2008-01-10 22:47
 Oceń wpis
   
Organy władzy publicznej poza władzą, mają też – o czym się często zapomina – rozliczne obowiązki. Między innymi obowiązek odpowiadania na krytykę prasową. Jeśli władza o tym zapomina, to przypomnieć o tym władzy może i powinien sąd administracyjny. A sąd administracyjny jest sumienny. Czasem wręcz zastanawiająco sumienny.
 
Przed blisko dwoma laty Redakcja Magazynu „Kontrateksty” podjęła się prześledzenia wycinka kariery zawodowej wysokiego urzędnika administracji rządowej. Inspiracją do bliższego zainteresowania się osobą Lidii Ostrowskiej była informacja o dość oryginalnym sposobie zatrudniania w Urzędzie Transportu Kolejowego. Z wielomiesięcznych ustaleń i wymiany korespondencji wynikało, że Lidia Ostrowska, która w 2003 roku pełniła funkcję dyrektora generalnego UTK, zatrudniła na stanowisko „p.o.” dyrektora Biura Administracyjno-Budżetowego Ryszarda K.
 
Z wyjaśnień samego Urzędu – pismo TFA-076-19/AM/05 z 5 października 2005 r. – wynikało wprost, że dyrektor generalna zatrudniła Ryszarda K. na stanowisko dyrektora z pominięciem przepisów ustawy o służbie cywilnej. Innymi słowy Lidia Ostrowska, jako dyrektor generalny, funkcjonariusz publiczny wysokiego szczebla w administracji rządowej, złamała prawo. Przekroczyła uprawnienia i nie dopełniła obowiązku przeprowadzenia odpowiedniego postępowania, działając tym samym na szkodę interesu publicznego.
 
Tak ustalony stan faktyczny w świetle obowiązujących wówczas przepisów wskazywał, że czyn wysokiego urzędnika państwowego spełniał przesłanki określone w art. 231 kodeksu karnego. Ponieważ motywy tego działania nie zostały jeszcze ustalone, dlatego trudno na obecnym etapie ocenić, który z paragrafów art. 231 KK mógłby mieć tu zastosowanie. Czy było to proste przekroczenie uprawnień, być może zwykła arogancja i zignorowanie obowiązku przestrzegania prawa, czy w grę wchodziło uzyskanie z tego tytułu jakichś korzyści – materialnych bądź osobistych? To już powinny ustalić odpowiednie służby. O ile zechcą cokolwiek ustalać.
 
Faktem bezspornym, ustalonym na podstawie treści wymienionego wyżej dokumentu urzędowego, jest nadużycie stanowiska służbowego dla celów sprzecznych z interesem publicznym, czyli de facto sprzecznym z interesem państwa.
 
Redakcja podążyła tropem migracji Lidii Ostrowskiej, kiedy rozwiązano z nią umowę w UTK z końcem roku 2003, a mając też inne informacje, wiążące się osobowo z tą sprawą, opublikowany został w 2006 r. artykuł „My czyści, my przejrzyści”, gdzie poruszono więcej wątków, jakie się pojawiały sukcesywnie w miarę drążenia tematu.
 
Po odejściu z UTK Lidię Ostrowską udało się odnaleźć w MSWiA na stanowisku „p.o.” zastępcy dyrektora Departamentu Logistyki i Infrastruktury. Przez pół roku minister Ludwik Dorn wzbraniał się przed udzieleniem informacji, czy chodzi o tego samego urzędnika. Dopiero na rozprawie przed sądem administracyjnym – 15 grudnia 2006 r., sygn. akt II SAB/Wa 150/06 – pełnomocnik MSWiA został przymuszony do udzielenia odpowiedzi, że istotnie, chodzi o tę samą osobę.
 
Treść artykułu została dołączona do akt sprawy i przekazana również, zgodnie z przepisami, ministrowi Ludwikowi Dornowi, a także musiała być znana kolejnemu ministrowi, Januszowi Kaczmarkowi, bowiem akcja rozgrywała się w czasie zmiany na tym stanowisku. Ponadto dopiero 16 maja minister Janusz Kaczmarek zechciał zwrócić koszty sądowe, zgodnie z wyrokiem.
 
Tak więc wiedza o poczynaniach Lidii Ostrowskiej z roku 2003 nie była już tajemnicą. Należało oczekiwać, że tego rodzaju upublicznione informacje wywołają naturalny skutek wszczęcia, co najmniej, postępowania wyjaśniającego. Nic jednak na to nie wskazuje, by ktokolwiek miał zamiar cokolwiek robić w tej sprawie, nie mówiąc już o ewentualnych konsekwencjach, gdyby potwierdzono fakt zaistnienia przestępstwa urzędniczego. Nastąpiło za to coś innego. Na przełomie stycznia i lutego tego roku Lidia Ostrowska powróciła do UTK na stanowisko…dyrektora generalnego.
 
W czerwcu ubiegłego roku stanowisko prezesa UTK objął, z konkursu, Wiesław Jarosiewicz. To właśnie do nowego prezesa wysłany został wspomniany wyżej artykuł, z którego wynikało, że związek z bezprawnym zatrudnieniem przez Lidię Ostrowską na stanowisku „p.o.” dyrektora Ryszarda K., ma kilku innych wysokich urzędników w UTK. Również mieli udział w fakcie „legalizowania” zatrudnienia Ryszarda K. rok później, po bezprawnym zatrudnieniu. Krąg urzędników poszerzył się także o biorących udział w organizowaniu i przeprowadzeniu konkursu na to stanowisko, który to konkurs Ryszard K., jako jedyny kandydat dopuszczony do udziału, oczywiście wygrał.
 
Reakcja na artykuł prezesa UTK była dość typowa, analogicznie do reagowania w tej samej sprawie ministra Ludwika Dorna. Wielomiesięczne milczenie. Dwukrotnie ponawiane przez Redakcję wezwanie do usunięcia naruszenia prawa przez prezesa UTK, polegające na bezczynności wobec krytyki prasowej, pozostawało nadal bez żadnych reakcji.
 
Ponownie więc, jak w przypadku MSWiA, skierowana została skarga do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie na bezczynność organu. I podobnie jak w przypadku MSWiA, programowo już prezentowana ospałość urzędów doznała nagłej przemiany. Prezes UTK, po otrzymaniu skargi na niego, nagle odzyskał zdolność pisania i odpowiedział. Treść tej odpowiedzi to temat sam w sobie i zasługuje na odrębną opowieść.
Głównie o sposobach reagowania, a ściślej braku reagowania najwyższych urzędników państwowych na otrzymywane informacje o możliwości popełnienia przestępstwa przez innych urzędników państwowych, też wysokiego szczebla.
 
Po otrzymaniu – nazwijmy to umownie – odpowiedzi na krytykę prasową, nadeszło wkrótce z sądu administracyjnego wezwanie do usunięcia braków formalnych – sygn. akt II SAB/Wa 27/07 z dnia 2 marca 2007 r. Sąd domagał się „nadesłania dokumentu wskazującego osoby uprawnione do nadesłania wypisu z KRS”. Konia z rzędem temu, kto zrozumie, o co Sądowi chodziło?
 
Z formalnego punktu widzenia Sąd miał prawo, a nawet obowiązek domagać się nadesłania wypisu z KRS, gdzie zawarte są informacje dotyczące podmiotu, w tym i umocowania prawnego osób występujących w imieniu podmiotu, w tym wypadku Wydawcy Magazynu „Kontrateksty”. O jaki jednak dokument uprawniający osoby do nadesłania tego wypisu z KRS chodziło Sądowi?
 
Zgodnie z instrukcją zawartą w wezwaniu, Sąd wskazał, że skarga zostanie odrzucona, jeśli w terminie 7 dni Redakcja nie nadeśle żądanych dokumentów. Liczba mnoga wynika z tego tajemniczego sformułowania, skąd zdawało się wynikać, że chodzi o dwa dokumenty. Ponieważ prezes UTK jednak odpowiedzi już udzielił, zatem skarga stała się bezprzedmiotowa. Nie było sensu kontynuować postępowania w trybie administracyjnym. Dlatego też Redakcja odłożyła sprawę ad acta przyjmując, że zgodnie z przepisami, jakie powołał Sąd – art. 58 § 1 pkt 3 ppsa – skarga zostanie odrzucona i tym samym zamknięta.
 
Jakież zapanowało zdumienie, gdy po miesiącu – 5 kwietnia 2007 r. – WSA w Warszawie ponownie przysłał wezwanie do usunięcia braków formalnych. Tym razem jednak Sąd domagał się samego wypisu z KRS, już bez dodatkowego upoważnienia osoby, która miałaby ten wypis nadesłać. Ale też i doszedł jeszcze jeden punkt. Mianowicie teraz jeszcze Sąd domagał się udzielenia informacji, czy autor tekstu, jaki wysłany został do prezesa UTK, „działał z upoważnienia Redaktora Naczelnego Magazynu Publicystów Niezależnych Kontrateksty” i zażyczył sobie, by stosowne upoważnienie również nadesłać.
 
Dlaczego kwestia upoważnienia autora tekstu Sądu nie interesowała poprzednio, miesiąc wcześniej, nie wiadomo. Również nie bardzo wiadomo, do czego Sąd zmierzał teraz, żądając takiego upoważnienia. Skarga została podpisana przez redaktora naczelnego, więc już choćby z tego faktu wynikało, że autor musiał działać za wiedzą i zgodą Redakcji, a zatem z upoważnienia. Trudno doszukać się w tym żądaniu logiki. Co do celu żądania, można snuć różne domysły.
 
Najważniejszym jednak aspektem był fakt ponownego wezwania do usunięcia braków formalnych w tej samej sprawie. Zjawisko niespotykane. Mało tego, działanie Sądu w tej materii nie znajduje podstawy prawnej. Skarga powinna zostać odrzucona już miesiąc wcześniej, gdy Redakcja na pierwsze wezwanie do usunięcia braków formalnych w ogóle nie odpowiedziała.
 
Ci, którzy mają co nieco doświadczenia w sądowych bojach, doskonale się orientują, jak sądy skwapliwie korzystają z niedochowania wszelkich terminów, by sprawom łeb ukręcać, najlepiej już na samym wstępie. Tu zaś wydarzyło się coś niespotykanego. Sąd, nie dość, że skargi nie odrzucił po braku reakcji na pierwsze wezwanie, to po miesiącu wezwanie ponowił – bez podstawy prawnej dla takiego działania, a nawet rozszerzył zakres żądań dokumentowania upoważnień.
 
Wszystko zdaje się wskazywać na to, że Sąd zdecydował się na drążenie sprawy wbrew obowiązującym regułom, jakby z jakichś przyczyn to właśnie Sądowi zależało na jej kontynuowaniu. Gdyby pominąć na chwilę przepisy prawa, to można byłoby nawet znaleźć uzasadnienie dla tak niezwykłego zaangażowania Sądu. Cała historia dotyczy bowiem możliwości popełnienia przestępstwa o charakterze korupcyjnym przez wysokiego urzędnika państwowego. Dalszy rozwój opisywanych w artykule zdarzeń wskazuje, że podobne podejrzenia mogłyby się rozszerzyć na większą liczbę wysokich urzędników z kilku instytucji.
 
Może i byłoby to dla Sądu chwalebne takie zainteresowanie, gdyby dyktowane było chęcią wyjaśnienia możliwego ciągu łamania prawa. Ale wobec braku podstaw prawnych podjęte ponownie postępowanie, poprzez drugie wezwanie do usunięcia braków formalnych w tej samej sprawie, nakazuje raczej wstrzymać się z chwaleniem wymiaru sprawiedliwości.
 
Aby nie oczekiwać na ewentualne trzecie wezwanie, a może i następne, Redakcja wystosowała do Sądu wyjaśnienie i wniosła o wycofanie skargi wobec udzielenia przez prezesa UTK, Wiesława Jarosiewicza odpowiedzi na krytykę prasową. Wskazała jednocześnie Redakcja, że dalsza droga ewentualnego postępowania w tej sprawie nie należy już do kognicji sądu administracyjnego, lecz podlegać może innej dziedzinie prawa, choćby z uwagi na treść odpowiedzi, do oceny której sąd administracyjny nie jest powołany.
 
