
Przedstawiane przez pozwany Urząd kopie pisma informacyjnego dla Szefa S.C. z całą pewnością nie są aktem ustanowienia i tym samym umocowania prawnego. Akt taki powinien być kierowany do adresata i jednoznacznie powierzać mu obowiązki. W przypadku ustanowienia zastępującego dyrektora generalnego urzędu powinien zawierać podpisy dwóch stron: powierzającego obowiązki i przyjmującego obowiązki. Takiego aktu ustanowienia pozwany nigdy nie przedstawił. A sądy, mimo prawidłowo składanych wniosków dowodowych, nie zobowiązały pozwanego do jednoznacznego i bezspornego udokumentowania swojego umocowania prawnego.
 
Po uchyleniu wyroku Sądu II instancji i przekazaniu sprawy temu Sądowi do ponownego rozpoznania, skarżący wystąpił do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów (KPRM) o dostęp do dokumentów urzędowych, które miały związek z kwestionowanym umocowaniem prawnym. KPRM pismem z dnia 07.07.2008 r. nadesłała odpowiedź, z której wynikało, że część dokumentów – akurat tych najbardziej istotnych w sprawie – zaginęła, natomiast do innych Szef Kancelarii Prezesa RM, Tomasz Arabski, odmówił dostępu.
 
Jednocześnie skarżący otrzymał kopię tego samego pisma z dnia 14.01.2004 r., mającego stanowić dowód umocowania prawnego Cezarego Pyla. Kopia ta, poświadczona przez radcę Szefa KPRM, Dorotę Matuszewską  „za zgodność z oryginałem”, różniła się w sposób zasadniczy od drugiej kopii złożonej przez pozwanego również poświadczonej „za zgodność z oryginałem”.
 
Kopia z KPRM nosi stemple z datami 14.01.2004 r. i 15.01.2004 r., natomiast kopia złożona przez pozwany Urząd posiada stempel urzędnika z USC „za zgodność z oryginałem” z datą 11.08.2006 r. i zupełnie inne stemple, niż te na kopii nadesłanej z KPRM.
 
Jeśli więc na kopii poświadczonej z datą 11.08.2006 r. nie ma pieczęci z datami 14.01.2004 r. i 15.01.2004 r. a obie są poświadczone „za zgodność z oryginałem”, to staje się oczywiste, że kopia z datą 11.08.2006 r. złożona do akt przez pozwanego, nie jest odwzorowaniem z oryginału pisma. Oznacza to, że pozwany poświadczył nieprawdę i takie pismo dowodowe złożył do akt sprawy. Znamienne jest też to, że pełnomocnicy pozwanego Urzędu wystrzegali się jak  ognia poświadczenia zgodności z oryginałem tej kwestionowanej kopii.
 
Po wypowiedzeniu pełnomocnictwa dotychczasowemu pełnomocnikowi z urzędu – radcy prawnemu Andrzejowi Barańskiemu - skarżący wystąpił o zmianę pełnomocnika i jednocześnie samodzielnie prowadził sprawę. W piśmie procesowym z dnia 05.09.2008 r. sformułował szereg wniosków dowodowych w celu wyjaśnienia stanu faktycznego umocowania prawnego Cezarego Pyla, jako rzekomo ustanowionego zastępującym dyrektora generalnego.
 
Wobec braku nowego pełnomocnika, skarżący kolejnym pismem procesowym z dnia 20.02.2009 r. złożył kolejny wniosek dowodowy o wezwanie na świadków pierwszego pełnomocnika prawnego Urzędu, radcę prawnego Magdalenę Sender oraz urzędnika Urzędu Służby Cywilnej, Jacka Pawłowskiego, który poświadczał „za zgodność z oryginałem” kopię z datą 11.08.2006 r., celem wyjaśnienia oczywistych różnic wyglądu dwóch kopii tego samego pisma.
Postawione też zostały już wprost zarzuty fałszerstwa dokumentów dokonane przez  urzędników państwowych i posługiwanie się nimi przed sądami przy współudziale pełnomocników Urzędu, trojga radców prawnych, Magdalenę Sender, Sylwię Vit vel Wilk i Annę Kmieciak.
 
Ustanowiony w sprawie nowy pełnomocnik, radca prawny Paweł Cieślik, po miesiącu wertowania akt nadesłał informację, iż występuje do Okręgowej Izby Radców Prawnych w Warszawie o zwolnienie go z obowiązku reprezentowania powoda z uwagi na konflikt interesów. Polegać on miał na tym, iż Paweł Cieślik wcześniej reprezentował byłego dyrektora generalnego UP RP, Tytusa Borkowskiego i to jakoby mogło stanowić naruszenie zasad etyki zawodowej, gdyby radca prawny Paweł Cieślik przystąpił do sprawy.
 
Sprawa przeciwko Urzędowi Patentowemu RP, w ocenie powoda, w żaden sposób nie mogła zagrozić dobrom osobistym Tytusa Borkowskiego i tym samym nie naruszałaby zasad etyki zawodowej radcy prawnego Pawła Cieślika. Jednocześnie fakt, że Tytus Borkowski reprezentowany był przez pełnomocnika spoza Urzędu Patentowego RP nasuwał wniosek, że Tytus Borkowski był stroną nie jako dyrektor generalny UP RP lecz jako osoba prywatna. Tym bardziej więc nie mogłoby być mowy o konflikcie interesów.
 
 Tylko w jednym wypadku takiego konfliktu można było się doszukiwać, a mianowicie gdyby Tytus Borkowski był w sporze właśnie z Urzędem Patentowym RP. To potwierdzałoby wcześniej pozyskane informacje, że taki konflikt istotnie miał miejsce. Na pytanie o sygnaturę sprawy i adres sądu dotyczące tej sprawy, radca prawny Paweł Cieślik odmówił odpowiedzi. Odmówił podania informacji, będącej informacją publiczną i to w czasie, gdy nadal jeszcze był ustanowionym pełnomocnikiem powoda. W tym kontekście pojmowanie zasad etyki zaprezentowane przez radcę prawnego Pawła Cieślika zakrawało na groteskę.
 
W dniu 07.04.2009 r. Sąd II instancji w ponownej rozprawie apelacyjnej wydał wyrok – sygn. akt XII Pa 294/08 – oddalając wcześniej wszystkie wnioski dowodowe powoda. Uchylając też  wiele pytań kierowanych do Cezarego Pyla wezwanego ponownie na świadka, zignorowawszy całkowicie oczywisty fakt poświadczenia nieprawdy w składanych do akt sprawy trzech już kopii pisma z 14.01.2004 r.
 
Po otrzymaniu wyroku z uzasadnieniem pojawił się jeszcze jeden element oczywistego i rażącego naruszenia prawa przez Sąd Okręgowy w Warszawie, XII Wydział Pracy. Podany w wyroku skład orzekający jest inny, niż skład orzekający, który zamykał rozprawę przed wydaniem wyroku. Na karcie wyroku widnieje jako członek składu orzekającego SSO Ewa Wronka, wówczas Przewodnicząca Wydziału, podczas gdy sędzia ta nie brała udziału w rozprawie bezpośrednio poprzedzającej wydanie wyroku.
Zgodnie z art. 323 kpc skutkuje to bezwzględną nieważnością postępowania.
 
Mimo żądań powoda, trzeci z kolei pełnomocnik ustanowiony z urzędu, radca prawny Monika Dziedzic nie postawiła tego zarzutu w skardze kasacyjnej. Kasacja została wniesiona z pominięciem istotnych dla rozstrzygnięcia sprawy zarzutów, w tym i skutkujących bezwzględną nieważnością postępowania i postanowieniem z dnia 21.01.2010 r. – sygn. akt II PK 268/09 – została odrzucona z przyczyn formalnych
Niezależnie od błędnego zastosowania przepisów przez Sąd Najwyższy, radca prawny Monika Dziedzic miała obowiązek wystąpić, jednocześnie z kasacją, z wnioskiem o zwolnienie z kosztów sądowych. Nie zrobiła tego, a Sąd Najwyższy, być może wykorzystując niedopełnienie obowiązków przez radcę prawnego Monikę Dziedzic, orzekł jak orzekł.
 
Pomimo odrzucenia skargi kasacyjnej skarżący nadal starał się ustalić stan faktyczny kwestii umocowania prawnego Cezarego Pyla zastępującego dyrektora generalnego Urzędu, Tytusa Borkowskiego, który jakoby Cezarego Pyla ustanowił zastępującym, na dowód czego istnieje jedynie kilka różnie wyglądających kopii pisma informacyjnego dla Szefa S.C. z dnia 14.01.2004 r.
 
Skarżący różnymi drogami i sposobami ustalił w końcu, że istotnie w tym samym niemal okresie, co sprawa skarżącego, toczył się spór przed tymi samymi sądami pracy pomiędzy Tytusem Borkowskim a Urzędem Patentowym RP. Skarżący zwrócił się do Sądu Rejonowego dla m.st. Warszawy o dostęp do wyroku i jego uzasadnienia w sprawie o sygn. akt XXIII P 1068/05.
 
W zastępstwie Prezesa, Przewodniczący VII Wydziału Pracy, Grzegorz Kochan, pismem z dnia 18.08.2010 r. (Adm. 4015-874/10) odmówił dostępu do wyroku, formułując tę odmowę tak, jakby wnioskodawca domagał się dostępu do akt sprawy, co było oczywistą nieprawdą. Chodziło wyłącznie o wyrok i jego uzasadnienie.
Wyroki sądów są zawsze jawne a uzasadnienia wyroków tylko wówczas są niedostępne powszechnie, gdy rozprawa odbywa się w trybie niejawnym. W tym przypadku tak nie było, a więc każdy mógł uczestniczyć w posiedzeniach sądu, również w tym kończącym postępowanie i słyszeć zarówno sam wyrok, jak i jego uzasadnienie.
Tym samym sędzia Grzegorz Kochan rażąco naruszył przepis art. 23 ustawy o dostępie do informacji publicznej oraz art. 61 ust. 1 Konstytucji RP a w konsekwencji art. 10 Konwencji.
 
Ten wątek ma swój ciąg dalszy i zapewne też uwypukli sposób funkcjonowania układu naczyń połączonych poprzez bezprawne próby uniemożliwienia przez sądy (również i prokuraturę) ujawnienia przestępców na wysokich stanowiskach państwowych.
 
Sprawiedliwe, rzetelne i bezstronne rozpatrywanie spraw
 
Powodem i podstawą całego postępowania stał się art. 48 ust. 3 ustawy o służbie cywilnej w brzmieniu ustalonym ustawa z 1996 r.. Żaden z sądów w żadnej z instancji, mimo ustawicznie składanych przez powoda wniosków nie dokonał wykładni przepisu art. 48 ust. 3 uosc i jednocześnie nie skierował pytania prawnego do Trybunału Konstytucyjnego o zgodność przepisu z Konstytucją RP. Skarżący wielokrotnie kwestionował konstytucyjność przepisu, wskazując wiele argumentów, lecz sądy albo ignorowały podnoszony zarzut, albo udzielały lakonicznych wyjaśnień. Tym samym powód, ani nikt inny nie może stwierdzić, na jakich przesłankach znaczenia treści art. 48 ust. 3 uosc kolejne instancje opierały swoje orzeczenia.
 
Nie wyjaśnił znaczenia tego przepisu również, po raz kolejny, Sąd II instancji w ponownie rozpatrywanej apelacji. Nie wiadomo więc, na jakich podstawach, jakimi przesłankami kierował się Sąd wydając orzeczenie, dlaczego oddalił wnioski pozwu, dlaczego i na jakiej podstawie uznał Sąd okres 6 miesięcy za właściwy dla tego rodzaju umów. Dlaczego nie 8 miesięcy, roku czy ustalonych w przepisie lat 3.
 
Zwłaszcza, że powód postawił zarzut dyskryminacji wobec niego, biorąc pod uwagę fakt, iż z wygranym we wcześniejszym konkursie na to samo stanowisko Ryszardem Kotonem zawarto umowę na 1 rok, natomiast z powodem, w identycznej sytuacji zawarto umowę tylko na 3 miesiące. Stanowi to oczywiste naruszenie zasad równości wobec prawa – art. 32 ust. 1 Konstytucji RP oraz naruszenie reguły dostępu do służby publicznej na jednakowych zasadach – art. 60 Konstytucji RP i naruszenia art. 25 lit. c MPPOiP. Ta kwestia, podnoszona wielokrotnie w trakcie postępowania, przez sądy w ogóle była pomijana.
 
Niezrozumiały jest też wyrok wydany w ponownej apelacji i z tych powodów, że Sąd II instancji nie zastosował zgodności z linią orzeczniczą Sądu Najwyższego przedstawioną w uzasadnieniu wyroku II PK 256/07 w zakresie zastosowania identycznej tzw. wykładni porównawczej dla wyjaśnienia znaczenia przepisu art. 48 ust. 3 uosc.
W dniu orzekania, 07.04.2009 r., od ponad 2 tygodni obowiązywały przepisy nowej ustawy o służbie cywilnej, gdzie art. 48 ust. 3 został zastąpiony art. 59 ust. 2 uosc, lecz z treści jego usunięte zostały kontrowersyjne i niezrozumiałe co do celu sformułowania ograniczenia nawiązywania  umów o pracę na czas określony do lat 3 z kandydatami, którzy wygrali konkursy na wyższe stanowisko w służbie cywilnej.
 
Treść art. 48 ust. 3 uosc zastąpiona została treścią art. 59 ust. 2 uosc, regulującą tę samą materię, ale o brzmieniu jednoznacznie nakazującym zawarcie umowy na czas nieokreślony. Art. 59 ustawy o służbie cywilnej, regulujący sposoby obsadzania wyższych stanowisk w służbie cywilnej w wyniku wygranego konkursu nie przewiduje już w żadnych okolicznościach zawierania umów o pracę na czas inny, niż czas nieokreślony.
Skoro więc Sąd Najwyższy zastosował tzw. wykładnię porównawczą w związku z wyjaśnianiem możliwości ustanowienia Cezarego Pyla zastępującym dyrektora generalnego, to dlaczego w identyczny sposób, w tej samej sprawie, w odniesieniu do tej samej ustawy nie zastosowano identycznego sposobu wykładni porównawczej, by wyjaśnić znaczenie wcześniejszego przepisu art. 48 ust. 3 ustawy?
 
Powód na rozprawie kończącej postępowanie podnosił tę kwestię, ale i ona, podobnie jak wszelkie wnioski dowodowe i żądanie dokonania wykładni art. 48 ust. 3 uosc w świetle zasad Konstytucji – art. 60 w związku z art. 31 ust. 3 i art. 32 ust. 1 w związku z art. 31 ust. 3 oraz art. 25 lit. c MPPOiP - została pominięta całkowicie.
 