Tym razem Sąd stanął na wysokości zadania i nadesłał – 5 maja 2007 r. - postanowienie o odrzuceniu skargi z powodu nie uzupełnienia braków formalnych przez skarżącego. Treść uzasadnienia jest o tyle interesująca, że Sąd zdawał się zarzucać Redakcji chęć ominięcia prawa. Chodziło o to, że Redakcja – na to drugie wezwanie – wniosła o wycofanie skargi. Ale że było to po zakreślonym 7-dniowym terminie do usunięcia braków formalnych, stąd skarga podlegała nie umorzeniu, lecz odrzuceniu, co Sąd sumiennie wychwycił i równie sumiennie wypunktował. Redakcji tym samym nie udało się omamić Wysokiego Sądu.
 
Zastanawia tylko, w tej sumienności i ściśle tym razem zastosowanych przepisach proceduralnych, brak jakiejkolwiek wzmianki o fakcie ponawianego wezwania. Sąd ani słowem nie nawiązał do tego, że już po pierwszym wezwaniu i braku reakcji miał obowiązek odrzucić skargę. W ogóle nie ma na ten temat słowa. Całe uzasadnienie omija skrzętnie ów fakt ponowienia wezwania i tak jest skonstruowane, jakby wezwanie było tylko jedno. Dziwna sumienność. Wybiórcza jakby.
 
Można się tu też, a nawet należy zadumać nad różnorodnością reakcji instytucji państwowych w tej samej sytuacji. Z jednej strony nienaturalna gorliwość WSA w Warszawie. Z drugiej strony doskonała obojętność wielu instytucji i urzędników państwowych najwyższego szczebla na powiadamianie o możliwości popełnienia przestępstwa przez innego wysokiego urzędnika państwowego.
 
Działania Lidii Ostrowskiej z kwietnia 2003 roku przedstawiane były szczegółowo i z udokumentowaniem zarówno prezesom UTK, Szefowi Służby Cywilnej, gdy jeszcze istniała ta funkcja, a także dwóm ministrom SWiA, Ludwikowi Dornowi i Januszowi Kaczmarkowi. Znane też być musiały wielu innym wysokim urzędnikom z kilku instytucji, w tym przede wszystkim w UTK i MSWiA.
Efekt? Zero reakcji.
 
Opisywane działania, rodzące podejrzenie czynów o charakterze korupcyjnym, jakoś niespecjalnie interesują zwłaszcza prezesa UTK, Wiesława Jarosiewicza, który ponownie ma w swoim Urzędzie Lidię Ostrowską jako…dyrektora generalnego. Czyżby więc WSA w Warszawie, wykazując tę nadgorliwość, chciał zrobić na złość całej plejadzie wysokich urzędników państwowych i wszcząć działania przeciw bezprawiu? Nawet za cenę naruszenia przez samego siebie prawa? Bajkowa teza raczej. O co więc tu chodziło?
 
Czy z podobną gorliwością, tym razem już zgodnie z nakazem prawa, wykaże się prokuratura, gdy otrzyma powiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa urzędniczego o charakterze korupcyjnym?
 
Póki co, na polskiego Di Pietro czekamy na razie bez powodzenia.tle="" name="_ftnref1" href="#_ftn1" _fcksavedurl="#_ftn1">[1]
 
Witold Filipowicz
Warszawa, 24 maja 2007 r.


tle="" name="_ftn1" href="#_ftnref1" _fcksavedurl="#_ftnref1">[1] Antonio Di Pietro, prokurator z Mediolanu, który w latach 90-tych przeprowadził tzw. akcje czystych rąk, na skutek czego do włoskich więzień trafiło ponad 2500 osób oskarżonych o korupcję, w tym wielu wysokich i najwyższych urzędników państwowych.
 
 
2008-01-10 22:42
 Oceń wpis
   
 
Centrum Informacyjne Rządu zawiadomiło, że na wniosek premiera Jarosława Kaczyńskiego Departament Kontroli i Nadzoru Kancelarii Prezesa Rady Ministrów rozpoczął kontrolę w zakresie prawidłowości zarządzania kadrami w Kasie Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego, w tym m.in. konkursów na wysokie stanowiska. Decyzja szefa rządu ma związek z artykułem "Lista posła Borysiuka", który ukazał się 23 kwietnia br. w "Gazecie Wyborczej".
 
Co ma odkryć departament i czemu oraz w jakim celu ma się przyglądać premier, Jarosław Kaczyński, dokładnie nie wiadomo. Fakt faktem, że znów sygnał o nieprawidłowościach dały media, które w upiorny sposób wsadzają nos w nie swoje sprawy i przeszkadzają w spokojnym sprawowaniu rządów.
 
Nie minął tydzień, a już podobna historia z obsadzaniem stanowisk wypłynęła w związku z ARiMR, w której stanowiska kierownicze w trybie – nazwijmy to umownie konkursów – miały obejmować osoby wskazywane przez parlamentarzystów Samoobrony. Znaczy, konkurs odbywał się w urzędzie, ale rozstrzyganie następowało w sejmowych ławach. Z tym, że rozstrzygnięcie, jak z tego wynika, wyprzedzało sam konkurs.
 
Dwa tygodnie wcześniej do Prokuratury Rejonowej Warszawa-Śródmieście skierowane zostało powiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, trzeba trafu też w związku z zarządzaniem kadrami, ściślej z konkursami w korpusie służby cywilnej. Sprawa ciągnie się już ponad dwa lata i jakoś nie widać chętnych do przyjrzenia się szczegółom. Zwłaszcza, że nie jest to jakaś wyjątkowa historia. Brak zainteresowania odpowiednich służb i nadzoru właśnie ze strony konstytucyjnego zwierzchnika służby cywilnej – premiera, też zdaje się być standardem.
 
Mało tego, sądy dwóch instancji, mimo wprost składanych wniosków i stercie dokumentacji, również nie wykazały zainteresowania jednym z podstawowych aspektów w sporze – prawdziwości dokumentu mającego być dowodem umocowania prawnego. Innymi słowy sądy nie uznały za właściwe sprawdzić, czy strona umowy miała umocowanie prawne do jej zawarcia. Dlaczego? Dobre pytanie.
 
Gdyby się okazało, że takie umocowanie prawne nie istnieje, to nie dość, że cała sprawa przybrałaby zupełnie inny obrót, ale i pojawiłaby się kwestia prawdziwości przedstawianych sądom dokumentów. A to już nie byłoby pożądane dla wielu osób, również środowisk. Sprawa KRUS w tym świetle mogłaby się jawić, co najwyżej, jako mały skandalik na miarę podwórkowych podchodów o lepsze miejsce przy trzepaku.
 
Ale sprawa jest i KRUS będzie pod tzw. lupą, no, może raczej lupką. A i to też, jak wynika z okoliczności, wyłącznie dlatego, że informacja o tych kontredansach pojawiła się w mediach. Może więc tą drogą też warto wskazać Panu Premierowi, że tu i ówdzie niekoniecznie dzieje się dobrze. Warto może o tyle, że działania prokuratur równie niekoniecznie napawają optymizmem, iż przynajmniej sprawdzą to, co dostają podane na tacy i dla innych wydaje się podejrzane już na pierwszy rzut oka.
 
 
Zawiadomienie o podejrzeniu możliwości popełnienia przestępstwa
 
Niniejszym powiadamiam o podejrzeniu możliwości popełnienia przestępstwa przez funkcjonariusza publicznego, Zastępującego Dyrektora Generalnego Urzędu Patentowego Rzeczypospolitej Polskiej, Cezarego P., polegającego na:
 
I. Posługiwaniu się dokumentem, którego treść stwierdza umocowanie prawne, stając w sprzeczności ze stanem faktycznym w związku z obowiązującymi przepisami prawa, a ponadto dokumentem noszącym cechy odwzorowania odmiennego od oryginału, gdyby taki dokument oryginalny rzeczywiście został wytworzony przez osobę uprawnioną – tj. podejrzenie o dokonanie czynu określonego w art. 270 § 1 KK, a także podejrzenie, z uwagi na okoliczności, o dokonanie czynu określonego w art. 271 § 1 i § 3 KK – działając tym samym na szkodę interesu publicznego oraz interesu prywatnego;
 
II. Podejrzenie o nadużyciu stanowiska służbowego o znamionach czynu określonego w art. 231 § 1 KK, a z okoliczności ciągu udokumentowanych zdarzeń nie można też wykluczyć możliwości wystąpienia znamion określonych w § 2 art. 231 KK – działając tym samym na szkodę interesu publicznego i prywatnego.
 
Uzasadnienie
 
W kwietniu 2004 r. ogłoszony został konkurs na stanowisko dyrektora Biura Administracyjno-Gospodarczego w Urzędzie Patentowym Rzeczypospolitej Polskiej. Do konkursu zgłosiło się 20 kandydatów, a pośród nich pracownik UP RP, Witold A., naczelnik wydziału w Biurze AG, obsadzony jednocześnie jako „p.o.” dyrektora Biura. Po pierwszym etapie Witold A. nie zakwalifikował się do dalszych etapów konkursu. Połowa składu zespołu konkursowego, pracownicy UP RP pod przewodnictwem ówczesnego Zastępującego Dyrektora Generalnego w UP RP, Cezarego P., usiłowała, bez powodzenia, doprowadzić do unieważnienia konkursu.
 
Odbył się drugi etap konkursu i po 6 tygodniach uporczywych dalszych prób unieważnienia konkursu, wobec głosów 3 z UP RP przeciw i 3 z Urzędu Służby Cywilnej za, głosem Przewodniczącego zespołu konkursowego, zgodnie z przepisami prawa, rozstrzygnięto konkurs – 7 lipca 2004 r., wskazując najlepszego kandydata na stanowisko dyrektora Biura AG.
 
Po wielotygodniowym uchylaniu się od wykonania obowiązku ustawowego, zawarcia umowy ze zwycięzcą konkursu i po osobistej interwencji Szefa Służby Cywilnej, Cezary P., pełniąc wówczas funkcje Zastępującego Dyrektora generalnego UP RP, zmuszony został do zawarcia ze wskazanym kandydatem. Ponieważ podstawą zawarcia umowy był wówczas przepis art. 48 ust. 3 ustawy o służbie cywilnej – Cezary P. ustalił warunki umowy na 3 miesiące przyjmując, iż przepis daje urzędnikowi prawo do dowolnego stosowania dyspozycji w zakresie czasu, na jaki można zawierać umowy pod rządami powołanego przepisu.
 
Oświadczył przy tym, że te 3 miesiące są tylko dlatego, by sprawdzić przydatność kandydata na stanowisku. Po upływie tego terminu oświadczył jednak, że dalszej umowy nie będzie, bez żadnych powodów, bowiem pracodawca przy umowach na czas określony nie musi podawać żadnych powodów odmowy zawierania dalszych umów. W konsekwencji kandydat utracił stanowisko osiągnięte w wyniku wygrania konkursu i jednocześnie utracił pracę. Sprawa trafiła do sądu pracy.
 
W trakcie postępowania Sąd zażądał od Cezarego P. udokumentowania swojego umocowania prawnego do wykonywania działań w imieniu Urzędu Patentowego RP. Dokument ten został przedstawiony i dołączony do akt sprawy.
 
Kuźnia kadr wysokiego szczebla
 
Ten właśnie dokument jest przedmiotem niniejszego powiadomienia o podejrzeniu możliwości popełnienia przestępstwa przeciwko dokumentom – załącznik Nr 1.
 
Z treści pisma wynika, że w dniu 14.01.2004 r. ówczesny Dyrektor Generalny UP RP, Tytus B., ustanowił Zastępującym Cezarego P. na podstawie art. 20 ust. 3 ustawy z dnia 18 grudnia 1998 r. o służbie cywilnej (Dz. U. Nr 49 z 1999 r., poz. 483 z późn. Zm.) od dnia 19 stycznia 2004 r. do czasu obsadzenia stanowiska dyrektora generalnego w wyniku konkursu.
 
W ówczesnym stanie prawnym, z brzmienia art. 20 ust. 3 wynika, że zastępującym dyrektora generalnego można było wyznaczyć wyłącznie osobę spośród dyrektorów departamentów/biur, tj. dyrektorów w rozumieniu przepisów ustawy o służbie cywilnej, o czym mowa w art. 41 ust.1 pkt 2, którzy objęli stanowiska w trybie art. 41 ust. 2 ustawy o służbie cywilnej.
Oznacza to, że dyrektorem departamentu/biura w rozumieniu ustawy była tylko taka osoba, która objęła stanowisko w związku z wygranym na to stanowisko konkursem na wyższe stanowiska w służbie cywilnej. Ponadto, zgodnie z literalnym brzmieniem przepisu, zastępującym można było ustanowić tylko taką osobę, która w chwili ustanawiania zajmuje stanowisko dyrektora z zachowaniem trybów, o jakich wyżej.
 
Z dołączonego pisma Urzędu Służby Cywilnej – załącznik Nr 4 - z dnia 13.06.2006 r. – S.C.-061-25/06 – gdzie udzielona została informacja na temat historii konkursów na stanowiska dyrektorów w UP RP, objętych obowiązkiem przeprowadzania konkursów wynika, że Cezary P. żadnego z takich konkursów nie wygrał, a to znaczy, że w rozumieniu przepisów ustawy o służbie cywilnej nigdy nie był dyrektorem. W świetle tego nie mógł zostać ustanowiony Zastępującym Dyrektora Generalnego w trybie przepisów art. 20 ust. 3 ustawy o służbie cywilnej.
 
Albo więc ówczesny dyrektor generalny, Tytus Borkowski, przekroczył uprawnienia i nie dopełnił obowiązku przestrzegania przepisów prawa, ustanawiając Zastępującym osobę nieuprawnioną, co oznaczać by mogło czyn o znamionach określonych w art. 231 §1 KK oraz ten sam czyn ze strony Cezarego P., który funkcję przyjął, ze świadomością braku uprawnień do jej przyjęcia, albo też pismo mające dokumentować umocowanie prawne Cezarego P. nie jest autorstwa ówczesnego dyrektora generalnego, Tytusa B.
 
Ponadto niezgodnością prawną jest sprzeczność nakazu ustawowego o terminie ustanawiania zastępującego z faktycznym terminem rzekomego ustanowienia. Art. 20 ust. 3 stanowi jednoznaczny nakaz: „(…) Dyrektor generalny urzędu niezwłocznie wyznacza (…) zastępującego go dyrektora departamentu (komórki równorzędnej) (…)”. Z powołanego wyżej pisma USC wynika, że Tytus B., w wyniku wygranego konkursu, objął stanowisko dyrektora generalnego w UP RP z dniem 02.07.2001 r. Tymczasem rzekome ustanowienie Zastępującym Cezarego P. przez Tytusa B. nastąpiło 14.01.2004 r. Różnicę czasu ponad 2,5 roku w żaden racjonalny sposób nie da się rozumieć jako „niezwłoczne wyznaczenie”, co stanowi ustawowy nakaz działania.
 
W obu przypadkach: naruszenia przepisów poprzez ustanowienie Zastępującym osoby nieuprawnionej, lub potwierdzenia faktu o nieprawdziwości pisma, jako niepochodzącego w istocie od Tytusa B., świadczyć może, iż Cezary P. nie mógł mieć wiążącego prawnie umocowania do wykonywania kompetencji dyrektora generalnego urzędu.
 
Może to być jedną z kluczowych kwestii obrony swoich praw, bowiem umowa podpisana przez stronę, która nie posiadała umocowania prawnego do jej zawierania, z mocy prawa jest nieważna od początku.
Mimo wnioskowania o przedstawienie oryginału dokumentu, Cezary P. nigdy go nie przedstawił. Poza tym przedmiotowe pismo de facto nie jest żadnym umocowaniem prawnym w rozumieniu środków dowodowych i występowania w imieniu Urzędu i nie daje żadnych podstaw do wykonywania kompetencji dyrektora generalnego. Jest jedynie pismem informującym Szefa Służby Cywilnej, że takie ustanowienie nastąpiło i kto na tę funkcję został powołany.
 
Ustanowienie, poprzedzające tę informację, musi mieć postać dokumentu, z którego wynika precyzyjnie określony zakres kompetencji, uprawnień, obowiązków i odpowiedzialności oraz warunki ich wykonywania, a także musi zawierać podpisy osób powierzającej i przyjmującej te warunki. Takiego dokumentu w całym postępowaniu w ogóle nie ujawniono, mimo wnioskowania.
 
Jedynie pełnomocnik przed sądem pracy przedstawił inne pismo – załącznik Nr 3 – z dnia 02.02.2004 r., BGI/391/2004 r. – które, jak to w piśmie procesowym ujął – miało „uprawdopodabniać” przedmiotowy dokument, że jego kopia jest zgodna z oryginałem i potwierdza tym samym umocowanie prawne Cezarego P. do wykonywania kompetencji dyrektora generalnego Urzędu.
Przy czym na kopii owego pisma „uprawdopodabniającego” pełnomocnik – radca prawny, złożył zgodnie z procedurą podpis „za zgodność z oryginałem”. Natomiast na dokumencie przedmiotowym takiego poświadczenia nie złożył.
 
Pismo BGI/391/2004 r. – adresowane jest jednoznacznie do „Eksperta w Zespole Badań Patentowych”, co potwierdza, że Cezary P. w chwili rzekomego ustanowienia Zastępującym (ponoć 2 tygodnie wcześniej) nie był dyrektorem, zatem nie był osobą uprawnioną do objęcia funkcji Zastępującego w trybie przepisów art. 20 ust. 3 ustawy o służbie cywilnej.
 
Wygląd graficzny przedmiotowego dokumentu nasuwa poważne wątpliwości, co do rzeczywistego odwzorowania oryginału.
 
1. Przede wszystkim niespotykany w pragmatyce administracyjnej i niezgodny z instrukcjami kancelaryjnymi brak znaku sprawy. Tego rodzaju brak dyskwalifikuje pismo jako dokument urzędowy, a jednocześnie ani nie powinien opuścić urzędu, ani nie powinien być w takiej formie przez inny urząd przyjęty. Zwłaszcza, że pismo to miało być dokumentowaniem wykonania przepisów ustawy. To jedyny taki dokument, który przewija się w całym postępowaniu. Dla każdego urzędnika administracji publicznej brak znaku sprawy stanowiłby podstawę do zakwestionowania takiego dokumentu oraz odmowie przyjęcia lub domagania się jego uzupełnienia o ten podstawowy element w systemie obiegu akt i wymiany korespondencji.
 
2. Niespotykana adnotacja „wręczyłem osobiście adresatowi” zamiast stempla potwierdzenia urzędu, który pismo przyjmuje i w dodatku czyni to dyrektor generalny, osobiście doręczając pocztę urzędową. Te stemple potwierdzenia pojawiły się w aktach sprawy dopiero w postępowaniu przed sądem II instancji, na skutek zakwestionowania wielu braków pisma. Również w tamtym czasie dopiero pojawiła się adnotacja urzędnika z USC o „zgodności z oryginałem”, ale nadal kolejni pełnomocnicy UP RP – radcowie prawni, nie potwierdzili swoimi podpisami „za zgodność z oryginałem”.
 
Pismo jako dowód w postępowaniu sądowym takiego potwierdzenia wymaga i nie może go zastąpić potwierdzenie przez jakiegokolwiek urzędnika. Zgodnie z orzecznictwem SN, wszelkie kopie pism, mające stanowić dowody w toczącej się sprawie, wymagają uwierzytelnienia przez pełnomocnika, inaczej nie mają waloru dowodu. Najprostszą metodą było po prostu przedstawienie oryginału pisma, czego jednak nie zrobiono.
 
3. Adnotacja odręczna Prezesa UP RP, Alicji A., „popierająca wniosek”, jest nieadekwatna do treści pisma, bowiem nie jest to żaden wniosek lecz informacja o zdarzeniu, które już nastąpiło, co musiało poprzedzać wewnętrzne ustalenia i zapadłe wewnątrz Urzędu decyzje. Informacja kierowana do Szefa Służby Cywilnej, o czym mowa w art. 20 ust. 3, ani nie była wymagana żadnym dodatkowym zatwierdzaniem, ani tym bardziej popieraniem wniosku.
 
Z tej adnotacji można byłoby wnioskować, iż dyrektor generalny zwraca się do Szefa Służby Cywilnej o zgodę na ustanowienie Cezarego P. Zastępującym, a Prezes Alicja A. popiera wniosek i to Szef Służby Cywilnej ma ustanowić Zastępującego Dyrektora Generalnego w Urzędzie Patentowym RP. Przepisy ustawy o służbie cywilnej nie przewidują takiej procedury ani nie dają uprawnień Szefowi Służby Cywilnej w tym zakresie.
 
Adnotacja Prezesa UP RP może wskazywać na to, iż faktyczna treść pisma była inna niż ta, którą Cezary P. przedstawił w sądzie jako swoje umocowanie prawne. Mogłoby to oznaczać, iż w miejsce tekstu oryginalnego, który został usunięty, wstawiony został tekst obecnie prezentowany.
 
4. Może na to wskazywać szata graficzna i nienaturalne przesunięcia w poszczególnych sekcjach układu pisma. Widać to szczególnie wyraźnie w części adresowej Urzędu, gdzie nastąpiły nienaturalne przesunięcia linii tekstu, jak również w części obejmującej zasadniczą treść pisma. Edytor tekstu automatycznie wyrównuje marginesy z każdej strony, względnie przenosi wyrazy lub ich części w sposób zorganizowany. W przedmiotowym piśmie prawy margines tekstu wygląda nienaturalnie.
W ten sposób zachowują się dokumenty, które są zeskanowane i dokonuje się w nich – w sposób nieumiejętny – jakichś zmian czy innych operacji na dokumencie oryginalnym.
 
Dla porównania dołączona została kopia pisma – załącznik Nr 2 - niebudząca wątpliwości, co do wiernego odwzorowania pisma autentycznego, pochodzącego – zdawać się może, wedle podpisów – od tego samego autora. Czas powstania dwóch pism dzielą niespełna 3 tygodnie, natomiast ich wygląd różni się zdecydowanie i to w wielu standardowych szczegółach, które na ogół zawsze pozostają bez zmian.
 
W związku z powyższym, zarówno z uwagi na przedstawione kwestie niezgodności prawnych, jak i nienaturalnego wyglądu przedmiotowego pisma, mogących świadczyć o nieprawidłowości lub nieprawdziwości w związku z ustanowieniem Cezarego P. Zastępującym Dyrektora Generalnego w UP RP, wnioskuję o:
 
1. Przesłuchanie byłego dyrektora generalnego UP RP, Tytusa B. na okoliczność stwierdzenia, czy istotnie jest autorem przedmiotowego dokumentu;
 
2. Zobowiązania Szefa Kancelarii Prezesa RM (przejął kompetencje Szefa Służby Cywilnej) do przedstawienia oryginału przedmiotowego dokumentu;
 
3. Zobowiązania Prezesa Urzędu Patentowego RP do przedstawienia oryginalnego dokumentu ustanawiającego Zastępującym Cezarego P. przez ówczesnego dyrektora generalnego Tytusa B.
 
Laboratoria państwa swojaków
 
W trakcie postępowania sądowego, a potem już wprost z pisma USC z dnia 13.06.2006 r., S.C.-061-25/06 – załącznik Nr 4 – okazało się, że ten przypadek, nie jest jakąś sytuacją wyjątkową. Regułą w Urzędzie Patentowym RP było albo ogłaszanie konkursów i doprowadzanie do ich unieważnienia, albo bezprawne uchylania się od obowiązku przeprowadzania konkursów w ogóle.
 
W sytuacji zaś zmiany przepisów o konkursach na wyższe stanowiska w służbie cywilnej, w lipcu 2005 roku, obsadzanie stanowisk bez konkursów dłużej niż 6 miesięcy – i to tylko w wyjątkowych przypadkach – stanowiło już bezsporne łamanie prawa przez kierownictwo UP RP.
 