W konsekwencji przez blisko 5 lat w sądach trzech instancji i ponownie w Sądzie II instancji zapadały orzeczenia, z których nie tylko nie można było się dowiedzieć, jakie są podstawy prawne rozstrzygnięć w odniesieniu do kluczowego w sprawie art. 48 ust. 3 ustawy o służbie cywilnej. Nie wiadomo, jakie fakty sądy przyjmowały za podstawę orzekania, na jakich dowodach się opierały oraz jakim dowodom i z jakich przyczyn sądy odmawiały wiarygodności i z jakich powodów ignorowały lub oddalały wnioski dowodowe. Na jakiej podstawie przyjęto, że okres 6 miesięcy jest właściwym okresem zawierania umów.
Wbrew zresztą stanowisku Sądu Najwyższego, który w tym aspekcie wypowiedział się, iż „co najmniej” ale odnosząc się do kwestii sposobu zawierania umów na inne stanowiska. Intencją było wykazanie, co wynika z toku rozumowania, że umowa na 3 miesiące z dyrektorem po wygranym konkursie jest groteskowa, bowiem nawet adept pierwszy raz podejmujący pracę na najniższym stanowisku miał zagwarantowane zatrudnienie właśnie na „co najmniej” 6 miesięcy.
Tym bardziej jest to nie do przyjęcia, że przewidziany w przepisie art. 48 ust. 3 uosc dwutygodniowy okres wypowiedzenia wykluczał zastosowanie terminu zawarcia umowy na czas określony 6 miesięcy. Po myśli art. 33 kodeksu pracy wypowiadanie umów na czas określony jest wyjątkiem od reguły i dotyczy tylko umów zawieranych na okres dłuższy niż 6 miesięcy.
Wszystko to łącznie stanowi  bezsporne pogwałcenie zasad wynikających z przepisu art. 328 § 2 kpc.
 
 
Prawo do rozpoznawania sprawy w rozsądnym terminie.
 
Pozew został wniesiony do Sądu 02.01.2005 r., natomiast termin pierwszej rozprawy wyznaczony został dopiero na dzień 22.09.2005 r. Oznacza to blisko 9 miesięcy zwłoki, podczas gdy przepis art. 471 kpc wskazuje jako termin podstawowy 2 tygodnie. Jest to, oczywiście, termin „instrukcyjny” i realia nie pozwalają go dotrzymywać ściśle, jednakże zwłoka blisko 35 tygodni wobec 2 tygodni jest na tyle znacząca, że nie da się tego uzasadnić przyczynami obiektywnymi.
 
Po wniesieniu apelacji do Sądu Okręgowego w Warszawie, jak wynika z akt sprawy, ostatnie czynności sądu, polegające na odbieraniu pism procesowych stron zakończyły się na przełomie sierpnia i września 2006 r. Rozprawę natomiast Sąd II instancji wyznaczył na 04.04.2007 r. Z uzasadnienia wyroku Sądu Najwyższego wynika, że Sąd II instancji w ogóle nie przeprowadzał żadnych własnych ustaleń a oparł się jedynie na aktach sprawy przesłanych przez Sąd I instancji. W tym wypadku od ostatniej czynności procesowej, mogącej mieć znaczenie dla sprawy upłynęło blisko 8 miesięcy, co również jest nie do pogodzenia z zasadą rozsądnego terminu. Zwłaszcza, gdy chodzi o sąd pracy.
 
Wyrok z dnia 04.04.2007 r. – sygn. akt XII Pa 397/06 – jak to wskazano wyżej, wydany został z rażącym naruszeniem prawa. Gdyby nawet przyjąć z nienaturalną wręcz wyrozumiałością, że tak kompromitujące każdego prawnika pomylenie przepisów i procedur jest tylko pomyłką, to nie da się w żaden rozsądny sposób wyjaśnić faktu wytworzenia przez Sąd II instancji fałszywego stanu faktycznego, niż ten wynikający z akt sprawy.
 
Na skutek tak prowadzonego postępowania i takiego wyroku zwłoka – do ponownego rozpoznania apelacji – wyniosła 2 lata. W ciągu tego czasu przez kilka miesięcy Sąd sprawdzał – z niewiadomych powodów – stan majątkowy powoda zwolnionego z kosztów sądowych. Sąd nie wszczął postępowania w celu wyjaśnienia, czy stan majątkowy powoda uległ zmianie. Nie ma na ten temat żadnego postanowienia. Pretekstem do przewlekania sprawy były kłopoty powoda z pełnomocnikami ustanowionymi z urzędu i wnioskiem o zmianę pełnomocnika. Sąd II instancji najpierw stwierdził, że zmiana leży w kompetencji wyłącznie Okręgowej Izby Radców Prawnych, następnie zaczął badać sytuację majątkową powoda, by na koniec oświadczyć, że odmawia zmiany pełnomocnika. Czyli odmawia czegoś, co – jak wcześniej stwierdził – nie leży w jego kompetencjach.
 
Natomiast postanowienie Sadu Najwyższego zapadło 21.01.2010 r., ale wraz z uzasadnieniem doręczone zostało pełnomocnikowi 06.05.2010 r. Zgodnie z art. 39319 kpc Sąd Najwyższy ma 4 tygodnie na sporządzenie uzasadnienia. W tym przypadku trwało to blisko 14 tygodni.
 
Łącznie w całym postępowaniu, czy to z powodów niestosowania się przez sądy do przepisów proceduralnych, czy to wydając zarządzenia składania oświadczeń i innych dokumentów, zbędnych jak się okazywało lub w ogóle bezzasadnych, sądy zmitrężyły 3 lata na nic...sądy pracy, należy podkreślić.
 
RP wolna, nowoczesna, cywilizowana
 
W świetle całości przedstawionego w skardze stanu faktycznego organy władzy publicznej – w rozumieniu art. 7 Konstytucji RP – zarówno władzy wykonawczej, jak i władzy sądowniczej - doprowadziły do sytuacji niemożliwej do zaakceptowania w demokratycznym państwie prawnym. Na kolejnych szczeblach instancji sądowych (za wyjątkiem skandalicznego wyroku z dnia 04.04.2007 r., sygn. akt XII Pa 397/06) zapadały wyroki, które stwierdzały oczywiste i bezsporne łamanie prawa przez funkcjonariuszy publicznych wysokiego szczebla poprzez, co najmniej,  naruszenie przepisów art. 58 §1 i 2 oraz 353 kc.
Z ustaleń poczynionych przez sądy w trakcie postępowania wynika jednoznacznie, iż omijanie przepisów ustawy i naruszenie zasad współżycia społecznego było działaniem zamierzonym, nakierowanym na osiągnięcie konkretnych korzyści dla konkretnych osób.
 
Taki stan faktyczny – o charakterze nepotyzmu lub kumoterstwa - powinien skutkować postawieniem zarzutu urzędnikom państwowym – prezes UP RP Alicji Adamczak oraz dyrektorowi generalnemu Cezaremu Pylowi - wykorzystywania stanowisk służbowych dla własnych celów, to jest postępowania spełniającego przesłanki zastosowania przepisu art. 231 § 1 kodeksu karnego. Postępowanie takie – stwierdzone przez sądy w kolejnych instancjach - wyczerpuje znamiona czynów o charakterze korupcyjnym. Nieodzowne zdaje się też rozpatrywanie tej sprawy w świetle art. 19 Konwencji Narodów Zjednoczonych przeciwko korupcji.
 
Tymczasem skutek nastąpił taki, że obywatel, biorący udział w procedurach konkursowych na wyższe stanowisko w służbie cywilnej, wygrywając ten konkurs i tym samym nabywając legalnie prawa, traci te prawa z przyczyny arbitralnych decyzji urzędników, którzy pozbawiają obywatela nie tylko nabytych legalnie praw, ale wraz ze stanowiskiem traci też w ogóle miejsce pracy i tym samym podstawy egzystencji. Natomiast sprawcy wytworzenia takiej sytuacji, funkcjonariusze publiczni działający w imieniu i na rachunek Państwa, nadal zajmują wysokie stanowiska w strukturze Państwa i to Państwo reprezentują.
 
Postępowanie sądowe wykazuje też jakąś nienaturalną niemoc lub, co gorsza, ochronę urzędników, którzy – niewykluczone – dokonują kolejnych przestępstw w postaci fałszerstw dokumentów składanych do akt sprawy, a inne organy administracji publicznej robią wszystko, by uniemożliwić szczegółowe i precyzyjne wyjaśnienie tej kwestii, będącej jedną z kluczowych dla wyjaśnienia sprawy.
 
Państwo tworzy system z takimi przepisami, których nikt – żadna instancja sądowa nie potrafi i nawet nie chce wyjaśnić i na podstawie tak kuriozalnych regulacji obywatel zostaje pozbawiony nabytych legalnie praw. Zarzut wsparcia ze strony wymiaru sprawiedliwości dla tak skandalicznych i de facto korupcyjnych zachowań funkcjonariuszy publicznych przejawił się szczególnie wyraziście w wyroku Sądu Okręgowego w Warszawie, XII Wydział Pracy – sygn. akt XII Pa 397/06 sygnowanego przez troje sędziów Sądu Okręgowego w Warszawie – Grażynę Otolę-Pawlica, Annę Telec i Dorotę Szarek.
 
W wyroku tym nie tylko skład ów przyjął przepisy, które nie mogły mieć zastosowania. Przede wszystkim Sąd II instancji – mając akta sprawy, dokumentację osobową i ustalenia Sądu I instancji – „wytworzył” całkowicie inny stan faktyczny, bowiem tylko tak mógł zastosować przepisy art. 25 ust. 1 ustawy o służbie cywilnej.
 
Z treści tego przepisu wprost wynikało, że nie mógłby on być zastosowany wobec powoda w żadnej sytuacji, o czym świadczy treść przepisu, zrozumiała nawet dla laika: „W przypadku osób podejmujących po raz pierwszy pracę w służbie cywilnej(…)”. Warunek zastosowania przepisu brzmiał jasno i kategorycznie. Sędziowie składu orzekającego nie dokonali tu żadnej, nawet wysoce kontrowersyjnej interpretacji. Po prostu w sposób oczywisty i świadomy przyjęli – ściślej wytworzyli - fałszywy stan faktyczny, by go odpowiednio dopasować do przyjętego za podstawę orzekania przepisu.
 
Nie tylko zdaniem skarżącego, ale wielu prawników-praktyków, zapoznających się z aktami sprawy stwierdzało wprost, iż wyrok z 04.04.2007 r., sygn. akt Pa 397/06 wydany został w interesie pozwanego Urzędu Patentowego Rzeczypospolitej Polskiej i tak jak cała przedstawiona sprawa, nie da się inaczej go określić, niż wyrok o charakterze korupcyjnym.
Jednak instytucje powołane do wyjaśniania tego rodzaju kwestii – odpowiednie komórki organizacyjne Ministerstwa Sprawiedliwości, jak i Krajowa Rada Sądownictwa – uchyliły się od podejmowania postępowań wyjaśniających. Pozorowany system kontroli zachowań sędziów w praktyce niemal zawsze natyka się na sakramentalną niezawisłość sędziowską. W praktyce ta święta niezawisłość otwiera szeroko bramy tzw. sprawiedliwości dla każdego sędziowskiego łotrostwa.
 
W ten sposób funkcjonujący system tzw. „demokratycznego państwa prawnego”, w którym zachowania o charakterze korupcyjnym władzy wykonawczej korzystają z parasola ochronnego ze strony wymiaru sprawiedliwości, działającego zresztą  w sposób lustrzany, niszczy  ludzi w wielu podobnie prowadzonych postępowaniach sądowych, w tzw. majestacie prawa.
W tej sytuacji niejako automatycznie nasuwa się pytanie, jakie związki nieformalne zachodzą pomiędzy trojgiem sędziów, autorów tego skandalicznego wyroku, a urzędnikami UP RP – prezes Alicją Adamczak i dyrektorem generalnym Cezarym Pylem?
 
Należy w tym miejscu zasygnalizować również pozycję obywatela, któremu nawet gdy przyznano prawo do pomocy prawnej z urzędu, to i tak równość wobec prawa i równość procesowa są jedynie iluzoryczne. W postępowaniu przed Sądem Najwyższym obowiązuje tzw. przymus radcowsko-adwokacki, co uniemożliwia stronie występowanie przed tym Sądem samodzielnie. Również sama skarga kasacyjna może być wnoszona wyłącznie przez profesjonalnego pełnomocnika.
Z przepisu art. 3939 § 11 kpc wynikało, że strona miała możliwość działania w formie pism procesowych, tzn. dawał prawo do samodzielnego sporządzania czy to odpowiedzi na skargę kasacyjną pozwanego, czy to wnoszenie innych pism procesowych. Po uchyleniu tego przepisu strona postępowania skazana jest wyłącznie na działania pełnomocnika.
 
Konsekwencje są takie, że mając nawet oczywiście uzasadnione zastrzeżenia co do działania pełnomocnika w sprawie, strona i tak nie ma żadnego instrumentu, by się bronić przed ujemnymi skutkami błędów i zaniedbań pełnomocnika. W istocie więc tak skonstruowanym system proceduralny prowadzi nie do równości stron w postępowaniu sądowym, nie do zapewnienia profesjonalizmu w postępowaniu kasacyjnym, lecz de facto prowadzi do ubezwłasnowolnienia strony we własnej sprawie.
 
Nie można też pominąć kwestii nierówności traktowania stron postępowania, co na przykładzie wyżej przedstawionej skargi jaskrawo jest widoczne i zdaje się naruszać drastycznie art. 14 w związku z art. 6 ust. 1 Konwencji.
 
Mianowicie z jednej strony, wobec skarżącego, zastosowane zostały drastyczne – i bezprawne w gruncie rzeczy - rygory daleko posuniętego formalizmu w postaci odrzucenia skargi kasacyjnej bez wezwania do usunięcia braków formalnych. Natomiast strona pozwana – Urząd Patentowy RP – w kwestiach proceduralnych traktowana jest w jakiś nienaturalnie swobodny sposób. Nie tylko poprzez zaniechanie stosowania wymogów formalnych, ale też wręcz uwalniana jest przez sądy od obowiązków wynikających wprost z przepisów prawa. Nawet przedstawiane przez powoda sądom do akt sprawy dowody ewidentnego poświadczania nieprawdy, nie powodują żadnych skutków prawnych wobec pozwanego Urzędu Patentowego RP
 
Po transformacji ustrojowej 1989 r. miały postępować procesy demokratyzacji, uczciwości państwa, rzetelności i przejrzystości struktur władzy publicznej oraz ich działań. Tworzone były i są nadal przepisy, które miały realizować te zasady. Jednym z obszarów istotnych z punktu widzenia właśnie porządkowania struktur i funkcjonowania państwa miały być pakiety ustaw powiązanych ze sobą funkcjonalnie. Takim obszarem są zarówno ustawa o służbie cywilnej, ustawa o urzędnikach samorządowych, ustawa o finansach publicznych, ustawa Prawo zamówień publicznych.
 