W przypadku stanowiska dyrektora Biura Administracyjno-Gospodarczego zarysowała się jeszcze inna metoda. Pozorowanie prawnych działań, w istocie zmierzających do omijania prawa i niweczenia wyników konkursów, których wynik był nie pomyśli urzędników UP RP. Począwszy od marca 2001 r. do kwietnia 2004 r. przeprowadzone zostały 3 konkursy na to stanowisko.
 
W konkursie K/152/00 wygrał Ryszarda K., z którym zawarta została umowa na rok, po czym umowy tej nie przedłużono. Rzekomo – jak próbował to uzasadniać przed sądem I instancji Cezary P. – nieprzydatności kandydata na tym stanowisku. Nie potrafił przy tym wyjaśnić, dlaczego, wobec tej nieprzydatności, nie zastosowano przepisu art. 48 ust. 3 w części umożliwiającej dokonanie dwutygodniowego wypowiedzenia umowy o pracę.
 
Kolejny konkurs K/28/03 z sierpnia 2003 r. zakończył się pod koniec października bez wskazania odpowiedniego kandydata na to stanowisko, czyli konkurs został unieważniony. Cezary P. nie potrafił wyjaśnić w postępowaniu sądowym, z jakiego powodu tak się stało. Mało tego, z wyjątkowym trudem przypominał sobie, a właściwie wyrażał przypuszczenie, że chyba brał udział w komisji konkursowej. O tym, czy jego kolega Witold A. przystępował do tamtego konkursu, oczywiście, nic nie wiedział. Tak też to zostało odnotowane w protokole sądowym.
 
Kolejny konkurs – K/671/03 – odbywał się na przestrzeni od kwietnia do sierpnia i ten konkurs został wygrany, tyle że znów nie przez Witold A., a na skutek przewlekłości postępowania ze strony Cezarego P., stanowisko objęte zostało przez „obcego” dopiero 1 października 2004 r.
 
Ustalono umowę na czas 3 miesięcy, która – według zapewnienia Cezarego P. – miała być jedynie sprawdzianem przydatności wygranego kandydata. Tym samym Cezary P. bezprawnie uzurpował sobie kompetencje do weryfikowania rozstrzygnięcia zespołu konkursowego i wydanej na tej podstawie decyzji przez inny organ administracji rządowej, powołany ustawowo do rozstrzygania w tym zakresie. Podpisania następnej umowy odmówiono bez podawania powodów uznając, że pracodawca ma do tego prawo.
 
Do konkursów tych ustawicznie przystępował Witold A., naczelnik wydziału w Biurze AG, za każdym razem z wynikiem negatywnym. Niemniej, również za każdym razem obsadzany był przez Cezarego P. jako „p.o.” dyrektora Biura AG. Tak też było i po usunięciu z funkcji dyrektora z ostatniego konkursu z dniem 31 grudnia 2004 r.
 
Od 1 stycznia 2005 r. Witold A. po raz kolejny obsadzony został na stanowisku „p.o.” dyrektora Biura AG.
 
Dopiero po kilkakrotnych interwencjach u Ministra Gospodarki, jako organu nadzoru, Witold A. oficjalnie został zdjęty ze stanowiska „p.o.” dyrektora z dniem 10 lipca 2006 r., tj. 1,5 roku po usunięciu ostatniego kandydata ze stanowiska poprzez odmowę podpisania umowy.
Jednocześnie wznowiono dopiero wówczas, na skutek nacisku organu nadzoru, procedurę konkursową na to stanowisko – pismo Ministerstwa Gospodarki z dnia 4 sierpnia – DNP-V-051-1-MK/06.
 
Z powyższej sekwencji zdarzeń wynika wprost, że na przestrzeni kilku lat urzędnicy, w szczególności Cezary P., jako zastępujący dyrektora generalnego, prowadzili działania nakierowane na jeden konkretny cel: zapewnienie stanowiska dyrektora Biura AG dla swojego pracownika, Witolda A. Przy czym nie miały z tymi celami nic wspólnego kwalifikacje, a w świetle historii z konkursami nawet wręcz przeciwnie, natomiast środki do celu prowadzące miały pozorować działania prawne.
 
Wypełniać się to zdaje przesłanki zastosowania przepisów art. 231 § 1 KK. Znając zaś cele i okoliczności wieloletniego działania w interesie określonej osoby, należy mieć na względzie również § 2 art. 231 KK.
 
Biorąc pod uwagę zarówno możliwość popełnienia przestępstwa, o którym mowa w art. 270 § 1 i § 3 KK oraz dokonanie czynu określonego w art. 271 § 1 i § 3, a także czyny z art. 231 § 1 i § 2, to jest działanie na szkodę interesu publicznego i interesu prywatnego, wnioskuje się o wszczęcie postępowania w sprawie.
 
Do powiadomienia dołączono załączniki, a kopia powiadomienia wysłana została do Ministra Sprawiedliwości, Prokuratora Generalnego, Zbigniewa Z. Otrzymało również powiadomienie o sprawie Centralne Biuro Antykorupcyjne, nasz najświeższy kwiatuszek zwalczania zła w strukturach państwa.
 
No cóż, danie zostało zaserwowane, z przyprawami i dodatkami, a jakże. Tylko siadać i ucztować. Jest tylko jeden mankament. Wieść o obiedzie, jak o wielu innych z tego samego jadłospisu, nie przedostają się do mediów tzw. opiniotwórczych. Gdyby jeszcze chodziło o posła Samoobrony Janusza M. czy o p. Anetę K, nad którymi ciążą zarzuty dokonania przestępstwa przeciw dokumentom. Niestety, ta sprawa jest, póki co, mało medialna.
 
Mało prawdopodobne więc, by z tego pożywiania ktoś nabrał siły i wigoru, a jeszcze mniej prawdopodobne, by nabrał chęci na drugie danie, nie mówiąc o deserze. W przeciwnym wypadku ta jedna tylko sprawa mogłaby się okazać zaledwie przystawką.
 
Dobrze, by choć powiedział dziękuję wstając od stołu.
 
Witold Filipowicz
Warszawa, 25 kwietnia, 2007 r.
 
2007-01-06 21:53
 Oceń wpis
   

Pani minister od bezrobocia, Anna Kalata, zarekomendowała projekt otwarcia polskiego rynku pracy dla obywateli Unii Europejskiej. W tym i dla najnowszych członków – Bułgarii i Rumunii. Otwartość, likwidowanie barier bezdusznego biurokratyzmu godne uznania. Szkoda tylko, że podobnej postawy otwartości minister Anna Kalata nie wykazuje wobec rodaków. Szczególnie wówczas, gdy tę otwartość, rozumianą jako jawność, nakazuje prawo.

 

W kwietniu 2004 roku ukazał się Raport o służbie cywilnej. Pokazał w szczegółach faktyczną realizację zasady konkurencyjności naboru do pracy w administracji rządowej. Obraz rzeczywistości dla niektórych okazał się porażający. Uchwalona nowelizacja ustawy o służbie cywilnej miała na celu likwidację wskazanych patologii systemu.

 

Jednak dla wielu urzędów fakt ten musiał umknąć uwadze. Również dla urzędników ministerstwa pracy. Zasada konkurencyjności zdaje się być nazbyt skomplikowanym pojęciem. Podobnie, jak dostęp do informacji publicznej.

 

W kwietniu ubiegłego roku Ministerstwo Pracy ogłosiło nabór na stanowisko głównego specjalisty ds. zaopatrzenia – Biuletyn S.C. Nr 7/2006. Ogłoszenie, jak setki innych. Nie wyróżniało się niczym szczególnym.

 

Spośród nadesłanych aplikacji zakwalifikowano jako spełniające wymogi formalne 25 osób. Wszystko zdawało się przebiegać dość szablonowo. Po 3 miesiącach na stronie internetowej pojawiło się ogłoszenie o rozstrzygnięciu procedury i wyborze najlepszego kandydata. Równie szablonowo brzmiało uzasadnienie wyboru. Komisja uznała za najlepszego tego, który wykazał się najlepszymi kwalifikacjami i wiedzą. Sprawa zamknięta. Zgodnie z regułami. Pozornie.

 

Jak wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach. Kłopoty zaś zaczęły się w momencie próby ich ustalenia. Kilkakrotnie kierowane do ministerstwa pytania o te szczegóły, w tym i o kwalifikacje wybranego kandydata, pozostawały bez odpowiedzi.

 

Też jakby standard. Rzadko się zdarza, by jakiś urząd reagował w takich przypadkach zgodnie z przepisami. Na ogół, w tym pierwszym stadium próby ustalenia przebiegu konkurencyjnego zatrudniania fachowców, urzędy udają, że ich nie ma.

 

W tym przypadku minister Kalata nie odbiegała od normy. Normy wyznawanej przez urzędy, a nie wyznaczane przez przepisy prawa, żeby nie było wątpliwości.

 

Dopiero kolejny monit, z ostrzeżeniem o skierowaniu skargi do sądu administracyjnego wywołał skutek. Specjalista do spraw kadr udzieliła części informacji o przebiegu procedury. Natomiast odmówiła udzielenia informacji o kwalifikacjach kandydatów. Powód? Ochrona danych osobowych.

 

Znów standard. Jak się czegoś nie chce powiedzieć, to urzędnik chwyta się wypróbowanego sposobu i przywołuje różne ustawy typu „tajne przez poufne”. Najczęściej bezmyślnie i na ogół bezpodstawnie.

 

Warto przy tym podkreślić, że choć faktycznie odpowiadał urzędnik niższego szczebla, to odpowiadał na pytania skierowane do ministra, zatem w istocie należy przyjmować, że autorem odpowiedzi jest w tym przypadku minister Anna Kalata. Organ odpowiada za działania w jego imieniu i z jego upoważnienia.

 

Dla obywatela w takim przypadku jest zupełnie obojętne, czy pisze do niego upoważniony dyrektor czy wartownik. I tak zapisane jest to na konto organu. Nawet, jeśli ów urzędnik czyni to samowolnie, bez wiedzy i bez upoważnienia. To już wewnętrzna sprawa urzędu i porządków w nim panujących.

 

Z informacji wynikało, że spośród owych 25 osób wyselekcjonowano 11 osób, a z kolei z tej grupy zaproszono do rozmów kwalifikacyjnych 2 osoby. Wszystkie te działania opierały się wyłącznie na dokumentach nadesłanych, bo innej możliwości na tym etapie nie było.

 

Jakie kryteria zastosowano do selekcji zakończonej takim wynikiem, kto w istocie znalazł się w grupie wybranych oraz kto – poza wskazanym jako najlepszy – dostąpił zaszczytu spotkania się twarzą w twarz z komisją kwalifikacyjną, tego już podać nie chciano.

 

Z jakiego powodu ministerstwo otwartości na rynki pracy postanowiło być takie tajemnicze w stosunku do przebiegu jawnej przecież procedury? Jeśli zachowane były wszelkie reguły konkurencyjnego naboru, o czym mowa w art. 5 ustawy o służbie cywilnej, to przecież nie ma się czego wstydzić. Jeżeli jeszcze owa rekrutacja została przeprowadzone zgodnie z zasadami, o których mowa w art. 1 ustawy, to znaczy bezstronnie, rzetelnie i profesjonalnie, to uchylanie się od udzielenia informacji na ten temat zaczynało być intrygujące.

 

Z założenia wybrany kandydat powinien legitymować się najwyższymi kwalifikacjami, więc podanie ich powinno być powodem chluby zarówno dla ministerstwa, jak i dla komisji kwalifikacyjnej oraz dla samego kandydata. Skąd ta wstrzemięźliwość zatem?

 

Szczególnie zastanawia tu uzasadnienie odmowy udzielenia informacji. Powoływanie się w tej materii na ustawę o ochronie danych osobowych zaczyna budzić wątpliwości, co do rzetelności przeprowadzonej procedury. Kwalifikacje funkcjonariusza publicznego – a takim stał się wybrany kandydat z chwilą zatrudnienia – nie są chronione przepisami ustawy o ochronie danych osobowych, ani żadnymi innymi. Wynika to wprost zarówno z ustawy o służbie cywilnej, jak i z ustawy o dostępie do informacji publicznej.