Tworzyć to miało przejrzysty system konstruowania kadr administracji publicznej, która ma stosować przepisy o zamówieniach publicznych, co – w założeniu – miało stworzyć warunki do uczciwego zarządzania finansami publicznymi z jednej strony, a z drugiej – przy założeniu realizacji pierwszego postulatu, tworzyć miało przejrzystość udzielania zamówień publicznych i w konsekwencji przyczyniałoby się do rozwoju gospodarczego kraju.
 
Rzeczywistość znana jest powszechnie. Setki i tysiące większych lub mniejszych afer korupcyjnych w związku z dysponowaniem środkami publicznymi jest niejako na porządku dziennym.
Korupcja nie dzieje się w próżni i nie dzieje się sama z siebie. Nie ma takiego aktu prawnego, który potrafiłby uporządkować jakikolwiek obszar samymi przepisami. Dopiero realizacja przez tych, którzy stosują przepisy prawa daje w efekcie rezultat taki, w jaki to prawo jest stosowane. Żeby zachowania korupcyjne były możliwe muszą zaistnieć do tego odpowiednie warunki. M.in.  muszą to być odpowiednio skonstruowane kadry urzędnicze. Każdy tzw. „obcy” jest potencjalnym niebezpieczeństwem dla grup interesów. Zwłaszcza, gdy obejmując stanowisko, nie tylko decyzyjne ale jakiekolwiek w administracji publicznej, nie musi nic nikomu zawdzięczać, nie ma powiązań nieformalnych.
 
Mimo tworzonego, papierowego de facto systemu robi się wszystko, by – jak w powyżej przedstawionej sprawie - neutralizować skutki niewygodnych dla środowisk urzędniczych tzw. „konkurencyjnych” sposobów obsadzania stanowisk w służbie publicznej. Jak wynika z ustaleń w postępowaniu sądowym, skarżącemu nikt nie mógł postawić żadnego zarzutu czy to niekompetencji, czy to niedopełnienia obowiązków. Nawet we wspomnianym wyroku na rzecz Urzędu Patentowego RP – sygn. akt XII Pa 397/06 – Sąd nie poważył się takiego zarzutu postawić. A jednak obywatel stracił i stanowisko objęte w wyniku legalnie wygranego konkursu, i pracę, i podstawy egzystencji.
 
Sprawcy, urzędnicy, funkcjonariusze publiczni działający w imieniu Państwa i na jego rachunek nadal – za wiedza i zgodą przełożonych, ministrów i szefów rządów - pozostają na wysokich stanowiskach w strukturze Państwa, nadal stosują przepisy prawa własnego, a wymiar sprawiedliwości takie sytuacje legalizuje sam stając się częścią systemu „republiki bananowej”.  Czasem, gdy inaczej się już nie da, zasądzając śladowe odszkodowanie – nie wiadomo też na jakich właściwie podstawach i dlaczego w takiej a nie innej wysokości. Wypłacane zresztą w konsekwencji z kieszeni podatnika.
 
Tu z kolei również niejako automatycznie nasuwa się pytanie, jakie interakcje zachodzą w sferach rządowych, w służbach czuwających nad bezpieczeństwem państwa, w służbach odpowiedzialnych za wykrywanie nadużyć w administracji publicznej, skoro tak oczywiste zachowania, udowodnione i udokumentowane pozostają bez jakiejkolwiek reakcji? Kto ma w tym korzyść, jakie i kto ma cele, by udawać niewiedzę tam, gdzie wiedzę ma duża cześć społeczeństwa?
 
Wprowadzenie systemu służby publicznej (cywilnej), wraz z zawartymi w ustawach – kolejno nowelizowanym przepisami o konkurencyjnym obsadzaniu stanowisk – szeroko powołuje się na wzory brytyjskie czy francuskie. W świetle przedstawionej powyżej w sprawy zakrawać to się zdaje na jakąś groteskę lub szyderstwo z szeroko propagowanych zasad demokratycznego państwa prawnego.
Gdyby podobna sytuacja pojawiła się przed sądami wymienionych państw, a zwłaszcza gdyby wiedza o tym przedostała się do opinii publicznej, urzędnicy służby publicznej zostaliby z niej usunięci po prawomocnym wyroku i nigdy więcej do takiej służby nie mieliby dostępu. Niejeden zaś mógłby zostać postawiony w stan oskarżenia.
Praktycznie od dwudziestu lat żyjemy jednak w polskim wydaniu demokracji i prawa co oznacza, że porządek prawny i funkcjonowanie państwa opiera się na układzie wzajemnych powiązań, wyświadczania sobie nawzajem przysług przez tzw. ośrodki władzy i tworzenia nieprzemakalnych stref łotrostwa na wszystkich poziomach władzy publicznej.
 
Witold Filipowicz
Warszawa, 2011 r.
 
 
2009-01-31 10:45
 Oceń wpis
   

Czy znów potrzeba tragedii, wielokrotnej tym razem, by państwo po raz kolejny odkrywało swą niemoc? I czy ta niemoc to efekt braku profesjonalizmu? Czy też może niemoc sterowana?

 
Nie po raz pierwszy jesteśmy świadkami słabości państwa wobec przestępstw, które swoimi wątkami sięgają tzw. władzy. Szeroko rozumianej władzy, bez względu na jej szczebel. Sprawa zbrodni dokonanej na Krzysztofie Olewniku zdaje się odkrywać ciemną materię mechanizmów, jakie funkcjonują w naszym demokratycznym państwie prawnym.
Setki podobnych spraw rozgrywa się od wielu lat i tylko dlatego, że nie mają aż tak tragicznych skutków oraz takiej determinacji, jaką wykazuje rodzina zamordowanego w dążeniu do wyjaśnienia kulis śmierci, nie trafiają na pierwsze strony gazet i do głównych wiadomości.
 
Gdyby nie powaga sytuacji, niepomierną wesołość budziłyby wypowiedzi całej plejady polityków i wysokich urzędników państwowych na temat potrójnej śmierci – jak się twierdzi samobójczej – trzech głównych oskarżonych i skazanych. Tych, którzy mogliby mieć wiedzę szczegółową, niebezpiecznie szczegółową o powiązaniach, związkach i udziale innych osób.
 
Trudno się dziwić siostrze ofiary, gdy stwierdza, że ten kraj to już nie jej Polska, że w żadną Polskę już nie wierzy. To, z czym mamy do czynienia od dawna, na tle wielu podobnych spraw może kojarzyć się z minionym ustrojem a nawet może nasuwać pytanie, czy ów miniony ustrój rzeczywiście jest minionym. Gorzej, bo w ustroju poprzednim przynajmniej było wiadomo kto jest kim i czego się po kim można spodziewać. Zwłaszcza po tamtej władzy.
 
Dziś, na przykładach zarówno sprawy Krzysztofa Olewnika, jak i śmierci gen. Papały i wielu innych podobnych tragicznych wydarzeń, dla wielu obywateli Polska może się jawić niczym wrogie dla obywatela terytorium, na którym dzieją się historie rodem z republik bananowych. Pod hasłami, a jakże, demokratycznego państwa prawnego.
 
Perspektywa oglądu i oceny podobnych zdarzeń poprzez pryzmat obecnej władzy nie wydaje się perspektywą właściwą. Przez ponad siedem lat, bez względu na to, kto aktualnie rządził, nikt nie był i nadal nie jest w stanie wyjaśnić sprawy tego zabójstwa. Sprawy, na pierwszy rzut oka, prostej.
Brak profesjonalizmu?
 
Podobną niewiedzę i niemoc państwo wykazuje w wielu innych sprawach. Równolegle kipi aż od informacji o niewiarygodnych sukcesach w zwalczaniu przestępczości zorganizowanej. Tu państwo sobie radzi. Na ogół sobie radzi. Przynajmniej w medialnych przekazach.
 
Śmiesznie w tym kontekście brzmią słowa, jakie od kilku dni serwują nam głównie politycy, ale też i urzędnicy państwowi, gdy twierdzą, że w tej konkretnej sprawie nie ma co się doszukiwać żadnej spiskowej teorii dziejów o jakichś powiązaniach ze sferą rządową. Jeśli już, jak twierdzą, to co najwyżej można mówić o sitwach lokalnych.
 
Znaczy, państwo przez siedem lat nie potrafi sobie poradzić z jakąś sitwą lokalną? To co to za państwo? Chyba krótką pamięcią mogą się poszczycić „zwolennicy” ewentualnych sitw lokalnych. Wystarczy wspomnieć aferę starachowicką, która swą „lokalnością” sięgnęła do sfer rządu i parlamentu. W sprawie Krzysztofa Olewnika, jeśli nawet korzenie sięgają sfer lokalnych, to można spokojnie założyć, iż właśnie te sfery szukają potem wsparcia znacznie wyżej.
 
Gorzki śmiech, a raczej zimny gniew wywołują wypowiedzi szeregu osób, które same będąc odpowiedzialnymi za obecny stan rzeczy, ręce załamują nad stanem państwa. Tym stanem, który jest skutkiem działań i zaniechań owych teraz zdruzgotanych i zbulwersowanych person.
 
Niesmak, by nie używać mocniejszych określeń, budzi to, że wszyscy, spod każdej barwy politycznej, starają się wykorzystywać podobne tragedie dla tworzenia własnych świetlanych wizerunków. Tak było w sprawie dotąd niewyjaśnionej śmierci gen. Papały, tak było i jest nadal w sprawie śmierci Barbary Blidy i – wszystko na to wskazuje – tak będzie nadal przy każdej podobnej okazji. Przyzwoitość odeszła do lamusa. Zastąpiona przez tzw. politykę. Tak zwaną, bo nawet w polityce są granice przyzwoitości. Tyle, że nie u nas, jak się okazuje.
 
Fala dymisji po tej trzeciej samobójczej śmierci miała chyba przekonać społeczeństwo o…no właśnie, o czym? Co robił premier Tusk przez półtora roku rządzenia, co robił jego minister sprawiedliwości Ćwiąkalski? Jeszcze kilka dni temu słychać było wyłącznie peany pochwalne na cześć całego gabinetu, z ministrem sprawiedliwości na czele. Również i z innymi ministrami i szefami w resorcie sprawiedliwości i bezpieczeństwa, którzy w tej konkretnej sprawie w jakiś sposób ponoszą odpowiedzialność za tę, nazwijmy to umownie, niemoc państwa.
 
Znamienne jest to, co się premierowi wymknęło, chyba nieopatrznie, przy okazji informowania o dymisji ministra sprawiedliwości. Mianowicie dymisja ta została spowodowana sprawą tak bardzo nagłośnioną przez media i reakcje społeczeństwa. Należy przez to rozumieć, że każde niechlujstwo, każde zaniechanie, szalbierstwo, a może wręcz przestępstwa urzędników państwowych pozostawać będą w zaciszu gabinetów, dokąd wieść o nich nie przedostanie się do opinii publicznej? To kto w tym państwie rządzi? Media?
 
Nadużycie? Może niekoniecznie. Od blisko roku premier Tusk jest w posiadaniu wyroku Sądu Najwyższego – sygn. akt II PK 256/07 – w którym ze sformułowań uzasadnienia należy stwierdzić, iż na wysokich stanowiskach państwowych zasiadają nieuczciwi urzędnicy. Co premier Tusk z tą wiedzą robi? Nic. A w tym przypadku nie ma mowy o jakiejś wirtualnej odpowiedzialności politycznej. Jest za to całkiem materialny wyrok Sądu Najwyższego.
 
W połowie grudnia ubiegłego roku Szef Kancelarii Premiera, Tomasz Arabski podany został do prokuratury z powiadomieniem o popełnieniu przestępstwa polegającym na uniemożliwianiu dostępu do oryginałów dokumentów urzędowych – art. 23 ustawy o dostępie do informacji publicznej. Te dokumenty mogą świadczyć o dokonaniu fałszerstwa przez innych urzędników państwowych w sprawie ściśle związanej z wyrokiem SN, o którym wyżej.
 
Tymczasem Szef Kancelarii, na wniosek o dostęp do oryginałów – o ile takowe w ogóle istnieją – frywolnie stwierdza, że część gdzieś zaginęła, do części dostępu nie da z uwagi na ochronę danych osobowych, a co do dostępu do oryginałów, których kopie, owszem, nadesłał, nie wypowiada się w ogóle.
 
Brak profesjonalizmu? Niechlujstwo? Zaniedbanie? Czy też może świadome uniemożliwianie ustalenia stanu faktycznego i uzyskanie odpowiedzi na pytanie, czy w sprawach przed sądami urzędnicy i ich pełnomocnicy posługują się kopiami dokumentów sfałszowanych?
 
Co stoi na przeszkodzie w udostępnieniu wglądu w oryginały dokumentów urzędowych, zgodnie z obowiązkiem wywodzącym się z przepisów ustawy o dostępie do informacji publicznej? Co robi Szef Kancelarii w kwestii wyjaśnienia, kto jest odpowiedzialny za zaginięcie części dokumentów? Osobliwie akurat tych, które mogą mieć w powyższej sprawie kluczowe znaczenie.
 
 
Tym samym nasuwa się pytanie, jakimi motywami kieruje się Szef Kancelarii Premiera, by łamać prawo w dostępie do informacji dotyczącej innych wysokich urzędników państwowych? Tych, których premier Tusk utrzymuje na wysokich stanowiskach w administracji rządowej.
 
Premier milczy, prokuratura milczy, nie dzieje się nic. A co ciekawsze, od ponad trzech lat sądy stronią od uwzględnienia wniosków dowodowych w postaci przedstawienia oryginałów tych właśnie dokumentów. Podobnie jak pełnomocnicy wystrzegają się osobistego uwierzytelnienia kopii za zgodność z oryginałem.
 
Czy chodzi o to, że milczenie i niemoc państwa przejawiają się wówczas, gdy w sprawie mieć mogą udział aktualni funkcjonariusze publiczni i aktualnie działający parlamentarzyści? Pytanie stąd się bierze, że na przykład w sprawach fałszerstw dokumentów byli parlamentarzyści – Renata Beger i Wanda Łyżwińska skazane zostały całkiem sprawnie po równie sprawnym śledztwie, zebraniu i przedstawieniu dowodów.
 
W tej właśnie sprawie postawa ministra Ćwiąkalskiego również przypominała piłatowe umywanie rąk. Zarówno w kwestii skandalicznego wyroku Sądu Okręgowego w Warszawie, uchylonego potem przez Sąd Najwyższy, jak również w sprawie uporczywego pomijania przez sądy wniosków dowodowych, a przede wszystkim w sprawie powiadomienia prokuratury o popełnieniu przestępstwa przez Szefa Kancelarii Premiera.
 
Czy to też lokalne sitwy? Przynajmniej do czasu, gdy media nie wywloką na światło dzienne całego wachlarza zdarzeń, zaniechań, uników i niewyjaśnionych aspektów? Kto i jak wówczas będzie mówił o godności urzędnika Rzeczypospolitej Polskiej? Premier, minister sprawiedliwości, minister do spraw nieprawidłowości w administracji rządowej?
 
To takie właśnie mechanizmy, taka ciemna materia doprowadzają do spraw tragicznych, jak w przypadku śmierci Krzysztofa Olewnika. I potem takie mechanizmy uniemożliwiają wyjaśnienie szczegółów, a zwłaszcza osób, których na pierwszym planie nigdy nie widać. A gdy już się nie da nic zrobić, bo wieść poszła w cały kraj i poza granice, robi się medialny spektakl z falą dymisji.
 
Organizuje swoiste sympozjum na posiedzeniu Sejmu, z którego i tak nic nie wynika, a jedynie wszyscy wszystkich wytykają palcami, że każdy winien tylko nie ten, który akurat wszedł na mównicę. Powołuje się  sejmową komisję śledczą ku uciesze gawiedzi i wszystko wraca w koleiny.
 
Mamy właśnie następcę ministra Ćwiąkalskiego, szefa sejmowej komisji śledczej do spraw nacisków, Andrzeja Czumę. Co ta komisja od lutego ubiegłego roku ustaliła, nie wiadomo. Poza widowiskiem dla telewidzów, konkretów jak kot napłakał. Lepiej dla wszystkich by było, gdyby takich samych efektów nie osiągał teraz resort sprawiedliwości, szczególnie w obszarze bezpieczeństwa obywateli i pewności oraz mocy państwa.
 
A winnych, tych faktycznych, mocodawców lub tych, którzy z jakichś powodów utrudniali i nadal utrudniają wyjaśnienie sprawy Krzysztofa Olewnika, jak i w wielu innych spraw,  jak nie było tak nie ma.
 
Witold Filipowicz
 
2009-01-31 10:25
 Oceń wpis
   

Pierwsza jaskółka wiosny nie czyni. Czy zapowiedź wyegzekwowania osobistej odpowiedzialności urzędnika państwowego będzie taką jaskółką, czy też pojawi się za nią całe stado?

 
Totalne bezhołowie w aparacie administracyjnym jest faktem. Przykładów na to dostarcza życie dzień po dniu. I nie zmienią tej rzeczywistości nieustające występy medialne osobistości życia publicznego, które na każdą okazję, bez względu na temat wystąpienia, mają przygotowaną frazę” Polska jest demokratycznym państwem prawa”.
 
Nie zmienią również tej rzeczywistości doniesienia, sporadyczne, o postawieniu przed sądem jakiegoś funkcjonariusza publicznego za działania przestępcze. Te pojawiające się informacje mają posmak wydłubywania rodzynków z ciasta. A i same zatrzymania dziwnym zbiegiem okoliczności mają zastanawiająco ograniczony zasięg. Zupełnie tak, jakby osoba publiczna działała w całkowitej próżni.
 
To w sferze kryminalnej, gdy już – z jakiegoś powodu – tzw. wymiar sprawiedliwości zechciał się dobrać komuś do skóry. A co w sferze działań, które nie mają cech przestępstwa kryminalnego, ale są oczywistą szkodą dla interesu publicznego? Często przy tym i dla interesu prywatnego?
 
Tu urzędnicy czują się jak ryba w wodzie. Każda niekompetencja, każda głupota, często złośliwość, ale też i łamanie prawa dla własnych celów uchodzą płazem. Za wszystko zapłaci Skarb Państwa. W tym za wszelkie straty materialne, grzywny, wyroki, zasądzenia. I życie toczy się dalej.
 
Ostatnio jednak wydarzyło się coś zastanawiającego. Otóż minister Bogdan Klich publicznie oświadczył, że będzie dochodził od Antoniego Macierewicza zwrotu zasądzonego zadośćuczynienia na rzecz Marka Nowakowskiego. W raporcie likwidacyjnym WSI Macierewicz pomówił Nowakowskiego o współpracę ze służbami specjalnymi poprzedniego systemu.
 
Poza przeprosinami, Antoni Macierewicz ma zapłacić 30 tysięcy zadośćuczynienia. Oczywiście, wyrok jest skierowany w istocie przeciwko Skarbowi Państwa, a ściślej przeciwko resortowi obrony, w imieniu którego Macierewicz prowadził procedury likwidacyjne służb informacyjnych. Jeśli sąd II instancji podtrzyma wyrok, to resort będzie musiał te pieniądze wypłacić. Resort, czyli Skarb Państwa, czyli my wszyscy.
 
Zapowiedź ministra Klicha o zamiarze wyegzekwowania od urzędnika państwowego kwoty zasądzonej zdaje się czynić swoisty wyjątek od powszechnej reguły. W tysiącach spraw, gdzie na skutek działań urzędników państwowych Skarb Państwa ponosi straty materialne w wyniku obowiązku pokrywania kosztów z różnych tytułów, urzędnikom za to odpowiedzialnym włos z głowy nie spada.
 
Stąd też z zaciekawieniem należy oczekiwać rozwoju tej właśnie sytuacji, a zwłaszcza jej finału. Czy rzeczywiście urzędnik państwowy za wyrządzone przez siebie szkody w związku z wykonywaniem obowiązków służbowych poniesie osobistą odpowiedzialność?
 
Pytanie też, czy będzie to jakiś wyjątek od generalnej reguły braku odpowiedzialności urzędników, czy może następuje zmiana filozofii rządzenia i funkcjonowania państwa, które pretenduje do miana demokratycznego państwa prawa.
 
Niejaki sceptycyzm bierze się stąd, iż w dziesiątkach i setkach innych tego rodzaju spraw nic praktycznie się nie zmienia. Nie tylko brak sygnałów o postępowaniach choćby wyjaśniających, ale wręcz można odnieść wrażenia, że klasa urzędnicza nadal trwa w uświęconym zwyczaju przerzucania kosztów swoich zaniedbań na społeczeństwo. Nawet, jeśli się wprost wskazuje konkretne szkody i obowiązek ich naprawienia.
 
Tytułem przykładu może być inny resort i sposób zachowanie innego ministra tego samego rządu. Kilka miesięcy wcześniej minister Grzegorz Schetyna został ukarany grzywną za nieprzekazanie skargi do sądu administracyjnego – sygn. akt II SO/Wa 38/07.
 
Na skierowane do ministra pytania, czy zamierza ustalić urzędników winnych tego zaniedbania oraz czy zamierza, obok innych konsekwencji, wyegzekwować od nich kwotę grzywny, jak i koszty procesu, minister najpierw w ogóle nie odpowiadał, a po ponownym wezwaniu nadesłał pismo, z którego nic nie wynikało.
 
Tym samym po raz kolejny minister administracji łamie prawo uchylając się od merytorycznego odniesienia się do wniosku o udzielenie informacji publicznej. Obywatel ma prawo wiedzieć, co się dzieje z finansami z jego podatków, a ponadto ma prawo wiedzieć, czy urzędnicy zaniedbujący swoje obowiązki poniosą tego konsekwencje.
 
Brak rzeczowej informacji poskutkował tym, że po raz kolejny została skierowana skarga do sądu administracyjnego na bezczynność organu w przedmiocie dostępu do informacji publicznej. Jaki będzie finał kolejnej – w przeciągu roku piątej już sprawie w sądzie administracyjnym przeciw MSWiA – okaże się za jakiś czas. Póki co, podatnik pokrywa koszty tych spraw i – wszystko na to wskazuje – zasądzonej grzywny.
 
W zestawieniu prezentowanych postaw dwóch szefów resortów można wyciągać mało budujące wnioski. Jeden publicznie oświadcza, że nie będzie tolerował urzędnika szkodnika i pociągnie go do osobistej odpowiedzialności. Drugi, w sprawie ewidentnej szkody, a nawet wielu szkód – pięć kolejno przegrywanych spraw – najwyraźniej przejawia skłonność do ochrony urzędników, którzy cyklicznie niedopełniają obowiązków i narażają Skarb Państwa na szkody.
 
Dlatego też sprawa egzekwowania od Antoniego Macierewicza zasądzonej kwoty zadośćuczynienia może być tak interesująca, bo znamienna dla jakości życia publicznego.
 
Przełom to w końcu czy tylko wyłom?
 
Witold Filipowicz
 
2008-03-06 19:29
 Oceń wpis
   
Wyrok Sądu Najwyższego jest wyrokiem ostatecznym. Dokonana w nim ocena działań wysokich urzędników państwowych jest jednocześnie dyrektywą dla przełożonych, co w takiej sytuacji obowiązani są zrobić. Co zrobi premier Donald Tusk, wkrótce się okaże.
 
Stan państwa prawnego
 
Przed Sądem Najwyższym – 19 lutego, sygn. akt II PK 256/07 – odbyła się rozprawa przeciwko Urzędowi Patentowemu Rzeczypospolitej Polskiej. Przedmiotem rozpoznawania skargi kasacyjnej był sposób potraktowania byłego dyrektora w UP RP, który objął stanowisko w wyniku wygranego konkursu.
 
Zatrudnionemu na 3 miesiące, rzekomo w celu sprawdzenia jego przydatności, po upływie terminu, kierownictwo Urzędu odmówiło podpisania następnej umowy. Bez podania powodów. A właściwie z podaniem, bo pracodawca ma prawo i tyle.
 
Niezupełnie. Nawet w prywatnych firmach naruszenie prawa, naruszenie zasad współżycia społecznego też nie korzystają z ochrony prawnej – art. 8 Kodeksu Pracy. Tu zaś chodzi o urząd administracji publicznej, do którego stosuje się cały wachlarz innych przepisów, wyłączających dowolność postępowania.
 
Bardziej szczegółowe opisy postępowania kierownictwa Urzędu Patentowego RP, na przestrzeni kilku lat, przedstawiane były w wielu tekstach. M.in. „Dyrektora na chwilę przyjmę”, „My czyści, my przejrzyści”, „Criminal-Prezes dance”, „Patent na tanie państwo”, „Syndrom „lub czasopisma”, czy „Postępowania zaciemniające”. Wszystkie dostępne w sieci.
 
Sąd Najwyższy, uzasadniając wyrok uchylający wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie dokonał druzgocącej oceny zarówno składu orzekającego w II instancji, jak też przede wszystkim kierownictwa Urzędu Patentowego RP.
 
Wprawdzie wyroki SN są ostateczne i nabierają mocy z chwilą ogłoszenia, jednakże na bardziej szczegółowe wnioski i konkluzje trzeba trochę poczekać do czasu sporządzenia pisemnego uzasadnienia. Ale już na podstawie ustnie wygłaszanych tez i twierdzeń, oceniających urzędników administracji rządowej wysokich szczebli, można ocenić faktyczny stan państwa.
 
Tymczasem wystarczy przypomnieć fragment wyroku Sądu Rejonowego w Warszawie:
(sygn. akt VII P 464 /06)
 
„(…)Czynność prawna stron w postaci zawarcia umowy o pracę na czas określony była jak już wskazano wyżej sprzeczna z zasadami współżycia społecznego, ale nie była sprzeczna z prawem, bowiem została zawarta w granicach zakreślonych przez ustawodawcę w treści przepisu art. 48 ust 3. Zmierzała jednak do obejścia prawa.
Cel obejścia ustawy polega bowiem na takim ukształtowaniu treści umowy, które pozornie nie sprzeciwia się ustawie, ale w rzeczywistości zmierza do zrealizowania celu przez nią zakazanego. Umowie o pracę nienaruszającej w tym wypadku art. 48 ust 3 ustawy można stawiać zarzut zawarcia w celu obejścia prawa, gdyż jej cel dyktowany był wyłącznie chęcią pozornej realizacji wyniku konkursu, a w efekcie zmierzał do jego zanegowania. Mając na względzie powyższe rozważania Sąd na zasadzie art. 59 kp w związku z art. 56 kp zasądził na rzecz powoda odszkodowanie (...)”.
 
Sąd nad Rządem
 
Sąd Najwyższy nie tylko podzielił stanowisko Sądu I instancji, ale w swojej jednoznaczności ocen poszedł jeszcze dalej. W państwie, które chce uchodzić za demokratyczne i prawne, mające ambicje porównywania się do demokracji państw zachodnich, ten wyrok SN byłby wyrokiem dla funkcjonariuszy publicznych.
 
Różnie wprawdzie bywa z tymi demokracjami, niejedno się tam wydarza, co bulwersuje opinię publiczną. Kiedy jednak na światło dzienne, do wiadomości społeczeństwa docierają wiadomości o zjawiskach nawet dużo lżejszej rangi, niż to, co wynika z przytoczonego fragmentu wyroku, reakcje i społeczeństwa, i władzy są jednoznaczne i zdecydowane.
 
Tytułem przykładu można przywołać nie tak dawne szwedzkie doświadczenia. Dwóch ministrów, po ujawnieniu, w jednym przypadku uchylania się od opłat abonamentowych, w drugim zatrudniania na czarno gosposi, już następnego dnia przestało być ministrami.
 
I nikt nie czekał na żadne sądy, odwołania, nikt nie podejmował prób racjonalizowania czy innych ekwilibrystyk retorycznych, by sprawy zamazać, zagadać, a w końcu ukryć. Wystarczyło samo ujawnienie sprzeniewierzenia się przez wysokich urzędników państwowych zasadom służby publicznej.
 
Jeżeli ocena w najwyższej instancji potwierdza, że wysocy urzędnicy administracji rządowej dopuścili się naruszenia zasad współżycia społecznego, to nie ma tu miejsca na jakieś pozorowane rozważania o ewentualnych błędach w zarządzaniu.
 
Jeżeli jeszcze Sąd stwierdza działania w celu ominięcia przepisów prawa przez wysokich funkcjonariuszy publicznych, to w faktycznie demokratycznych systemach prawnych oznaczałoby to dla tych funkcjonariuszy śmierć cywilną.
 