 

Jak by nie było dość na tym, to w ustawie o służbie cywilnej również wprost jest wskazane, że informacja w zakresie spełniania wymogów przez kandydatów, którzy złożyli swoje aplikacje, jest informacją publiczną. Z przepisów wynika, że dotyczy to każdego kandydata, a nie tylko wybranego jako kandydat najlepszy.

 

Dlaczego więc Pani Minister uznała, że nie udzieli informacji, mimo ustawowego obowiązku jej udzielenia? Zagadek na tym nie koniec, bowiem odmowa udzielenia informacji publicznej musi następować w formie decyzji administracyjnej. Dla urzędników ta forma prawnego działania administracji jest niczym zmora. Gorsza, niż rwanie zębów u dentysty.

 

Nie tylko z powodu konieczności powoływania konkretnej podstawy prawnej, czyli konkretnych przepisów prawa, a nie jakiegoś ogólnikowego powoływania się na cały akt prawny. Przede wszystkim koszmarem bywa wymóg uzasadnienia decyzji, co jest jej integralnym składnikiem. Bywa, że uzasadnienia mają się nijak do powołanej podstawy prawnej czy stanu faktycznego.

 

Ale bywa też jeszcze zabawniej, gdy uzasadnienie decyzji samo w sobie zdaje się eliminować powołaną podstawę prawną. Innymi słowy zdarza się, że konstrukcja decyzji sprawia wrażenie przysłowiowego tworu „od Sasa do Lasa”.

 

Być może ministerstwo, na wszelki wypadek, przyjęło rozwiązanie salomonowe i uznało, że te informacje, o jakie występuje obywatel, nie są informacją publiczną. W ten prosty sposób rozwiązano kwestię konieczności wydania decyzji o odmowie udzielenia informacji publicznej. Tak w każdym razie brzmiało wyjaśnienie pełnomocnika ministerstwa w odpowiedzi na skargę o bezczynność organu, skierowaną do sądu administracyjnego.

 

Wynikać zdaje się z treści odpowiedzi na skargę taka oto logika, że ministerstwo wprawdzie posiada informację, ale nie jest to informacja publiczna, więc tej informacji po prostu nie udzieli, a skoro jest to informacja niepubliczna, to i decyzji o odmowie udzielenia też nie wyda. Proste, logiczne, przejrzyste rozumowanie.

 

 Po co zatem powoływało się wcześniej na ustawę o ochronie danych osobowych, nie wiadomo.

 

Tak prezentowana znajomość zasad prawnych tym bardziej wzmogła ciekawość, jakąż to logikę i rzetelność zastosowała komisja kwalifikacyjna przeprowadzając procedurę naboru, o której wyżej. Tym bardziej, że spośród 25 kandydatów wyselekcjonowano ostatecznie do rozmów kwalifikacyjnych tylko 2 osoby.

 

Logicznie rzecz ujmując, te 2 osoby musiałyby mieć tak nieporównywalnie wysokie kwalifikacje w stosunku do pozostałych, że nie było sensu zapraszać kogokolwiek innego. Tyle, że prezentowana przez urzędników ministerialnych logika, zdaje się nieco odbiegać od logiki znanej powszechnie. Podobnie ma się z rozumieniem przez nich przepisów prawa.

 

Jak do tego podejdzie sąd administracyjny, okaże się 30 stycznia na rozprawie – sygn. akt SAB/Wa 153/06. Wówczas też zapadnie wyrok, co do ujawnienia kwalifikacji kandydatów, składu komisji, kwalifikacji tejże i funkcji pełnionych w trakcie przeprowadzania procedury. To wszystko będzie mieć znaczenie na przyszłość, o czym niechybnie będzie szczegółowa informacja. Pewnie nie jedna, bo szykuje się tu ciąg dalszy z sądem pracy w tle.

 

Tymczasem zostało skierowane do Pani Minister wspomniane już pytanie – czy zaproszenie tylko dwóch osób do rozmów kwalifikacyjnych oznacza, że miały one tak nieporównywalnie wysokie kwalifikacje w stosunku do innych osób, że nie było potrzeby zapraszać kogokolwiek innego.

 

Nadeszła odpowiedź, a jakże, tym razem już bez zabawy w chowanego. Z właściwego fragmentu pisma BDG-II-110-63-3JL/06 wynika to, że

 

„(…) Jedną z podstawowych zasad, przyświecających rekrutacjom przeprowadzanym w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej, jest wybranie najbardziej odpowiedniego kandydata na dane stanowisko, przy czym wybór najlepszego kandydata nie zawsze oznacza zatrudnienie osoby, która w dotychczasowej karierze zawodowej zajmowała najbardziej eksponowane stanowiska, bądź ma najdłuższy staż zawodowy(…)”

 

Logiczne? Oczywiście, że logiczne, tyle że nie do końca. To podkreślenie pochodzi od autora pisma. Już z samego zacytowanego fragmentu wynika, że kandydaci, którzy w dokumentach zaprezentowali bardzo wysokie kwalifikacje, nie muszą w ogóle być brani pod uwagę.

O „odpowiedniości” decyduje komisja na podstawie …no właśnie, czego? Bo na etapie selekcji ma do czynienia wyłącznie z dokumentami?

 

Tu już nieco logika się załamuje. Natomiast sposób stosowania prawa zdaje się autora tego fragmentu całkowicie dyskwalifikować, jako urzędnika w ogóle. Nie mówiąc już o stanowisku kierowniczym. A trzeba trafu, autorem pisma jest „p.o.” zastępca dyrektora ds. Kadr i Szkolenia.

 

Jeśli podobnej klasy profesjonaliści ministerstwa pracy przymierzają się teraz do zarządzania naszymi składkami emerytalnymi, to włos się jeży na głowie.

 

Żeby zaś nieco przybliżyć czytelnikowi sedno sprawy, trzeba ujawnić odrobinę wiedzy jeszcze nieoficjalnej. Otóż najlepszy kandydat, jak się okazało, nie przepracował ani jednego dnia w administracji publicznej. Doświadczenie na stanowisku zaopatrzenia w firmach prywatnych i w jednostkach sektora finansów publicznych, to dwa różne światy.

 

Jakimi zatem kryteriami kierowała się komisja kwalifikacyjna, uznając za najlepszego kandydata na stanowisko samodzielne i do tego z obowiązkami kierowania zespołem osobę, która nie miała ani jednego dnia stażu w administracji publicznej? Nie tylko kierowniczego, ale w ogóle.

 

Podobieństwo stanowiska zaopatrzenia zaczyna się i kończy na samej nazwie. Funkcjonowanie jest diametralnie różne. Za jakiś czas będzie na ten temat bardziej szczegółowo, ale fachowcy od zamówień publicznych i administracji wiedzą, w czym rzecz. Pewnie też znajdą kolejną odpowiedź, dlaczego zamówienia publiczne wciąż dla rzeszy urzędników administracji są czarną magią. Nie wspominając już o innych aspektach tego obszaru.

 

Ciekawostką w tej procedurze jest to, że osobę, która de facto nie spełniała podstawowych wymogów doświadczenia w określonym obszarze rynku pracy uznano za najbardziej odpowiednią. Natomiast przynajmniej w jednym przypadku pominięto w ogóle aplikację wielokrotnie przewyższającą wymogi stawiane dla tego konkretnego stanowiska.

 

Ślad tego pominięcia znajduje się w zacytowanym fragmencie pisma ministerialnego urzędnika do spraw kadrowych. Znaczy, wiedzą już, że pytający też wie. O co i jak pytać. Te pytania będą stawiane ponownie za jakiś czas. Z tym, że już w innym trybie i procedurze..

 

Raport, o jakim mowa na wstępie, przyczynił się do nowelizacji ustawy w zakresie rzetelności, przejrzystości oraz wzmocnienia zasady profesjonalizmu w procedurach rekrutacji. Przepisy powstały, mechanizmy pozostały nietknięte. Efekty widać.

 

Premier wielokrotnie wypowiadał się na temat identyfikowania szarych sieci, dławienia korupcji, czyszczenia struktur państwa z przejawów nepotyzmu i kumoterstwa.

 

Jest dla Pana Premiera dobra wieść na początek Nowego Roku. Nie musi daleko szukać, wystarczy przyjrzeć się baczniej sieciom, które trzyma w swoim ręku.

 

Mądrość ludowa powiada, że pod latarnią najciemniej.

 

 
2007-01-04 10:10
 Oceń wpis
   

Ostatnie tygodnie dla resortu Ludwika Dorna nie były sielankowe. Wbrew wystąpieniu wicepremiera z samochwalczą oceną stanu swojego urzędu. Samowola, bezhołowie i w końcu medialna prezentacja poziomu intelektualnego osób z kierownictwa, zarysowały obraz Ludwikowego mocarstwa mało budujący. Na gwałt potrzebny był jakiś sukces. Jakikolwiek. No i się znalazł. Na moment.

 

Sylwestrowa zabawa z nożami na Gubałówce posłużyć chyba miała, jak się wydaje, za pretekst do rzucenia społeczeństwu na tacę dowodów niezwykłej sprawności organów ścigania. Jeszcze dobrze się media nie rozpisały o wyczynach nożowników, a już szczecińska policja schwytała przestępców. To znaczy tak się jej, znaczy policji, wydawało.

 

To przekonanie musiało być niezwykle silne, bowiem niemal natychmiast schwytanych powieziono do Zakopanego. Być może na moc tego przekonania wpływ miała zakopiańska prokuratura. Skąd ten niezwykły pośpiech się wziął, właściwie nie wiadomo. Tym bardziej, że już w trakcie transportu domniemanych złoczyńców pojawiły się materiały mające świadczyć o niewinności zatrzymanych.

 

Rzecznik szczecińskiej policji tłumaczył, iż wpłynęły owe dowody już po wywiezieniu schwytanych. Nie było więc możliwości ich sprawdzenia. Znaczy co, zatrzymani też pary z gęby nie puścili, że w czasie zdarzenia byli w zupełnie innych miejscach i mogą to udowodnić? Czy też może nie chciano ich słuchać, nie mówiąc już o weryfikacji podawanych alibi?

 

Kto, dlaczego i na jakiej podstawie wydał polecenie zatrzymania dwóch osób i podjął decyzję o bezzwłocznym ich transporcie na drugi koniec kraju? Rzecznik nie umiał odpowiedzieć, czy jest możliwe, by podejrzani mogli w ciągu trzech godzin od zdarzenia znaleźć się w miejscach odległych o kilkaset kilometrów.

 

Warto byłoby zadać pytanie, czy zatrzymani w ogóle mieli sposobność wskazać owe fakty na swoją obronę. Trudno jakoś sobie wyobrazić, że w takiej sytuacji zatrzymany będzie milczał. Chyba, że nie zostały mu przedstawione powody zatrzymania.

 

W świetle zaprezentowanych nagrań o obecności zatrzymanych w zupełnie innych miejscach, niż nożownicze występy, cała ta akcja prokuratorsko-policyjna trąci kolejnym blamażem.

 

Coś się wicepremierowi Dornowi nie szykowała końcówka minionego roku, a wygląda na to, że początek bieżącego wcale nie jest lepszy. Fatum jakieś, czy co?

 

A może to tylko smutna rzeczywistość jakości struktur?
 
2006-12-28 10:33
 Oceń wpis
   

Wicepremier Ludwik Dorn zaprezentował niedawno koncepcję tzw. jednego okienka. Znaczy, usprawnienia działań administracji. Obywatel ma mieć możliwość załatwienia wszystkiego szybko i sprawnie w jednym okienku w jakimkolwiek urzędzie. Na razie chodzi o sprawy gospodarcze i podatkowe. W perspektywie niedalekiej, każdą inną sprawę.

Tego samego dnia, w sądzie administracyjnym pocił się pełnomocnik MSWiA w związku z bezprawnym uchylaniem się jego szefa od udostępnienia informacji publicznej.

 

Przed kilkoma miesiącami ukazał się artykuł „My czyści, my przejrzyści” – dostępny w sieci po wpisaniu tytułu w wyszukiwarkę. Opisano tam działalność wysokich urzędników państwowych w związku z zatrudnianiem i obsadzaniem stanowisk w administracji rządowej.