Zwłaszcza, gdy wyrok taki dotyczy osób tzw. zaufania publicznego, na dodatek wykładowcy akademickiego, w tym zasad etyki, wychowawcy młodzieży. Jak odbierać to będą studenci Politechniki Świętokrzyskiej, nie wiadomo. Ale można przypuszczać, że jakiejś części będzie przykro.
 
Można, rzecz jasna, udawać brak wiedzy na ten temat. Mimo, że publikacje prasowe w gazetach prawnych już się ukazały i poszły w świat. Skąpe wprawdzie i wykazujące jakiś zadziwiający brak zrozumienia istoty tego wyroku. Sprowadzanie go do jakiejś pojedynczej sprawy sporu pracownika z pracodawcą, jakich są setki, jest całkowitym nieporozumieniem.
 
Sąd Najwyższy w istocie ocenił tu system państwa, który poprzez pryzmat działania kierownictwa Urzędu Patentowego RP ukazał rzeczywistość, z jaką mamy do czynienia na co dzień. Ten obraz jest porażający.
 
A przecież to tylko drobny wycinek, okruch zaledwie tej mrocznej rzeczywistości. Jest o tym szerzej w wymienionych wyżej artykułach. Również o innych urzędach administracji rządowej.
 
Słychać teraz o planowanej kontroli NIK w stołecznym Ratuszu, gdzie badane mają być sposoby przeprowadzania konkursów na kierownicze stanowiska. Oczywiście, też dopiero po publikacjach prasowych. I to publikacjach określonych mediów, bo wcześniejsze publikacje na te same tematy – o konkursach w samorządach, np. „Przejrzystość niezupełna” - dziwnymi zrządzeniami nie trafiały do właściwych czynników.
Choć do połowy kraju i kawałka świata trafiają bez przeszkód.
 
Aby więc i tym razem ponownie nie umknęły uwadze rządu, z przyczyn tajemniczych, informacje o stanie państwa i kondycji kadr w administracji rządowej, kopię wyroku SN, otrzymają imiennie, m.in. tak premier Donald Tusk, jak i wicepremier Waldemar Pawlak, który jako Minister Gospodarki jest organem nadzoru nad Urzędem Patentowym RP.
 
Sąd nad Sądem
 
Wyrok Sądu Najwyższego w tej sprawie stanowi też ocenę zespołu orzekającego Sądu Okręgowego w Warszawie (sygn. akt XII Pa 397/06).
 
Po wyroku Sądu I instancji należało się spodziewać, że już to stanowić będzie poważny sygnał dla rządu, by baczniej przyjrzeć się działaniom Urzędu Patentowego RP. Jak zadziałały mechanizmy szwedzkie, mieliśmy przykład. Jednak RP, jak się okazuje, dzieli od Szwecji, w sensie mentalnym, nie niewielkie morze, lecz kilka sporych oceanów.
 
Urzędnicy rządowi, co było do przewidzenia, zasłonili się oczekiwaniami na prawomocny wyrok Sądu Okręgowego, do którego obie strony wniosły apelację. W zasadzie słusznie o tyle, że dopiero wyrok prawomocny ma powagę rzeczy osądzonej. Jednakże nie chodziło przecież o natychmiastowe i drastyczne decyzje, ale tylko, a może aż o wszczęcie drobiazgowej kontroli w materii, jaką Sąd I instancji ocenił w wyroku.
 
Tymczasem nie tylko nie zrobiono nic, ale nawet przeciwnie, zorganizowano w czasie oczekiwania na rozprawę przed SO konkurs na prezesa Urzędu Patentowego RP, który – jakżeby inaczej – Alicja Adamczak wygrała. Jako jedyny kandydat w tym konkursie.
 
Szczegóły tego konkursu też są ciekawe. Jak choćby już sam fakt, że do konkursu dopuszczono osobę, przeciwko której zapadł wyrok sądowy. Należało przynajmniej zawiesić postępowanie konkursowe do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia.
 
Urzędnicy czekać nie zamierzali. Zupełnie tak, jakby z góry wiedzieli, że wyrok Sądu Rejonowego zostanie unicestwiony. I nie zawiedli się. Sąd Okręgowy – po roku od wniesienia apelacji -  całkowicie zmienił wyrok na korzyść pozwanego Urzędu Patentowego RP.
 
Zmiana wyroku sama w sobie nie stanowi jeszcze jakiejś szczególnej osobliwości. Zwłaszcza, gdy w grę wchodzą przepisy, co do których istnieją możliwości różnych interpretacji. Jednakże to, czego dokonał Sąd Okręgowy w Warszawie zjeżyło włosy na głowie wielu prawnikom.
 
Sąd II instancji nie dokonał odmiennej interpretacji przepisów, będących podstawą orzekania w sprawie, ale w ogóle przyjął za podstawę zupełnie inne przepisy. Takie, które w tej konkretnej sprawie nie mogły mieć zastosowania.
 
Nie dość, że dotyczyły naboru na wolne stanowiska w służbie cywilnej, a nie konkursów na wyższe stanowiska, to na dodatek do osoby powoda nie mogły mieć zastosowania w żadnej sytuacji. Wynikało to wprost z samej treści przepisów i stanu faktycznego.
 
Potwierdził to w wyroku Sąd Najwyższy, krótko i zwięźle odrzucając tak ustalone przez SO podstawy prawne. SN nawet nie uznał za stosowne tracić czasu i słów, by w tej materii w ogóle podejmować jakieś głębsze rozważania. Po prostu w dwóch zdaniach stwierdziło to, co każdemu umiejącemu czytać rzucało się od razu w oczy.
 
Tym samym SN wskazał w sposób bezsporny, że wyrok SO był niezgodny z prawem.
 
Rząd nad Sądem?
 
Czy w tej sytuacji należy rozumieć, że troje sędziów zawodowych to analfabeci? Czy w grę weszły jakieś inne czynniki? Na te pytania odpowie – być może samej sobie – Krajowa Rada Sądownicza. Powinien też coś z tą sprawą, być może w kwestii poziomu kwalifikacji sędziów Sądu Okręgowego w Warszawie, zrobić Prezes SO. Co zrobi, okaże się, gdy powrócą do ponownego rozpoznania akta z Sądu Najwyższego.
 
Nie ma tu bowiem mowy o błędnej wykładni czy kontrowersyjnej interpretacji prawa. Jeśli więc nie wtórny analfabetyzm składu orzekającego, to co się wydarzyło? Może Minister Sprawiedliwości znajdzie jakieś racjonalne wyjaśnienie treści tego wyroku SO?
 
Być może też pytania te skłonią do postawienia innych i poszukania na nie odpowiedzi. Na przykład, dlaczego prezes Urzędu Patentowego RP, doktor nauk prawnych, po aplikacji sędziowskiej, Alicja Adamczak, z taką determinacją broniła się przez lata, wbrew prawu, przed przeprowadzaniem konkursów na stanowiska dyrektorów?
 
A konkursy, które były przeprowadzane, gdzie w komisjach zasiadał Cezary Pyl, wówczas – podobno - jako zastępujący dyrektora generalnego, obecnie dyrektor generalny UP RP, doprowadzano do unieważnienia lub ich wyniki niweczono tak, jak w opisywanej sprawie?
 
Skąd bierze się ten, można powiedzieć, paniczny wręcz strach przed wysoko wykwalifikowanymi „obcymi” na stanowiskach kierowniczych w UP RP? Dlatego, że „obcy”, czy dlatego, że fachowcy?
 
A może jedno i drugie łącznie?
 
Witold Filipowicz
Warszawa, marzec 2008 r.
 
2008-03-06 19:24
 Oceń wpis
   
Dzieci, gdy widzą coś dla siebie niepokojącego, zamykają oczy. W ten sposób odcinają się – w ich pojęciu – od świata zewnętrznego. Dla dorosłych synonimem zamykania oczu w takim celu staje się coraz powszechniej poczta elektroniczna. Nie odpowiem, znaczy, nic nie wiem.
 
Podawanie na stronach internetowych adresów poczty elektronicznej służyć ma, jak można by przypuszczać, do sprawnego porozumiewania się. Jak to wygląda w praktyce, wiadomo. Zwłaszcza w przypadku urzędów administracji publicznej.
 
Niejednokrotnie już trafiały do sądów administracyjnych skargi na bezczynność organu, gdy słane do urzędu maile pozostawały bez żadnej reakcji. Urzędy po prostu udawały, że ich nie ma. Zapadały i nadal zapadają wyroki, urzędy płacą koszty rozpraw, ale niewiele to zmienia.
 
Wszak te koszty i tak ponosi podatnik, a urzędnikowi odpowiedzialnemu włos z głowy nie spada. Nadal więc może spokojnie udawać, że jest nieobecny, ba, że cały urząd gdzieś się zapodział.
 
Podobnymi metodami posługują się politycy. Poczta z niewygodnymi treściami trafia w próżnię. Zwłaszcza poczta, która – biorąc pod uwagę obowiązki posła czy senatora – wymagałaby interwencji. Szczególnie interwencji przeciw kolegom z własnych ugrupowań.
 
Regułą staje się już brak potwierdzeń odbioru. Jakoś nie dociera do rozumu adresatów, że skoro nie wrócił do nadawcy komunikat błędu, to poczta dotarła. Taka postawa hinduskich trzech małpek: nie widzę, nie słyszę, nie mówię. Kto by się tam przejmował obowiązkami wobec wyborcy, gdy wyniki już dawno ogłoszone. Symbioza urzędniczo-polityczna w tym zakresie wydaje się być idealna.
 
I wszyscy świetnie się bawią. No, może poza obywatelem. Szczególnie, gdy od tych samych urzędników czy polityków wysłuchuje na co dzień mądrości na temat demokratycznego państwa prawa, społeczeństwa obywatelskiego, inicjatyw obywatelskich i takich tam różnych bajdurzeń.
 
Politycy i urzędnicy to dość specyficzne grupy. Jedni potrafią nieraz zachowywać się publicznie jak krzyżówka hieny i nosorożca, urzędnicy z kolei sprawiają często wrażenie głuchoniemych kosmitów. Bywa, że jedni z drugimi ochoczo zamieniają się rolami.
 
Jest wszakże jeszcze jedna grupa, też dość specyficzna. Media. Z samej swej natury żyje informacją. Tą pozyskiwaną i tą przekazywaną. Zdumienie może budzić fakt, że jakiś autor tekstu otrzymuje pocztę z informacjami dopiero co poruszanego tematu i, wzorem polityka czy urzędnika, udaje, że go nie ma.
 
Może jakimś wytłumaczeniem bywa tu taka oto prawidłowość, że najczęściej „nieobecnymi” dziennikarzami są ci, którzy poruszają tematy, o których pojęcie plasuje się im na poziomie horyzontalnym. Potrafią czasem mówić czy wypisywać takie głupstwa, że aż zastanawia, czy to tylko ignorancja i brak profesjonalizmu.
 
Często wytknięcie autorowi takich rewelacji szeregu błędów lub wykazanie braku zrozumienia istoty sprawy, jaką się zajmował, pozostaje bez odpowiedzi. Również i bez potwierdzenia, że pocztę otrzymał. Nie ma mnie, nie słyszę, nie widzę. Zaraz też pojawia się znów na scenie z podobnym tematem i historia się powtarza.
 
Zabawa w dezinformację trwa w najlepsze. Niezrozumienie, niewygoda, arogancja, nakaz czy wstyd niewiedzy? Może wszystkiego po trochu. Na wszelki wypadek głowa w piasek. Tam jest tylko mój świat i tylko to, co sobie sam wykombinuję.
 
Lub wykombinować każą.
 
Witold Filipowicz
Warszawa, luty 2008 r.
 
2008-03-06 19:22
 Oceń wpis
   
Autorytet państwa ma się angażować w ochronę dóbr osobistych na gruncie prawa karnego. Tak orzekł niedawno Trybunał Konstytucyjny, utrzymując w mocy art. 212 kodeksu karnego. Chyba nie przewidział wówczas, że przepis ów może stać się źródłem kpiny z tego autorytetu.
 
W 2004 roku opublikowany został tekst „Paragrafy i kaptury”, w którym opisano procedury stosowania konkurencyjnych sposobów zatrudniania i obsadzania wyższych stanowisk w służbie cywilnej. Jednym z opisanych urzędów był Główny Inspektorat Transportu Drogowego. Wraz z nim, wiążąc się poprzez personalia, opisany tez został Urząd Służby Cywilnej.
 
W pół roku po ukazaniu się artykułu, jeden z wielu występujących w tekście urzędników wniósł do sądu karnego przeciw autorowi akt oskarżenia. Prywatny akt oskarżenia, mimo że opisywane procedury administracyjne, jeśli miałyby zostać uznane za zniesławiające, to powinny skutkować doniesieniem do prokuratury. Byłoby to bowiem pomawianie i zniesławianie instytucji państwowych, a nie osób prywatnych.
 
Tymczasem ani ówczesny dyrektor generalny, Wiesław Starostka, ani Główny Inspektor TD, Seweryn Kaczmarek, w sprawie naboru do pracy w urzędzie, ani Szef Służby Cywilnej, Jan Pastwa, w sprawie konkursu, o czym też było w artykule, nie zrobili nic w tej materii.
 
A wiedzę o materiale prasowym mieli znacznie wcześniej. Zwłaszcza Szef Służby Cywilnej, który ów tekst dostał przed jego publikacją do rąk własnych, 16 kwietnia 2004 roku, w czasie sympozjum wokół Raportu „Służba cywilna III RP - zapomniany obszar”, napisanego na zlecenie Fundacji Batorego dla Programu Przeciw Korupcji.
 
Jedynie Alicja Jerka., jedna z bohaterek artykułu, wystąpiła, na podstawie art. 212 KK, z prywatnym aktem oskarżenia we wrześniu 2004 roku. Nie jako urzędnik, nie jako funkcjonariusz publiczny, ale jako osoba prywatna. Przez ponad 3 lata nie doszło do rozprawy głównej i merytorycznego rozpoznawania sprawy.
Za to odbyły się w tym czasie…3 posiedzenia pojednawcze. Osobliwość.
 
Alicja Jerka najpierw domagała się przeprosin i ukarania sprawcy zbrodni publicystycznej, potem, na kolejnych 2 posiedzeniach pojednawczych już tylko przeprosin. Żadna ze spraw nie zakończyła się ani ugodą, ani przeprosinami.
 
Przeciwnie, autor tekstu dążył do rozpoznawania oskarżenia na rozprawie głównej, by udowodnić, że to, co zostało napisane jest nie tylko prawdą, ale też jedynie okruchami tej prawdy,. Odpryskiem rzeczywistości, jaka się wówczas rozgrywała.
 
Publicystyka, zwłaszcza faktograficzna, a może właśnie przede wszystkim faktograficzna ma swoje prawa. Nie powinno się tam znajdować stwierdzeń i szczegółów, które nie mogą być poparte dowodami. Również, gdy nie mogą być potwierdzone z innych źródeł.
 
Zatem i w tym wypadku szeroka wiedza o faktach w dużej części w ogóle się nie pojawiła w artykule. Za to przed sądem, gdzie strony zeznają pod przysięgą mówienia prawdy, wiele pytań można było i należało zadać, by uzyskać potwierdzenie u źródła.
 
Kiedy więc 18 lutego 2008 roku autor stawił się na rozprawę główną – sygn. akt III K 836/07 - miał już przygotowany obszerny zestaw pytań do oskarżającej Alicji Jerki. Cała rozprawa trwała…5 minut.
 
Oskarżyciel, Alicja Jerka w ogóle na rozprawie się nie pojawiła. Z jakiego powodu, nie wiadomo. Sąd też nie wiedział, dlaczego prawidłowo powiadomiony oskarżyciel bez usprawiedliwienia nie stawia się na rozprawę.
Stąd, na podstawie przepisów KPK uznał sprawę za zamkniętą przyjmując, że nieusprawiedliwione niestawienie się oskarżyciela prywatnego jest równoznaczne z wycofaniem oskarżenia.
 
Przez blisko 4 lata wymiar sprawiedliwości, a tym samym i autorytet państwa zaangażowane były przez osobę prywatną w sprawę o rzekome naruszenie jej dóbr osobistych. A gdy doszło wreszcie do decydującego starcia przed obliczem sądu, osoba oskarżająca po prostu umknęła w mysią dziurę.
 
Czy wymiar sprawiedliwości ma służyć za narzędzie do zabawy w kotka i myszkę tylko dlatego, bo jakiemuś obrażonemu – rzekomo – urzędnikowi zechce się używać art. 212 KK do prób zastraszania autorów publikacji?
 
Czy w tej sytuacji, jak i możliwych wielu podobnych, sądy mają zajmować się sprawami i osobami, które próbują względnie tanim kosztem i bez żadnego dowodzenia załatwiać swoje własne interesy? Ochrona dóbr osobistych na gruncie kodeksu cywilnego – art. 23 i 24 – wymaga dowodzenia tego, z czego wywodzi się skutki prawne. Tu ów obrażony urzędnik musiałby przedstawić dokumentację postępowań, a tę urzędnicy zniszczyli dużo wcześniej.
 
Zresztą, wbrew pozorom, akurat w przypadku tego artykułu też musiałby urzędnik udowodnić prawidłowość przeprowadzonych procedur administracyjnych. Mimo prywatnego aktu oskarżenia sprawy dotyczyły prawidłowości działania instytucji państwowych i udziału w postępowaniach. A tę prawidłowość urzędnik państwowy musi umieć udowodnić na każdym etapie i w każdym czasie.
 
Obie strony, mimo wszystko, coś tam dla siebie uzyskały. Alicja Jerka wywołała tym prywatnym aktem oskarżenia, podobne swojej, reakcje kilkunastu serwisów gazet internetowych, mieniących się być prasą niezależną. Z zadziwiającą sprawnością usuwały sporny artykuł ze swoich stron internetowych. Autor zaś uzyskał wiedzę, z jakimi faktycznie „niezależnymi i służącymi społeczeństwu” mediami miał dotąd wątpliwą, jak się okazuje, przyjemność współpracować.
 
Czy ucieczka od rzeczywistości stanie się synonimem ucieczki od odpowiedzialności? Pewnie tak, jak już niejednokrotnie mieliśmy okazję się przekonać. Alicji Jerki nie ma już na stanowisku dyrektora w GITD. Nie ma też już Wiesława Starostki na stanowisku dyrektora generalnego.
Zmienił się Główny Inspektor Transportu Drogowego i zmienił też zaraz jeszcze jednego dyrektora, który odegrał w tej historii niepoślednią rolę. Tym razem departamentu prawnego.
 
A najciekawsze jest to, że w opisywanym wówczas naborze wybrana, spośród blisko 90 ofert, jako najlepsza na stanowisko referendarza Lucyna Gać, z wykształcenia pedagog bez żadnego doświadczenia urzędniczego, zastąpiła na stanowisku p.o. dyrektora właśnie Alicję Jerkę.
Po zmianie na stanowisku Głównego Inspektora TD, szybko pożegnała się jednak ze stanowiskiem i urzędem.
 
Trafiła za to do Urzędu Transportu Kolejowego. Tu z kolei, za łaskawym skinieniem obecnego dyrektora generalnego, Lidii Ostrowskiej, również bohaterki paru tekstów, pani pedagog ponownie została dyrektorem w centralnym urzędzie administracji rządowej.
 
Nad Lidią Ostrowską też zbiera się coraz więcej chmur, jak i nad kilkoma innymi, wysokimi urzędnikami UTK – jak wskazują źródła zbliżone do tego obszaru -  w związku z, m.in., ciekawymi historiami z przetargami w kolejnictwie, pozwoleniami i dość interesującymi zachowaniami niektórych podmiotów, które są związane z kolejnictwem.
 
Wróci też pewnie sprawa – z 2003 roku - nielegalnego zatrudniania przez Lidię Ostrowską do korpusu służby cywilnej z pominięciem obowiązujących procedur, jak i „legalizowania” tych zatrudnień a potem przeprowadzania konkursów, w którym ów „zalegalizowany był, oczywiście, najlepszy.
 
W tym z kolei brał udział zastępujący dyrektora generalnego w UTK – Ryszard Nowicki. Obecnie dyrektor jednego z departamentów -Zezwoleń Technicznych i Interoperacyjności  – po powrocie Lidii Ostrowskiej na stanowisko dyrektora generalnego w UTK. Szerzej o tej historii w artykule „My czyści, my przejrzyści” z maja 2006 r.
 
Planowana przez Ministerstwo Infrastruktury kontrola UTK, być może nie będzie fikcją, jak szereg innych, podobnych kontroli. Być może więc, obok wyjaśniania kulis kolejowych ciekawostek, wróci przegląd polityki personalnej byłej i ponownej dyrektor generalnej, Lidii Ostrowskiej.
 
W tym i zwolnień pracowników, zwłaszcza w kontekście motywów tych zwolnień.
 
Żyjemy wszak w państwie prawa, czyż nie?
 
Witold Filipowicz
Warszawa, marzec 2008 r.
 
2008-03-06 19:18
 Oceń wpis
   
Społeczeństwo wiele potrafi wybaczyć, wiele zrozumieć, nawet piramidalną nieudolność czy skandal obyczajowy. Jednego nie wybacza – wyborczego show i pustych deklaracji, których nikt nie zamierza dotrzymywać.
 
W niedawnych wyborczych zmaganiach ówczesna opozycja, dzisiejsza koalicja, przekonywała społeczeństwo o gotowych planach doprowadzenia kraju do – jak to określano – normalności. Przez dwa lata gotowała się do przejęcia władzy, szykowała pakiety ustaw, nakreślała plany działania. Gabinet cieni miał już gotowy garnitur szefów resortów, merytorycznie przygotowanych do przejęcia steru rządów.
 
Minęło niespełna trzy miesiące i wygląda na to, że co stało w miejscu, nadal tam stoi, plany, jeśli są, to nadzwyczaj tajne, zapowiedzi wielu posunięć gdzieś w tych tygodniach zdały się ginać. Za to inne, niezapowiedziane, pojawiają się tydzień po tygodniu.
 
Pierwszym zgrzytem było wycofanie się premiera Tuska z podpisania Karty Praw Podstawowych, choć deklaracje przedwyborcze były jasne – Karta będzie podpisana. Z jakiego powodu rząd się wycofał, właściwie nie wiadomo. Tym bardziej, że przepisy spornej Karty znajdują się w dużej części rozrzucone w innych aktach prawnych, które i tak narzucają obowiązek ich stosowania. Po co więc było łamać przyrzeczenia, jakoś nikt racjonalnie tego nie uzasadnia.
 
Służba zdrowia – no, tu to już się dzieje a dzieje. Zapowiedzi uzdrowienia chorego systemu trafiły do kosza zaraz po wyborach. Próba przesunięcia finansów, przeznaczonych na aktywizację bezrobotnych, była pomysłem równie chorym jak cała służba zdrowia. A dalej to już tylko gorzej. Zapowiedzi rządu w mediach o stabilizowaniu się sytuacji i całkiem przeciwne doniesienia reprezentantów środowiska.
 
Negocjacje z lekarzami, bez pielęgniarek, potem z pielęgniarkami, bez lekarzy, wprowadzały – i nadal wprowadzają – zamęt i niepokoje. Sprzeczne informacje, niespójne zapowiedzi, efekty w zasadzie żadne, najwyżej w skutkach przypominające gaszenie wybuchających wciąż pożarów. Pojedyncze pląsy to ministra, to doradcy, to kolejnych reprezentacji związków. Wielosłowie i żadnej konkretnej ścieżki rozwiązań. Jeszcze z tym się nie uporano, a już odzywają się kolejne grupy pracowników ochrony zdrowia.
 
Jakoś o nich w ogóle zapomniano w całym tym negocjacyjnym bałaganie. Rząd sprawia wrażenie, że natknął się na nieznany sobie problem i nie ma zielonego pojęcia, jak go rozwiązać. Coś innego słychać było w trakcie kampanii wyborczej, nie mówiąc o okresie opozycji.
 
CBA – przez wiele tygodni, dzień po dniu słychać było o tej strukturze oceny wybitnie niepochlebne, stawianie zarzutów, lekką ręką sugerowanie przestępczych wręcz posunięć Biura, łamanie prawa i w ogóle samo zło pod sztandarem Mariusza Kamińskiego. Z biegiem czasu jakoś się to wszystko zaczęło zamazywać, poprzednie zapowiedzi zaczęły zmieniać swoją wymowę i przybierać niemal wyraz insynuacji, niemającej żadnego umocowania w faktach. Wycofywanie się premiera rakiem, podobnie jak w innych sprawach, wygląda żenująco. Zwłaszcza wobec doniesień medialnych, a może to były przecieki, że ABW jednak coś tam wykryła niepokojącego. Co, tego nie wie nikt.
 
Gospodarka – pod przewodem sprawnego, dwukrotnego premiera, a teraz ministra gospodarki, jak dotąd też nic olśniewającego nie pokazała. Górnicze strajki nie robią na rządzie żadnego wrażenia. Niby racja, nie sprawa to rządu, który nie jest właścicielem kopalń. Podobnie jak szpitali. Ale tam jakoś się musiał zaangażować. Chodzi o skalę niepokojów? No, to można oczekiwać, że przy takim strusim zachowaniu w tej dziedzinie wkrótce rząd również zostanie zaproszony do wspólnych dyskusji. Tylko czy warto czekać, aż sprawa stanie na ostrzu noża?
 
Państwo sprawne, uczciwe, przejrzyste – najpierw były lamenty i głośny sprzeciw w obliczu likwidowanej służby cywilnej, potem szumne, buńczuczne wręcz zapowiedzi o jej reaktywacji, a teraz nie dość, że ucichło, to w sejmie leży projekt owej reaktywacji, która wprawdzie zmieni obecny system „państwa swojaków”, ale tylko papierowo. Prze całe lata ukazywane były poszczególne aspekty dziurawego systemu a efekt jest taki, że obecny rząd chce powrotu tej samej fikcji, jaka funkcjonowała sprzed jej likwidacji.
Ten temat wart zresztą osobnego komentarza przy innej okazji.
 
Abonament RTV – wedle obecnego rządu, w radosnym okresie opozycyjnym stwierdzał, iż jest to „skandaliczna danina”, którą należy zlikwidować jak najszybciej. Dziś już tylko wewnątrz koalicji trwają akademickie dyskusje, co z tym fantem zrobić. Nie ma się co łudzić, że odbiorca mediów zostanie uwolniony od owej daniny w najbliższym czasie.
 
 Z bardziej namacalnych osiągnięć rządu można wymienić zaplanowane pogrzeby kilkudziesięciu ludzi środowiska kultury. Nawet z podziałem na stopień zasługi i przypadającego z tego tytułu wieńca należnej okazałości. Z zainteresowanymi nie prowadzono żadnych uzgodnień, nie wiadomo więc, jak się zapatrują na uroczystości swojej ostatniej drogi. Co gorsza, nie wiadomo czy się dostosują do planów resortu kultury i zechcą w ustalonym przez urzędników czasie przenieść się do lepszego świata.
 
Można się domyślać, iż te plany związane są, być może, z ogólnonarodową falą stawiania na młodych. Od połowy ubiegłego wieku wszyscy stawiają na młodych. Ale nawet przewodnia wówczas partia nie wpadła na pomysł, by w taki właśnie sposób owym młodym miejsca szykować.
 
Innym osiągnięciem jest piąta już dymisja dopiero co powołanych wiceministrów. W niespełna trzy miesiące pięć odwołań, a społeczeństwo z mediów się jedynie dowiaduje, okruchami, że za tym wszystkim znów pojawiły się teczki tajnych współpracowników służb specjalnych.
 
Jak na dwa lata krytycznej opozycji, gabinetu cieni i całych pakietów ustaw oraz jasnego programu – o czym wciąż było słychać – efekty startu raczej niespecjalne. Co gorsza, brak nadal jakiegoś spójnego i jasnego planu perspektywicznego. Bardziej działania rządu przypominają odbijanie się od ściany do ściany.
 
Powstają też zapowiedziane komisje śledcze. W bólach i już na wstępie z groteskowymi zachowaniami posłów. Wykluczyć, nie wykluczyć, skierować tego czy innego, mają badać to czy znacznie szerzej, a może węziej, a może jeszcze co innego. Próbki działania już widać. Pierwsze posiedzenie ustanowionej właśnie komisji zdominowało stawianie wniosków przeróżnych i zwady wewnętrzne.
 
Może za rok zacznie się coś dziać w temacie, dla którego komisja powstała. Chyba, że jej prace przerwą kolejne wybory. Obecna opozycja zapowiada też wnioski o następne komisje, w sprawie podejrzeń o korupcję posłów z obozu rządzącego. Mało prawdopodobne, by ten pomysł przeszedł, ale daje to obraz nastrojów i zapowiedź dalszego ciągu wyborczego festiwalu.
 
Poparcie społeczne dla obecnej władzy nadal jest wysokie. Na jak długo, nie wiadomo, bo to dopiero początek drogi. Na razie wygląda na to, że jedynym, jak dotąd, osiągnięciem rządu było przepiłowanie na granicach paru szlabanów.
 
Tyle, że i możliwość tego piłowania wypracował ktoś inny.
 
Witold Filipowicz
Warszawa, styczeń 2008 r.
 