 

Z materiałów wynikało, że dyrektor generalny w Urzędzie Transportu Kolejowego, Lidia Ostrowska, zatrudniła nielegalnie w kwietniu 2003 roku, na stanowisko „p.o.” dyrektora departamentu, Ryszarda Kotona. Z pominięciem obowiązujących wówczas przepisów ustawy o służbie cywilnej, a nadto wbrew obowiązkowi przeprowadzenia konkursu na takie stanowisko.

 

Z uzyskanych z UTK informacji zdaje się wynikać, że Lidia Ostrowska przekroczyła swoje uprawnienia i nie dopełniła obowiązku, działając tym samym na szkodę interesu publicznego. Definicja, wypisz wymaluj, pasująca do treści art. 231 kodeksu karnego. Po ludzku, nadużycie stanowiska służbowego dla własnych celów.

Nie można w tym przypadku wykluczyć działania o charakterze korupcyjnym.

 

Z początkiem 2004 roku Lidia Ostrowska zniknęła z UTK na skutek rozwiązania z nią umowy przez Szefa Służby Cywilnej. Osoba o tych samych personaliach odnalazła się nieco później w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji na stanowisku „p.o.” zastępcy dyrektora departamentu.

 

Należało ustalić, czy Lidia Ostrowska z UTK i Lidia Ostrowska z MSWiA to ta sama osoba, czy też nastąpił przedziwny zbieg okoliczności i mamy do czynienia z dwoma różnymi osobami. Pytanie takie skierowane zostało, w połowie czerwca tego roku, do ministra – ściślej, najpierw do rzecznika prasowego, Tomasza Skłodowskiego. Mimo monitów, w tym adresowanych już imiennie do ministra, urząd milczał jak zaklęty.

 

Dopiero ostrzeżenie o planowanym wniesieniu skargi do sądu administracyjnego otrzeźwiło nieco urząd. Nieco, bowiem rzecznik prasowy, gdy wreszcie raczył się odezwać, najspokojniej w świecie odmówił udzielenia informacji o tożsamości funkcjonariusza publicznego. Głupstwa, jakie przy tej okazji powypisywał, tytułem uzasadnienia odmowy udzielenia informacji, można byłoby wykorzystać jako kanwę do skeczów kabaretowych.

 

Udowodnił też poziom swoich kwalifikacji pracownika administracji rządowej. Każda odmowa udzielenia informacji publicznej wymaga zachowania formy decyzji administracyjnej. Wyglądało na to, że Tomasz Skłodowski nie ma pojęcia, iż coś takiego jak decyzja administracyjna w ogóle istnieje. Nie mówiąc już o tym, kto i w jakich okolicznościach ją wydaje.

 

Tym bardziej humorystyczny to przyczynek do jakości kadr resortu, że rzecznik prasowy jest byłym dziennikarzem i współautorem magazynu „Misja specjalna”. Programu, w którym tropiło się i nadal tropi nieprawidłowości i patologie w strukturach administracji publicznej. Co, wobec powyższego, Tomasz Skłodowski tak naprawdę tropił i w jaki sposób? Ot, ciekawość bierze.

 

Upór resortu w uchylaniu się od udzielenia prostej w końcu informacji poskutkował tym, że została wniesiona skarga do sądu administracyjnego na bezczynność organu. Zanim jednak doszło do rozprawy, rzecznik prasowy znów dał o sobie znać. Przysłał e-mailem informację, której się domagano, ale w takiej formie i treści, że praktycznie nic z tego nie wynikało. Nie było więc powodu do wycofywania skargi.

 

Na rozprawie – 15 grudnia 2006 roku, sygn. akt II SAB/Wa 150/06 – pełnomocnik MSWiA wyśpiewał wreszcie, że Lidia Ostrowska, niegdyś dyrektor generalny w UTK, i później „p.o.” zastępcy dyrektora departamentu w MSWiA, to ta sama osoba.

 

Potrzeba było pół roku, by wydębić od wicepremiera informację, która powinna być udzielona w ciągu 14 dni. Przy czym wymagało to licznej korespondencji, monitów, w końcu i rozprawy przed sądem administracyjnym. A chodziło przecież o prostą informację, potwierdzającą jedynie w stu procentach, że chodzi o tę samą osobę.

 

Czym kierował się wicepremier, by tak desperacko uniemożliwiać ustalenia faktów, które i tak prędzej czy później byłyby ustalone?

 

Jeśli wziąć pod uwagę działania Lidii Ostrowskiej na stanowisko dyrektora generalnego w UTK, nawet i można byłoby tę niechęć wicepremiera Dorna do ujawniania informacji o własnym teraz dyrektorze zrozumieć. Zrozumieć w sensie psychologicznym. Ostatecznie nikomu nie byłoby miło wyznawać, że zatrudnia, w dodatku na stanowisku kierowniczym, urzędnika z niejasną przeszłością.

 

A właściwie całkiem jasną, bo wedle oficjalnie przekazanej informacji z UTK, Lidii Ostrowskiej można byłoby postawić zarzut popełnienia przestępstwa urzędniczego. Nielegalne zatrudnienie osoby spoza korpusu służby cywilnej, w dodatku na stanowisku kierowniczym, nosi znamiona czynu o charakterze korupcyjnym.

 

Co z tą wiedzą zrobi Ludwik Dorn teraz, już nie jako obywatel lecz jako członek rządu, dbały o bezpieczeństwo i porządek, zobaczymy. Biorąc jednak pod uwagę zagadkowe pląsy wokół historii innego swojego dyrektora, który po nocnych hulankach zażyczył sobie radiowozu w charakterze taksówki, można oczekiwać dalszych niespodzianek.

 

Jawi się w tej sprawie kilka dalszych pytań. Przede wszystkim, w jakiej roli występował w tym przypadku Tomasz Skłodowski? Czy działał za wiedzą i z upoważnienia ministra Dorna, czy też dopuścił się samowoli?

 

Upoważnienie do podejmowania działań w zakresie udostępniania informacji publicznej powinno obejmować również umocowanie prawne do wydawania decyzji administracyjnych w tym zakresie. Na wypadek, gdyby zaszły okoliczności uzasadniające odmowę udzielenia jakiejś informacji.

Czy rzecznik prasowy MSWiA posiadał takie umocowanie prawne, tego pełnomocnik ministra w trakcie rozprawy w sądzie administracyjnym nie potrafił wyjaśnić.

 

Jest też pytanie o motywy tak desperackich uników przed ujawnieniem tożsamości Lidii Ostrowskiej. Czy ten opór to tylko przejaw nawyku urzędników do utajniania wszystkiego, co tylko się da? Czy też kryje się za tym coś jeszcze?

 

Zgodnie z regułami, gdyby wicepremier Dorn od razu potwierdził tożsamość swojego podwładnego i jednocześnie posiadł wiedzę o jego uczynkach z niedalekiej przeszłości, byłby zobowiązany do podjęcia stosownych kroków. Przede wszystkim do wszczęcia, co najmniej, postępowania wyjaśniającego.

 

W tej chwili taki obowiązek ciąży nań w jeszcze większym stopniu. Ale ponadto zachowanie rzecznika prasowego nakłada na ministra dodatkowy obowiązek kolejnego postępowania wyjaśniającego. W szczególności w zakresie przekroczenia uprawnień i niedopełnienia obowiązku przekazania sprawy według właściwości.

 

Nie tylko zresztą, bowiem w związku z udokumentowaną bezczynnością organu, za co - najprawdopodobniej – odpowiada Tomasz Skłodowski, wicepremier Dorn winien wszcząć postępowanie dyscyplinarne.

 

Pojawiły się też kolejne pytania odnośnie Lidii Ostrowskiej. Mianowicie, w jaki sposób trafiła do MSWiA po zakończeniu misji dyrektora generalnego w UTK?

Kto, kiedy i w jaki sposób ją zatrudnił, kto i kiedy powierzył stanowisko „p.o.” zastępcy dyrektora departamentu, pomijając obowiązujące przepisy o konkursach przy obsadzaniu takich stanowisk?

 

W opisanej wcześniej historii z nielegalnym zatrudnieniem w UTK, potem „legalizowaniem” tego zatrudnienia, a także zagadkowo przeprowadzonego konkursu z „zalegalizowanym” kandydatem w roli głównej, Lidia Ostrowska występuje w pierwszym planie. Jednakże w miarę drążenia tematu krąg urzędniczy się poszerzał. Również i o inne instytucje.

 

Jak będzie w przypadku historii zatrudnienia Lidii Ostrowskiej w MSWiA, okaże się za jakiś czas, ponieważ kolejny zestaw pytań skierowany został do wicepremiera Ludwika Dorna. Niewykluczone, że i tym razem może się pojawić konieczność szukania wsparcia w sądzie administracyjnym.

 

Podobnie, jak będzie zapewne z milczącym od kilku miesięcy prezesem Urzędu Transportu Kolejowego w kwestii odpowiedzi na krytykę prasową. Przed kilkoma miesiącami prezes UTK otrzymał od redakcji Magazynu Kontrateksty artykuł „My czyści, my przejrzyści”, z powołaniem się na prawo prasowe, co obliguje organ do odniesienia się do treści materiału prasowego.

 

Prezes nadal milczy jak głaz. Czyżby wiedza o własnym urzędzie zadziałała paraliżująco? To musiałoby być zaraźliwe, ponieważ organ nadzoru, Ministerstwo Transportu również oniemiało w tej materii.

 

A może chodzi o to, że – jak z nieoficjalnych źródeł dowiedziała się redakcja – Lidia Ostrowska szykuje się do powrotu do UTK na stanowisko…dyrektora generalnego?

 

Byłoby to niezwykle interesujące. Szczególnie wobec perspektywy spotkania się przed sądem administracyjnym w związku z bezprawnym milczeniem organu wobec krytyki prasowej.

 

Biorąc pod uwagę powyższe perypetie z uzyskaniem kilku prostych informacji, z Ludwikiem Dornem w jednej z głównych ról, jego obecna filozofia „jednego okienka” jawi się niczym dowcip.

 

Z tym, że mało zabawny.

 

 
2006-12-24 12:59
 Oceń wpis
   

Spory o miejsce dla Kazimierza Marcinkiewicza nie milkną. Są głosy za, a nawet przeciw. Dotąd przewijały się głównie dwa wątki – doświadczenie w instytucjach finansowych i zdolności menadżerskie. Niedawno pojawił się wątek kolejny. Autorstwa posła Wierzejskiego. Wynika z jego wypowiedzi, że Marcinkiewicz stoi u progu nędzy, a może i nawet śmierci głodowej.

 

Czy argumenty posła Wierzejskiego miały być za usadowieniem Marcinkiewicza w fotelu prezesa PKO, to już tylko poseł chyba jedynie wie. Wydźwięk tej argumentacji bardziej przypomina fragment kabaretowego skeczu. Może więc występ posła Wierzejskiego nie jest za, ale raczej przeciw, bo kpiną trąci.

 

Mniejsza o sytuację materialną byłego premiera i komisarza stolicy. Jeśli po dwóch tygodniach bezrobocia zagląda mu w oczy głód, to umiejętności w gospodarowaniu własnymi środkami wydają się niespecjalnie wysokie. Jak wyglądałoby gospodarowanie finansami milionów klientów banku, lepiej nie myśleć.

 

Uposażenie na dwóch, bynajmniej nie poślednich stanowiskach w państwie, pozwala chyba na jakie takie wiązanie końca z końcem? Bo jeśli jest tak, jak poseł Wierzejski opowiada, to mniej więcej milion bezrobotnych dawno już należałoby wykreślić ze statystyk. Z powodu zejścia z głodu. Znaczy, statystyki kłamią, czy poseł Wierzejski dowcipy opowiada?

 

Show wokół bezrobotnego Marcinkiewicza, najpierw lekko śmieszny, teraz zaczyna być - delikatnie rzecz ujmując – żenujący.

 

Co do wątku doświadczenia w instytucjach finansowych, wypowiadają się fachowcy w tej dziedzinie. Wypowiadają się wystarczająco jasno i szkoda czasu na komentarze.