2008-01-10 23:03
 Oceń wpis
   
Expose Premiera Donalda Tuska, chyba najdłuższe od transformacji ustrojowej. Dla jednych interesujące, dla innych długie i nudne. Konkrety? Jeśli były, to zagubiły się w tym orędziu do narodu. Bo to było orędzie raczej, a nie konkrety programowe rządu.
 
Expose, jak zawsze, jest w istocie deklaracją programową rządu. Jednak głównie powinno się koncentrować na konkretnych problemach i metodach ich rozwiązywania. Tymczasem można było odnieść wrażenie, że Donald Tusk skupił się na malowaniu obrazu w barwach przeciwnych do wizji kreślonej przez ekipę Jarosława Kaczyńskiego. Tak, jakby nie wystarczyło to, że wyniki wyborów jasno zaprezentowały stanowisko społeczeństwa wobec poprzedniej władzy.
 
To, że padały obietnice innego stylu rządzenia, też niespecjalnie różniło się od wszystkich poprzednich deklaracji. Każda nowa władza obiecywała dokładnie to samo. Głównie inność w odniesieniu do poprzedników. Nie dziwi, wszak te deklaracje inności dawały zwycięstwo w wyborach.
 
Pojawiło się, też w zasadzie nienowe, ale i nienadużywane pojęcie zaufania. Zaufania wzajemnego, rządu do społeczeństwa i na odwrót. Społeczeństwo dało już wcześniej wyraz swoim oczekiwaniom, zatem teraz kolej na rząd.
 
Odrzucono w wyborach całą praktycznie filozofię rządzenia przyjętą przez ekipę Jarosława Kaczyńskiego. Nie samego byłego premiera, ale całego układu politycznego wraz z jego działaniami i założeniami. Donald Tusk wielokrotnie do tego się odnosił, choć w sposób zawoalowany. Niby ogólnie, ale każdy wiedział, do czego zmierza.
 
Tymczasem obserwujemy praktyczne działania nowego rządu. Zaprzysiężony przed tygodniem już te działania podejmuje. Jakie? Dobre pytanie. Poza wymianą składu rady ministrów, oczywistością, trudno coś więcej zauważyć. W sytuacji zmiany władzy niemal automatycznie następuje również wymiana całej kadry politycznej w strukturze władzy.
 
Nie tylko więc ministrów, ale też wiceministrów, wojewodów, gabinetów politycznych w resortach. Wszystkie osoby na tych funkcjach powinny automatycznie podawać się do dymisji a rzeczą nowego premiera jest decydowanie, co uczyni z konkretną osobą na konkretnym stanowisku. Taka jest logika zdarzeń.
 
Wymianę ministrów mieliśmy, natomiast cała reszta aparatu politycznego, w znakomitej większości, pozostaje na stanowiskach i nie wiadomo, czy tam pozostanie, czy są kandydaci na ich miejsce. Warto przypomnieć, że wyniki wyborów nie stanowiły czerwonej kartki dla samego Jarosława Kaczyńskiego. Pokazano ją całemu układowi politycznemu wraz z kadrą polityczną aparatu władzy.
 
Można odnieść wrażenie, że obecny rząd ma jakieś nienaturalne skłonności altruistyczne i postępuje zachowawczo wobec poprzedniej władzy. Tej władzy, którą społeczeństwo zmiotło ze stanowisk kartami wyborczymi. I nie ma to nic wspólnego z jakimiś akcjami odwetowymi. Po to są wybory, by politycy wiedzieli, czego społeczeństwo oczekuje.
 
Całość funkcjonowania państwa opiera się na aparacie administracyjnym i wymiana kadr politycznych nie powinna mieć na to funkcjonowanie żadnego wpływu. Fakt, że poprzednia ekipa zdewastowała ten aparat do tego stopnia, iż jego ciągłość działania w przypadku zmian takich, jak obecnie, jest zagrożona. Ale jak chce rząd Donalda Tuska przy takiej konstrukcji kadr realizować obiecane zmiany?
 
Rząd Kaczyńskiego popełnił coś, co w rzeczywiście demokratycznym państwie prawnym byłoby, co najmniej, przyczyną śmierci politycznej raz na zawsze. Likwidując w praktyce system służby cywilnej, jednocześnie zalegalizował wieloletnie łamanie prawa przez setki wysokich urzędników państwowych. Tych, którzy albo zajmowali stanowiska bez konkursów, albo prowadzili politykę kadrową, uchylając się od ich przeprowadzania. Wprowadzona ustawa o Państwowym Zasobie Kadrowym w istocie ustanowiła system państwa swojaków.
 
Tym bardziej więc niepokoi to, że w tym wielogodzinnym oratorium do narodu Tusk na temat zmian w konstruowani aparatu administracyjnego państwa niewiele poświęcił uwagi. Priorytetem rządu ma być, jak podkreślał Tusk, walka z korupcją. Podobnie jak priorytety Kaczyńskiego. Czy tymi samymi sposobami zamierza tę walkę prowadzić?
 
Padła wprawdzie deklaracja o konkursach, ale tylko w odniesieniu do spółek skarbu państwa. Czyli tam, gdzie finansowe konfitury obficie zalegają półki. Jeżeli PO-PSL zamierza poprzestać tylko na tym segmencie, to trudno się dziwić głosom, które powiadają, iż oto pojawiła się kolejna ekipa specjalistów od „odzyskiwania”.
 
Donald Tusk nie powinien stracić z pola widzenia podstawowej dla niego kwestii. Zwycięstwo wyborcze nie było zasługą programu PO czy osobistego wdzięku obecnego premiera. Tak naprawdę to zwycięstwo zafundował mu sam Jarosław Kaczyński. To właśnie rządy jego ekipy poskutkowały rekordową frekwencją wyborczą, gdy do urn ruszyło tysiące ludzi, którzy z założenia nigdy nie brali udziału w wyborach. Poszli po to, by dać wyraz sprzeciwu wobec minionej władzy.
 
Wielu z nich głosowało nie za PO, lecz przeciw PiS. A to istotna różnica i trzeba o niej pamiętać. Również i teraz, oglądając sondaże poparcia. Poparcie na takich podstawach jest niezwykle ulotne, a powodem do jego gwałtownego topnienia może być choćby drobny gest czy próby współpracy ponad potrzeby wynikające z obowiązków parlamentarnych i wykonywania zadań państwa.
 
Tym bardziej, gdy elektorat zacznie dopatrywać się podobieństwa w sposobach postępowania, tyle tylko, że ładniej opakowanych. Niepokojącym sygnałem jest wycofanie się z deklaracji podpisanie Karty Praw Podstawowych. Czym się kieruje Tusk teraz, skoro jeszcze tak niedawno deklarował co innego? Czy ma to być jaskółka zmian w stosunku do wcześniejszych deklaracji programowych?
 
Motto rządu Tuska: zaufanie, zaufanie obustronne, ładnie brzmi. Społeczeństwo już kilkanaście razy obdarzało zaufaniem kolejne rządy. Jak się to kończyło, wszyscy wiemy. Pozostaje mieć nadzieję, że obecna władza nie ma zbyt krótkiej pamięci, przynajmniej odnośnie historii najnowszej.
 
Zwłaszcza, gdyby miało się okazać, że Donald Tusk funkcję premiera traktuje jako trampolinę do skoku po najwyższy urząd w państwie w najbliższych wyborach prezydenckich.
 
W połowie lotu może się okazać, że ktoś wypuścił wodę z basenu.
 
Witold Filipowicz
Warszawa, 23 listopada 2007 r.
 
 
2008-01-10 23:01
 Oceń wpis
   
Jarosław Kaczyński zapowiedział, na zwołanej przez siebie konferencji prasowej, że będzie monitorował stan wolności mediów w RP. Wszystkich, zwłaszcza same media, oświadczenie to niezwykle rozradowało. A może rozśmieszyło. Wszystko jedno, choć różnicę da się uchwycić.
 
Ostatnie dwa lata rządów, dzień po dniu pokazywały, jak władza pojmuje wolność mediów. Władza, czyli, ni mniej nie więcej, Jarosław Kaczyński. Nie ma się co rozwodzić nad znanymi powszechnie faktami, jak to z tą wolnością i równością bywało, w tym i cenzurą, nawet prewencyjną.
 
Zdarzały się też historie, o których mało kto wiedział, bo same media jakoś tak starały się niektórych spraw nie dostrzegać. Jednym z takich przykładów było zdarzenie z 14 września tego roku, czyli całkiem świeżutkie. W jednej z ról głównych wystąpił, trzeba trafu, Jarosław Kaczyński.
 
Wspomnianego dnia odbywała się konferencja prasowa Premiera RP z Premierem Wietnamu. Już na początku spotkania usuniętych zostało z konferencji dwoje dziennikarzy Magazynu Kontrateksty. Usuniętych mimo ważnych legitymacji prasowych i mimo posiadania akredytacji z Kancelarii Premiera. Powód? Na żądanie…Premiera Wietnamu.
 
Powodem żądania usunięcia przez BOR jednego z dziennikarzy, Ton Van Anh, występującej w podwójnej roli – dziennikarki Kontratekstów, ale też dziennikarki Radia Wolna Azja była jej działalność opozycyjna na rzecz demokracji w obszarze azjatyckim, głównie Wietnamu. Jędrzej Karpiński prawdopodobnie podzielił los Anh z tego powodu, że oboje mieli legitymacje Kontratekstów.
A że prawdopodobnie, to dlatego, bowiem Kancelaria Premiera - słowami Agnieszki Glapiak, dyrektor CIR – pismem z 11 października - nie potrafi wyjaśnić tego zdarzenia z Jędrzejem Karpińskim. Natomiast bardzo poważnie wyjaśnia powód usunięcia wietnamskiej dziennikarki. Chodziło o względy bezpieczeństwa delegacji wietnamskiej, w szczególności bezpieczeństwa Premiera Wietnamu.
                 
Komentować tego zdarzenia nie ma potrzeby, jest wystarczająco wymowne. Ale to jeden z przykładów szczególnej dbałości Jarosława Kaczyńskiego o wolność mediów. Również daje obraz sposobów i narzędzi używanych ku tej dbałości.
 
W tej sytuacji zapowiedź Jarosława Kaczyńskiego o zamiarze intensywnego monitorowania wolności mediów szczególnie uradowała rzeczony Magazyn Kontrateksty. Jarosław Kaczyński, jako Premier RP, miał nieograniczone wręcz możliwości i narzędzia do – nazwijmy to umownie – monitorowania, łącznie, jak się okazuje, z używaniem funkcjonariuszy służb specjalnych.
 
Jako poseł opozycyjny, do monitorowania pozostają mu dobre okulary i względnie wydolny słuch, a za narzędzie pilot do telewizora. BOR będzie ewentualnie eks premierowi służył jedynie za przewodnika, by nieopatrznie nie zawędrował z nawyku do Kancelarii Premiera, co groziłoby mu kolejnym, po wyborach, szokiem.
 
Od monitorowania wszelkich obszarów życia publicznego są media. W tym również od monitorowania wolności słowa, dostępu do informacji publicznej, przede wszystkim zaś od patrzenia na ręce władzy. Również i politykom. Wszelkich barw.
 
Głównie zaś tym, których wiarygodność pozostawia wiele do życzenia.
 
Witold Filipowicz
Warszawa, 8 listopada 2007 r.
 
 
2008-01-10 22:59
 Oceń wpis
   
Bunt prokuratorów przeciw odchodzącej władzy. Naraz wielu zaczęły uwierać naciski polityczne i ograniczanie ich niezależności. Konsekwentnie w ślady prokuratorów powinni pójść sędziowie. Wszak też podnosili larum o ograniczaniu ich niezawisłości. Wszystko, rzecz jasna, na tle politycznym. Bo przecież nie prywata czy analfabetyzm są przyczyną setek orzeczeń niczym ze świata Orwella.
 
Próbnik praworządności
 
W kwietniu tego roku do Prokuratury Rejonowej Warszawa-Śródmieście wpłynęło powiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez urzędnika państwowego. Sprawa dotyczyła pozwanego do sądu pracy Urzędu Patentowego RP (sygn. akt VII P 464/06). Występujący w imieniu Urzędu Cezary P. przedstawiał się jako zastępujący dyrektora generalnego. Na zarządzenie sądu przedstawił kopię dokumentu, który miał stanowić dowód jego umocowania prawnego, że istotnie na funkcję taką został powołany.
 
Rzecz w tym, że kopia owa nie była aktem mianowania, ale pismem informującym, skierowanym do Szefa Służby Cywilnej, że takie ustanowienie miało miejsce. Sąd Rejonowy w Warszawie pominął jednak ten drobny szczegół, że kopia w istocie żadnym dowodem umocowania nie była. Umknął też Sądowi taki szczegół, że na owej kopii zabrakło potwierdzenia za zgodność z oryginałem podpisanego przez pełnomocnika Urzędu – radcę prawnego. Zatem w świetle przepisów i orzecznictwa SN kopia ta nie stanowiła żadnego dowodu w sprawie. Brak wniosku powoda o zbadanie tych wątpliwości niczego nie tłumaczy, bowiem sąd z urzędu winien badać tego rodzaju uchybienia.
 
Ale już w apelacji, przed Sądem Okręgowym w Warszawie – sygn. akt XII Pa 397/06 – wniosek został wyraźnie wyartykułowany. Nie tylko co do prawdziwości kopii pisma, ale w ogóle zakwestionowane zostało umocowanie prawne Cezarego P., jako legalnie pełniącego funkcję zastępującego dyrektora generalnego. Co ciekawe, to na tej samej kopii pisma informacyjnego przed sądem II instancji pojawiło się potwierdzenie „za zgodność z oryginałem”. Tyle, że nie były podpisane przez kolejnych radców prawnych – pełnomocników Urzędu. Podpisana została przez urzędnika dogorywającego właśnie Urzędu Służby Cywilnej. Tym samym kopia ta, jako pismo procesowe nadal była zwykłym świstkiem, bez żadnego waloru dowodowego.
 
Sam wygląd kopii tego quasi-dokumentu zastanowiłby przeciętnego urzędnika. Przede wszystkim jednak poważne wątpliwości budziła treść pisma. Funkcja Zastępującego dyrektora generalnego urzędu określona była przepisami ustawy o służbie cywilnej, obowiązującymi do października 2006 r. Z treści wynikało, że Cezary P. ustanowiony został Zastępującym w trybie art. 20 ust. 3 wspomnianej ustawy. Stanowisko to wiąże się z szerokimi kompetencjami, właściwie równymi z kompetencjami dyrektora generalnego. W tym do reprezentowania urzędu, występowania w imieniu Skarbu Państwa, podejmowaniu decyzji personalnych, finansowych, majątkowych. Również upoważniała do podpisywania umów o pracę, awansach, rozwiązywaniem umów. Nie ona też nic wspólnego z tak szeroko stosowanymi awansami typu „p.o.”, „wz” czy innych „z upoważnienia”.
 