 

Drugi wątek – doświadczenie menadżerskie – też ma posmak kiepskiego żartu. Poprzedni system opierał się głównie na takich właśnie argumentach i sposobie obsadzania stanowisk. Każdy nadawał się do wszystkiego, pod warunkiem, że był „słusznym” kandydatem. Mógł być i ministrem budownictwa, i żeglugi, i zdrowia. Od gospodarki do kultury. Uniwersalizm programowy.

 

Tyle, że bardzo szybko się potwierdzała znana prawda. Jak się ktoś zna na wszystkim, to nie zna się na niczym.

 

Bardzo rzadko się zdarza, niestety, by w instytucjach państwowych stanowiska szefów obsadzane były osobowościami o autentycznych umiejętnościach. W gruncie rzeczy zarządzanie państwowymi podmiotami można powierzyć komukolwiek. Może to być prowincjonalny komik, może też znany z reklamy świstak. Niech tam sobie zawija te sreberka. Robotę za niego i tak wykonywać będą sztaby ludzi.

 

W tym sensie Kazimierz Marcinkiewicz – z całą rzeszą podobnych fachowców - rzeczywiście nadaje się na każde stanowisko i w każdym czasie. Poza czasem fachowców, profesjonalistów. Ale na ten czas – jeśli chodzi o struktury państwa – przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać. Na razie mamy czas świstaków.

 

Wybitny menadżer, któremu głód w oczy zagląda, więc trzeba pochylić się nad nieszczęściem człowieka. Nie tylko dla jego dobra, ale dla dobra całego kraju, dla dobra wspólnego, publicznego przede wszystkim.

 

Zdolności swoje przez ponad rok Kazimierz Marcinkiewicz prezentował stale i wciąż, więc wątpliwości nikt mieć nie powinien. Głównie te prezentacje w mediach się odbywały. Bo jak się tak przyjrzeć wnikliwiej, to poza nieustającym show, dojrzeć da się jedynie reżyserów, scenografów i wizażystów. Trudno jakoś się doszukać choćby jednej sprawy poprowadzonej przez byłego premiera od początku do końca. Końcówek, owszem, trochę się nazbierało. Od otwierania fragmentów autostrad po znane „yes, yes, yes”. Wieńczące dzieło cudzych początków.

 

A co do wątku menadżersko-głodującego, można wspomnieć choćby jeden sukces. Niedawno ukazał się artykuł „Układy słuszne i niesłuszne” – dostępny w sieci, z Kazimierzem Marcinkiewiczem w jednej z głównych ról. Opisano tam okoliczności powołania przez Kazimierza Marcinkiewicza, wówczas jeszcze premiera, prezesa Urzędu Patentowego Rzeczypospolitej Polskiej. Powołania po interesująco przeprowadzonym konkursie na to stanowisko.

 

Ani Marcinkiewiczowi, ani jego koledze z rządu, Woźniakowi zupełnie nie przeszkadzało w powołaniu to, że przeciw nominowanemu prezesowi zapadł wyrok w sądzie pracy o to, że bezprawnie prezes Alicja Adamczak pozbawiła pracy jednego z dyrektorów urzędu.

Mimo oceny w uzasadnieniu wyroku, który w normalnym państwie demokratycznym spowodowałby usunięcie Alicji Adamczak raz na zawsze ze służby publicznej.

 

Wraz z jej świtą – kierownictwem urzędu. Nie mówiąc już o wymowie wyroku w stosunku do osoby tak zwanego zaufania publicznego.

 

Jakoś też Marcinkiewiczowi, z widmem głodu i nędzy obecnie, nie przeszkadzało wówczas, że bezprawnie – niby w majestacie prawa i za aprobatą premiera – faworyta premierów Millera i Belki – pozbawia pracy i podstaw egzystencji innego człowieka. Dla własnej fantazji. Choć może nie tylko o fantazję tu chodziło.

 

Ale cóż, menadżer doskonały nie może się zajmować jakimiś tam drobiazgami. Ma wszak cele nadrzędne, cele świetlane i ponad przyziemności. Konstrukcję sprawnego, uczciwego państwa.

 

A jak się nie da państwa, to chociaż miasta. Nie wyjdzie z miastem, no to może być bank. Może też być rafineria, może jeszcze coś innego? Byle nie umrzeć z głodu i choć przez kilka miesięcy – jak perorował poseł Wierzejski – poodpoczywać w fotelu z niewyobrażalną dla przeciętnego obywatela pensją.

 

A jak nie wyjdzie i to? Oj, byłoby fatalnie. Dla kraju głównie. Może więc już założyć jakąś fundacje wsparcia na rzecz głodującego prominenta? Przecież nie wróci do siebie, na belfrowską pensyjkę. To uwłaczałoby majestatowi państwa – jak dowodził poseł Wierzejski.

 

Zatem, do dzieła obywatele, zbiórka na tacę, by nam się skarby narodowe nie zaprzepaszczały. Po złociszu rzućmy, niewielki wysiłek, a jaki zysk dla potomnych.

 

Bezrobotny – z poręki Marcinkiewicza wrzucony dyrektor - też się dołoży do puli. Kredytu, rzecz jasna, nigdzie nie dostanie, ale może uda się gdzieś pożyczyć na tak zbożny cel..

 

Witold Filipowicz

Warszawa, 23 grudnia 2006 r.

mifin@wp.pl

 

 
2006-12-23 10:00
 Oceń wpis
   

Podobno Polska zajęła 25 miejsce w rankingu strategii lizbońskiej oceniającym konkurencyjność gospodarek. Ranking najwyraźniej nie uwzględniał wzrostu konkurencyjności w naszym kraju w ogóle. Nie tylko w gospodarce. W obszarach bezpieczeństwa wewnętrznego chyba znajdujemy się już gdzieś w czołówce. Ot, choćby CBŚ, CBA, ABW, nie wspominając o policji. Jeśli nawet nie liczbą służb bezpieczeństwa imponujemy, to przynajmniej stylem działania. Konkurencyjnym.

 

Podano właśnie informację, jak to CBA po wzorowo wykonanej akcji zatrzymała policjanta, uwikłanego rzekomo w mafijne powiązania. Brawo. Nareszcie zaistnienie i od razu sukces tej elitarnej spec-grupy. Może nie na miarę europejską na razie, raczej tak na miarę średniego sołectwa, ale zawsze jakiś jest.

 

Kłopot w tym, że ów delikwent był pod obserwacją własnych kolegów policjantów, którzy sposobili się do przyskrzynienia ptaszka. Do spółki zresztą z CBŚ. Można się spodziewać dalszych osiągnięć na tym polu.

 

Obywatel się cieszy, bo im większa konkurencja w branży, tym obywatel ma lepiej. No, może niekoniecznie akurat w tym przypadku. Zwiększająca się liczba struktur od pościgów może i byłaby pożądana, gdyby za tym szła zwiększająca się liczba pochwyconych przestępców.

 

Tymczasem wygląda na to, że liczba przestępców pozostaje constans, tylko łowców przybywa. Siłą rzeczy, by uzasadnić potrzebę swego istnienia, poszczególne drużyny łowieckie wzajemnie będą sobie podbierać trofea. Nasilenie konkurencji będzie wymagało doskonalenia metod podbierania innym drużynom obiektów ich zainteresowań.

 

Jak wiadomo, praktyka czyni mistrza. Może wkrótce dojść do tego, że nie będzie komu co podbierać. A istnieć trzeba, więc tę potrzebę należy wciąż udowadniać. Co wówczas?

 

Pól biedy, gdy drużyny łowców zaczną polować same na siebie. Może być co najwyżej śmiesznie. Ale i tu możliwości są ograniczone, a wykazywać się sukcesami mus, bo rozwiążą.

 

Gdy już większość drużyn dojdzie do perfekcji w ochranianiu swoich przestępców przed zakusami konkurencji, pozostanie jedynie zwiększenie pola eksploatacji. Ściganie co cwańszych rzezimieszków w grę już wchodzić raczej nie będzie.

 

Inne cele wykształcą w działaniach inne metody i zdolności i złapać będą mogły drużyny co najwyżej grypę. Pozostanie więc tylko obszar zaludniony osobnikami nienawykłymi do gry w chowanego i tu otwiera się kawałek pola do popisu.

 

Wprawdzie czterdziestomilionowy kraj to nie jakieś chińskie imperium, ale na pewien czas wystarczy. Każdy z nas ma szansę się załapać i poprawiać statystyki tej czy innej drużyny łowców. Nagród chyba nie będzie, ale satysfakcja w uczestniczeniu poprawiania bezpieczeństwa na pewno.

 

Niektóre media mogą być sfrustrowane, bo znajdą się poza polem zainteresowań drużyn. Ale ktoś przecież te sukcesy musi ogłaszać i wykresy ze statystykami prezentować.

 

Witold Filipowicz

Warszawa

mifin@poczta.onet.pl

 
2006-12-07 07:17
 Oceń wpis
   

Minister Zdrowia odwołał ze stanowiska Głównego Inspektora Farmaceutycznego w związku z tragiczną w skutkach zamianą leków w Jelfie. Słusznie. Za niewydolność i uchybienia urzędu nadzorującego odpowiada szef instytucji. A kto odpowiada za powołanie takiego szefa? Zwłaszcza, gdy ów szef i jego prawa ręka – dyrektor generalny – udowodnili brak znajomości arytmetyki na poziomie szkoły podstawowej?

 

W lutym tego roku Szef Służby Cywilnej ogłosił konkurs na stanowisko dyrektora Biura Administracyjno-Budżetowego w Głównym Inspektoracie Farmaceutycznym – Konkurs K/9/06.

 

Do konkursu zgłosiło się siedem osób. Procedura konkursowa rozpoczęła się dopiero po kilku miesiącach, w połowie maja. Jeden z kandydatów, łącznie z powiadomieniem o terminie pierwszej części konkursu, otrzymał też żądanie uzupełnienia dokumentów. Chodziło o jednoznaczne – jak to stwierdzono w wezwaniu – udokumentowanie wymaganej liczby lat doświadczenia na stanowiskach kierowniczych.

 

Problemem dla komisji konkursowej okazał się fakt, że dokumentacja doświadczenia kierowniczego znajdowała się w trzech dołączonych dokumentach, które trzeba było poskładać i odczytywać łącznie, a ponadto wymagało to zastosowania działań arytmetycznych.

 

Nie wzruszała komisji zawarta w dokumentacji wyraźna informacja, że te same dokumenty składane były w USC, w związku z innymi konkursami o podobnych wymogach i wówczas inne komisje nie miały specjalnego kłopotu z dodawaniem. Mało tego, jeden z konkursów na bliźniacze stanowisko w innym urzędzie kandydat nawet wygrał. Wszystko to dla obecnej komisji nie miało żadnego znaczenia.

 

Został więc wysłany kolejny, czwarty dokument. Nic z niego więcej w praktyce nie wynikało ponad to, co było zawarte w komplecie aplikacji. Po kilku dniach kandydat udał się do Urzędu Służby Cywilnej, by wziąć udział w pierwszym etapie konkursu.

 

Na miejscu okazało się, że przewodniczący komisji nie ma pojęcia, czy ów czwarty dokument dotarł czy nie, a zainteresowanie tematem okazał dopiero po podpisaniu listy przez kandydatów i tuż przed rozdaniem zadań konkursowych. Komisja najwyraźniej również nie miała pojęcia, co się dzieje, ale z uporem uznawała, że aplikacja złożona w pierwszym terminie jest niewystarczająca.

 

Po godzinnych poszukiwaniach korespondencji na terenie urzędu przewodniczący komisji – specjalista w USC, Jacek Krawczyk – oświadczył w obecności zespołu konkursowego, że kandydat nie zostanie dopuszczony do konkursu, bo poczta nie dotarła, a sam dowód nadania to za mało. Pozostałych pięciu wybitnych fachowców od weryfikacji wiedzy i umiejętności kandydatów na dyrektorów departamentów, z powagą kiwało głowami.

 

Jednym z całej serii ciekawych aspektów tego konkursu jest to, że aby kogoś do konkursu nie dopuścić, komisja musi podjąć taką uchwałę i ta uchwała musi być doręczona kandydatowi. Tak wynika z przepisów rozporządzenia o przeprowadzaniu konkursów.