Ustanowienie Zastępującego jest też obwarowane konkretnymi wymogami formalnymi. Nie można obsadzić na niej kogokolwiek. Treść przepisu art. 20 ust. 3 nie pozostawia co do tego wątpliwości: „Dyrektor generalny urzędu niezwłocznie wyznacza, w uzgodnieniu z właściwym organem administracji rządowej, zastępującego go dyrektora departamentu (komórki równorzędnej) lub wydziału (komórki równorzędnej). O ustanowieniu zastępstwa dyrektor generalny niezwłocznie zawiadamia Szefa Służby Cywilnej.”
 
Już choćby z brzmienia tego przepisu wynika, że Cezary P. przedstawił jedynie kopię dokumentu informującego, a nie akt mianowania na funkcję. W jaki sposób, bez takiego aktu mianowania, Cezary P. mógł wykonywać kompetencje dyrektora generalnego? Nie wiadomo. To tak, jakby magazyniera zatrudnić do pracy bez umowy i bez przedstawienia mu zakresu obowiązków i odpowiedzialności. A takiego aktu ustanowienia nikt nigdy na oczy nie widział. Sądy zaś w ogóle się tematem nie zajęły. W szczególności Sąd Okręgowy, mimo wyraźnych wniosków w tym zakresie. Nie zażądał też nawet oryginału choćby tej informacji o rzekomym ustanowieniu. Mimo wyjątkowej wstrzemięźliwości radców prawnych do potwierdzenia zgodności z oryginałem.
 
Sądowi Okręgowemu przedstawiony został również dokument z Urzędu Służby Cywilnej, z którego wynikało, że Cezary P. nie mógł zostać ustanowiony jako zastępujący dyrektora generalnego i to z prostej przyczyny. Nie spełniał podstawowego wymogu dla takiego ustanowienia – nie był dyrektorem w rozumieniu przepisów ustawy o służbie cywilnej. Zgodnie z art. 41 ust. 2 stanowiska dyrektorów obsadzane były wyłącznie w drodze konkursu, a Cezary P. nigdy żadnego konkursu nie wygrał. W świetle przepisów nigdy więc nie był dyrektorem. Obsadzanie na stanowiskach dyrektorskich na zasadzie „p.o.” czy innych „wz” ustawa nie przewiduje.
 
Ze wspomnianego pisma - S.C.-061-25/06 - wynikało coś jeszcze. Mianowicie świadome unikanie przeprowadzania konkursów na te stanowiska. A to już oznaczało, że Prezes UP RP naruszał zarówno przepisy ustawy jak i Konstytucji. Po nowelizacji ustawy w sierpniu 2005 roku i wprowadzeniu konkretnych terminów obsadzania stanowisk w drodze konkursów, uchylenie się od przeprowadzania procedur stanowiło już jawne łamanie prawa.
 
Oznaczało to, że prezes Alicja A. przez kilka lat przekraczała uprawnienia i niedopełniała obowiązku na szkodę interesu państwa. Osoby zajmujące stanowiska dyrektorów bez konkursów, zajmują te stanowiska nielegalnie. Czyli też łamią prawo.
 
Rola, jaką w tej sprawie odegrał konkretny skład sędziowski Sądu Okręgowego w Warszawie będzie tematem odrębnym. Ale najpierw wypada dać pierwszeństwo głosu Sądowi Najwyższemu.
 
Prokuratorski profesjonalizm
 
Prokuratura Rejonowa Warszawa-Śródmieście, o dziwo, jak na tę akurat Prokuraturę, podjęła czynności sprawdzające (sygn. akt 1 Ds. 448/07/KĆ). W trakcie przesłuchania do powyższych historii doszedł kolejny aspekt. Pojawiła się sprawa zmienionego – w czerwcu 2004 roku - przez prezes Alicję A. statutu Urzędu. Statutu o bardzo dziwnej konstrukcji. W tym, m.in., prawdopodobnego przekroczenia upoważnienia ustawowego do obsadzania na stanowiskach dyrektorów na podstawie decyzji Prezesa, co powodowało kolizję z ustawą o służbie cywilnej, a także pojawił się tam dyrektor-niedyrektor ds. finansowych.
 
W pierwszej części statutu takiego dyrektora nie było, a Biuro Finansowo-Budżetowe znalazło się poza listą komórek organizacyjnych, którymi kierowali dyrektorzy. Ale już w dalszej części statutu dyrektor Biura Finansowo-Budżetowego się pojawiał – jako dyrektor i główny księgowy w jednym. Z uwagi na ową dziwaczną konstrukcję statutu w żaden sposób nie dało się ustalić, w jaki sposób i w jakim trybie stanowisko to miałoby być obsadzane. Ani z konkursu, ani na podstawie mianowania przez Prezesa.
 
Po co w ogóle statut był wówczas zmieniany, na dodatek z tak dziwaczną konstrukcją? Czy chodziło o ominięcie i w tym wypadku nakazu przeprowadzania konkursu? Zwłaszcza, że osoba zajmująca od lat to stanowisko mogłaby prawdopodobnie w ogóle nie zostać dopuszczona do udziału, a stanowisko mógł objąć – odpukać – ktoś obcy?
 
Prokuratura Rejonowa Warszawa-Śródmieście niejednokrotnie już zadziwiała postanowieniami o umorzeniu postępowań. Szczególnie zadziwiała uzasadnieniami. Czasami wręcz wzbudzały one kaskady śmiechu. Głównie, gdy chodziło o postępowania wobec urzędników państwowych. Czy w takich przypadkach również chodziło o polityczne naciski? Argumentacje tych uzasadnień o umorzeniach bardziej jednak przypominały zapaść intelektualną autorów i wtórny analfabetyzm prawny, niż polityczne naciski.
 
W tej sprawie prokurator otrzymał dowody nie tylko na to, że Cezary P. najprawdopodobniej jest uzurpatorem. Nie samoistnym, oczywiście, bo bez akceptacji tego stanu rzeczy przez prezes UP RP, Alicję A., jako zastępujący nie miałby racji bytu. Prokurator dostał też niepodważalne dowody wieloletniego łamania prawa przez samą prezes Alicję A., co wynikało jasno ze wspomnianego wyżej pisma z Urzędu Służby Cywilnej. A taka sytuacja już nasuwa podejrzenia spełniania przesłanek określonych w art. 231 kodeksu karnego.
 Przy okazji wyszła też sprawa statutu, jego zmiany, konstrukcji i nieznanych celów.
 
Po trzech miesiącach postępowania – nazwijmy to umownie: wyjaśniającego – Prokuratura wydała postanowienie o umorzeniu śledztwa. Z powodu braku należycie udokumentowanych możliwości popełnienia przestępstwa. Przy czym prokurator odniósł się wyłącznie do sprawy prawdopodobnego fałszerstwa dokonanego przez Cezarego P. Całą resztę pominął. Tak, jakby sprawa możliwych nadużyć stanowisk służbowych, wbrew przepisom i ze szkodą dla interesów państwa w ogóle nie była warta zbadania. Również aspekt dziwnych zabiegów wokół statutu Urzędu zdawał się prokuratora zupełnie nie interesować.
Za podobne poczynania z majstrowaniem przy aktach prawnych toczą się właśnie procesy pod wdzięczna nazwą „lub czasopisma”.
 
Z uzasadnienia o umorzeniu wynika, że prokurator poprzestał na wyjaśnieniu urzędnika z Kancelarii Premiera, iż oryginał spornego pisma informacyjnego rzeczywiście istnieje. Czyli wystarcza, iż urząd, odpowiedzialny za ścisłe przestrzeganie zasad stwierdził, że te zasady przestrzega, nie ma więc czego sprawdzać. Poza tym Prezes Urzędu Patentowego – zdaniem prokuratora – miał prawo ustanowić zastępstwo, bo takie jego prawo. Jakoś umknęło prokuratorowi, że w piśmie jest mowa o dyrektorze generalnym, a nie Prezesie i na dodatek podany jest tryb ustanowienia, który w tym wypadku nie mógł być zastosowany.
Ale w ogóle – zdaniem prokuratora – to i tak nie ma sprawy, bo przecież sądy nie zakwestionowały umocowania prawnego Cezarego P.
 
Dlaczego Prokuratura pominęła dwa pozostałe wątki, nie wiadomo. Na te tematy w prokuratorskim uzasadnieniu nie ma ani słowa.
 
Układ naczyń połączonych?
 
Mamy zatem sytuację coraz bardziej interesującą. Sąd Rejonowy w miejsce dokumentu o umocowaniu prawnym przyjmuje kopię pisma informacyjnego, że takie umocowanie podobno było. Na dodatek kopię bez potwierdzenia radcy prawnego – pełnomocnika, a sam wygląd pisma jest mocno podejrzany, jednak Sąd nie reaguje. Sąd Okręgowy pomija wnioski o przedstawienie oryginału pisma informacyjnego oraz dostarczenia dokumentu właściwego o umocowaniu prawnym, a Prokuratura powołuje się na reakcję obu sądów. Ściślej na ich brak reakcji, co, zdaniem prokuratora, jest dowodem, że wszystko jest w porządku.
 
Jednocześnie pełnomocnicy Urzędu Patentowego – w sumie trzech radców prawnych – wystrzegają się, niczym diabeł święconej wody, potwierdzenia zgodności z oryginałem. Samo zaś umocowanie „uprawdopodabniają” dołączonymi innymi dokumentami. Dla istoty sprawy zasadniczej nie tylko nie mają one znaczenia. Przeciwnie, potwierdzają, że Cezary P. w żaden sposób nie mógł być ustanowiony Zastępującym. Z kolei prokurator poprzestaje na zapewnieniach urzędników, odpowiedzialnych za przestrzeganie procedur, w tym i przyjmowanie pism w odpowiedniej formie, ale sam oryginału nie widzi.
 
W konsekwencji wszyscy wokół twierdzą, że oryginał istnieje, tylko nikt go na oczy nie widział. Zamiast tego pełnomocnicy stosują jakieś sztuczki uprawdopodobniające, sądy milczą, a prokurator powołuje się na sądy, sam nawet nie fatygując się, by ów oryginał sobie obejrzeć. Dlaczego? Czy chodzi o to, że ewentualny oryginał – jeżeli w ogóle takowy istnieje – łatwo można poddać ekspertyzie?
 
I – co najważniejsze w całej tej sprawie – mowa o oryginale pisma, które nie jest żadnym umocowaniem prawnym Cezarego P., a jedynie pismem informacyjnym dla Szefa S.C. Dokumentu właściwego – aktu mianowania na funkcję zastępującego, w trybie, jaki wskazano w piśmie informacyjnym, jak nie było tak nie ma i wszystko wskazuje na to, że nigdy go nie było.
 
Wspomniana na wstępie sprawa w sądzie pracy trafiła już do Sądu Najwyższego. W skardze kasacyjnej, między innymi, postawiony został kolejny raz zarzut nieważności postępowania z uwagi na brak umocowania prawnego Cezarego P. do reprezentowania Urzędu Patentowego. Wiąże się to zresztą w sposób znaczący dla powoda, bowiem podpisana przez Cezarego P. umowa o pracę z powodem, w takie sytuacji byłaby nieważna z mocy prawa.
 
Pozwany w odpowiedzi na kasację po raz kolejny, zamiast przedstawić w oryginałach stosowną dokumentację, dołącza następne dokumenty „uprawdopodobniające”. Poza tym powołuje się na…prokuraturę, która przecież nie zakwestionowała niczego. Klasyczne błędne koło. Coś jak tłumaczenie niezrozumiałego przez nieistniejące. Blisko dwie strony quasi-prawnej argumentacji, że takie ustanowienie nastąpiło w 2004 roku i było zgodne z prawem można między bajki włożyć.
 
Z całej dokumentacji wynika jednoznacznie, że Cezary P. w świetle przepisów ustawy o służbie cywilnej nigdy dyrektorem nie był. Nie mógł być zatem ustanowiony zastępującym. Albo więc rzeczywiście został ustanowionym przez ówczesnego dyrektora generalnego, co stanowi naruszenie przepisów i nieważność takiego aktu, albo Cezary P. sfałszował ów tajemniczy dokument, którego oryginału nikt na oczy nie oglądał.
 
W powyższej sprawie jednocześnie powiadomiony był zarówno minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, ale też i szef CBA, Mariusz Kamiński. Mający, jak wiadomo już powszechnie, doświadczenie z fałszowanymi dokumentami.
 
Co z tym i wieloma innymi aspektami sprawy zrobi teraz Sąd Najwyższy, nie wiadomo. Od kilku lat obserwujemy przeróżne cuda sądowe, prokuratorskie, cuda z tworzeniem i stosowaniem prawa. Trudno się dziwić, że coraz częściej ludzie szukają sprawiedliwości poza granicami kraju. Znamienne jest to, że coraz częściej tę sprawiedliwość tam dopiero znajdują. Przygnębiające zaś jest to, że dziesiątki osób odpowiedzialnych za przestrzeganie i stosowanie prawa, po takich wyrokach przeciw Polsce, nadal zajmuje swoje stanowiska, jak gdyby nigdy nic.
 
Zdarza się słyszeć głosy, że brudy powinno się prać we własnym kraju, a wychodzenie z nimi na zewnątrz nie jest patriotyczne. A czy jest patriotyczne tolerowanie bezprawia i anarchii i to przez instytucje powołane do stania na straży praworządności?
 
Patriotyczne jest tolerowanie konkretnych reprezentantów wymiaru sprawiedliwości, zachowujących się jak półanalfabeci czy osoby, dla których określenie amator byłoby komplementem?
 
Witold Filipowicz
Warszawa, 13 listopada 2007 r.
 
 
1 | 2 |


Najnowsze komentarze
 
2011-06-02 10:21
alimenty.edu.pl do wpisu:
Uszatki parlamentarne
Wszystko ewoluuje.
 
2011-06-02 08:26
windykacja, kredyty, konta bankowe do wpisu:
Prawa i wolności w naszej spółdzielczości
Mnie się to osobiście bardzo podoba.
 
2011-05-29 15:59
praca.aid.pl do wpisu:
Kolejny kadr
Panowie, trzeba sobie uświadomić czym jest polityka, to nie będzie żadnych złudzeń.
 



 
 



Kategorie Bloga



Ulubione blogi
 
 



Archiwum
 
Rok 2011
 

 
Rok 2009
 

 
Rok 2008
 

 
Rok 2007
 

 
Rok 2006