 

Innym jeszcze aspektem, o czym już w rozporządzeniu nic nie ma, ale niewątpliwie ma zastosowanie, jest sposób dalszego postępowania według reguł prawa administracyjnego, które w ogóle nie zostało wzięte pod uwagę.

 

Jest bowiem znacznie ważniejsza strona tej części procedury. Otóż uchwała o niedopuszczeniu do udziału w konkursie jest niczym innym, jak rozstrzygnięciem o prawach i obowiązkach w sprawie indywidualnej, kierowanym na zewnątrz administracji. Definicja, wypisz wymaluj, decyzji administracyjnej.

 

Jak każda decyzja administracyjna, tak i ta podlegać winna określonej procedurze, o czym szczegółowo traktuje kodeks postępowania administracyjnego. Ale też i przepisy samego rozporządzenia w tym konkretnym przypadku, w sposób jednoznaczny, poszły do kąta.

 

Komisja po prostu ustaliła w tym zakresie własne zasady i zadecydowała „nie, bo nie” i sprawę zamknęła. Kandydat za drzwi, a konkurs potoczył się swoim trybem.

 

Jeszcze tego samego dnia, pocztą elektroniczną, został wysłany przez odrzuconego kandydata protest do Szefa Służby Cywilnej. Bez żadnego odzewu. Po kilku dniach kandydat otrzymał zawiadomienie od przewodniczącego komisji o niedopuszczeniu do udziału w konkursie.

 

Tyle, że sądząc z dat – co zostało zresztą stwierdzone empirycznie – uchwała w tej sprawie wydana została później, niż faktyczne niedopuszczenie do konkursu. Ponowne odwołanie – tym razem z zastosowaniem art. 127 § 3 Kpa w związku z wcześniejszym protestem, de facto odwołaniem – również pozostało bez odpowiedzi.

 

Dopiero zażądanie podania składu personalnego zespołu konkursowego wraz z funkcjami wówczas pełnionymi – ponowione zresztą z zagrożeniem wniesienia skargi administracyjnej na bezczynność organu – obudziło USC z letargu.

 

Różne mądrości, jakie w nadesłanej odpowiedzi nawpisywał, w imieniu ministra Jana Pastwy, naczelnik w USC, Wojciech Zawadzki, będą przedmiotem rozważań na innych szczeblach i w innym trybie. Tu chodziło o tę suchą informację dotyczącą składu zespołu konkursowego.

 

A w świetle równolegle rozgrywających się wydarzeń, w tym z Jelfą i rolą w sprawie Głównego Inspektora Farmaceutycznego, ten skład był istotnie interesujący. I tak:

 

- Jacek Krawczyk – Przewodniczący, specjalista w Departamencie Rekrutacji i Selekcji w Urzędzie Służby Cywilnej;

 

- Helena Feliksiak – Wiceprzewodnicząca, Dyrektor Generalny Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego;

 

- Maria Dąbkowska – Dyrektor Biura Obsługi Urzędu w Głównym Urzędzie Nadzoru Budowlanego;

 

- Elżbieta Jazgarska – Dyrektor Departamentu Budżetu, Finansów i Inwestycji w Ministerstwie Zdrowia;

 

- Justyna Morek – główny specjalista w Departamencie Zarządzania Kadrami w Urzędzie Służby Cywilnej;

 

- Zbigniew Niewójt – Dyrektor Departamentu Nadzoru w Głównym Inspektoracie Farmaceutycznym.

 

Konkurs, jak na zwyczaje panujące w USC, przebiegł nad wyraz sprawnie i szybko. Od pierwszego etapu do podjęcia uchwały o rozstrzygnięciu konkursu nie upłynął nawet pełny miesiąc. Już 26 czerwca komisja uznała, że …nikt z kandydatów nie nadaje się na stanowisko dyrektora. Czyli skończyło się na niczym.

 

Podobnie, jak konkurs na to samo stanowisko kilka miesięcy wcześniej. Przy czym w tamtym konkursie też jednego z kandydatów nie dopuszczono do udziału. Z jakiego powodu, nie wiadomo, ale sądząc po stylu działania komisji w obecnym konkursie, wszystkiego można się spodziewać.

 

Po otrzymaniu treści uchwały, kandydat niedopuszczony do udziału złożył odwołanie od wyników konkursu. Z uzasadnieniem dokładnie takim samym, jak miesiąc wcześniej i później powtórzonym.

 

Szef Służby Cywilnej, jak zwykle, niespecjalnie się przejął obowiązującymi go przepisami i trzeba było znów zagrozić skargą administracyjną, by był łaskaw wydusić z siebie decyzję. Jej treść stanowi jednoznaczną ocenę kwalifikacji całej komisji:

 

„(…) Oznacza to, że zarówno uchwała zespołu konkursowego z dnia 30 maja 2006 r. - wzywająca Pana do uzupełnienia dokumentów, jak również uchwała z 9 czerwca 2006 r. – odmawiająca dopuszczenia Pana do udziału w konkursie na stanowisko dyrektora Biura Administracyjno-Budżetowego w Głównym Inspektoracie Farmaceutycznym, zostały podjęte z naruszeniem przepisów regulujących zasady dopuszczenia kandydatów do konkursu na wyższe stanowiska w służbie cywilnej. (…) Opisane uchybienia (…) uzasadnia zarządzenie przeprowadzenia ponownego konkursu(…)”. [1]

 

Minister Jan Pastwa, mimo opisu szeregu uchybień w działaniach własnej komisji, zastąpił eufemizmem cały ciąg naruszeń prawa, jakich dopuściła się w tamtej procedurze. To jednak będzie przedmiotem innego postępowania.

 

Zapowiadane w decyzji ponowne przeprowadzenie konkursu, oczywiście, nigdy nie nastąpiło. Szef S.C. zwlekał dotąd, aż 27 października weszły w życie nowe przepisy – o Państwowym Zasobie Kadrowym - uchylające wszelkie konkursy.

 

Równolegle z tym konkursem odbywał się inny konkurs. Na stanowisko prezesa Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego. Ówczesna prezes, Dorota Duliban, była już praktycznie na wylocie, do konkursu więc się nie zgłosiła. Zgłosili się inni, a w tym, m.in. zastępca prezesa Zofia Ulz i znajomy z konkursu opisanego wyżej, Zbigniew Niewójt, Dyrektor Departamentu Nadzoru.

 

Z doniesień medialnych wynika, że sprawa Jelfy i zabójczej pomyłki z lekami już wówczas znana była w GIF, ale – wedle słów Ministra Zdrowia Zbigniewa Religi – nie dotarła do ministerstwa na skutek zaniedbań ze strony kierownictwa GIF. Późniejsze wypadki były już tylko dalszym ciągiem i ujrzały światło dzienne po prasowych doniesieniach.

 

Można się zastanawiać, na ile wewnętrzna konkurencja dwojga wysokich urzędników GIF mogła mieć wpływ na, z jednej strony, wykonywanie obowiązków nieadekwatnie do sytuacji z zagrożeniem dla życia wielu osób, a z drugiej strony, na tak niefortunny w finale udział w zespole konkursowym w USC.

 

Ciekawi też i taki fakt, dlaczego pracownik GIF, Maria Tabor, która po unieważnieniu konkursu objęła stanowisko „p.o.” dyrektora, do konkursu na to stanowisko nie przystąpiła? Czyżby miała wiedzę, do czego ten konkurs zmierza? Kolejny konkurs, w identyczny sposób zakończony?

 

Z tym, że w komisji konkursowej w USC nie było Zofii Ulz, za to była dyrektor generalna GIF, Helena Feliksiak. Odpowiedzialna za kwalifikacje i właściwe wykonywanie obowiązków służbowych wszystkich zatrudnionych w Głównym Inspektoracie Farmaceutycznym. W tym i za kwalifikacje i wykonywanie obowiązków przez Zbigniewa Niewójta, Dyrektora Departamentu Nadzoru.

 

Na czym polegał ten nadzór? Dobre pytanie.

 

 

Konkurs na prezesa GIF, zorganizowanym i przeprowadzonym w Ministerstwie Zdrowia, zakończył się wskazaniem jako najlepszego kandydata Zbigniewa Niewójta. Zastępca prezesa, Zofia Ulz musiała się zadowolić nadal pełnieniem funkcji zastępcy.

 

Okazało się jednak, że nie trwało to długo. Sprawa Jelfy wypłynęła do wiadomości publicznej i Zbigniew Religa, chciał nie chciał, odwołał niedawnego faworyta. Tym samym niedawni kontrkandydaci w konkursie w pewnym sensie zamienili się miejscami. W pewnym sensie, bo gdzie się podział odwołany prezes, na razie nie wiadomo.

 

Co będzie dalej, czas pokaże, bo pojawiające się wieści zdają się wskazywać na znacznie tragiczniejsze skutki, niż tylko zatrzymanie produkcji i trochę strachu. Minister Zdrowia spać raczej spokojnie jeszcze nie może.

 

Niektórzy inni również. Tak przeprowadzony konkurs, jak to wyżej opisano, z całym szeregiem nieprawidłowości i bezspornego łamania prawa, z finałem już znanym, kwalifikuje się do dalszego rozpoznania.

 

Na podstawie szczegółów, z których tu jedynie kilka przytoczono, wynika niezbicie, że nie wchodzi w grę popełnienie pomyłki. Rysują się zatem tylko dwie możliwości. Albo cały skład komisji konkursowej wykazał się niewyobrażalną wręcz niewydolnością intelektualną, albo też mamy do czynienia z działaniem celowym. Ale to już się ociera o art. 231 kodeksu karnego.

 

Motywy faktyczne będą zapewne wyjaśniane w procesie sądowym. Zespół konkursowy, a ściślej Jan Pastwa, jako wówczas Szef Służby Cywilnej, odpowiada za niezgodne z prawem działania funkcjonariuszy publicznych, którym powierzył wykonywanie obowiązków. Szkoda wyrządzona osobie bezprawnie niedopuszczonej do konkursu jest ewidentna.

 

W świetle ociągania się Szefa S.C. z powtórzeniem konkursu i zmianą przepisów, ta szkoda jest praktycznie nie do naprawienia. Stąd zastosowanie przepisów o odpowiedzialności za wyrządzoną szkodę na podstawie art. 417 kodeksu cywilnego w związku z art. 77 ust. 1 Konstytucji, wydaje się w pełni uzasadnione.

 

Panu Ministrowi Zdrowia wypada zaś jedynie poddać pod rozwagę bardziej wnikliwą weryfikację pracowników wysokich szczebli w resorcie zdrowia, bo jeszcze niejeden kwiatek może na tej łące zakwitnąć.

 

W konkursie z tak kompromitującym finałem główne role odgrywali wszak najwyżsi urzędnicy resortu. Z GIF – Zbigniew Niewójt i Helena Feliksiak, a z Ministerstwa Zdrowia Elżbieta Jazgarska.

 

Niewykluczone, że Ministra Zbigniewa Religę wyręczy prokuratura w niektórych weryfikacjach.

 

Twórcom ustawy o Państwowym Zasobie Kadrowym też warto polecić chwilę zadumy nad skutkami wdrażania w życie swoich pomysłów. Opisany tu został, nie pierwszy i nie ostatni, przykład jakości tego Zasobu Kadrowego, do którego automatycznie zaliczono parę tysięcy osób. Poziom kwalifikacji autorzy ustawy sami mogą ocenić. Tak komisji konkursowych, jak i wskazywanych przez nie kandydatów.

 

W przewidywanym postępowaniu przed sądem pracy przeciw Szefowi Służby Cywilnej, a de facto, po zmianie przepisów, z jego następcą prawnym, Prezesem Rady Ministrów, może dojść do ciekawej ekwilibrystyki. [2]

 

Mianowicie zespół konkursowy ma przed sobą do dyspozycji dwie możliwości: albo działał w stanie wyłączającym poczytalność, albo świadomie bezprawnie storpedował kandydaturę, a cały konkurs był grą pozorów.

 

Ta druga możliwość ocierałaby się o zachowania korupcyjne, a co najmniej nadużycie stanowiska służbowego i niedopełnienie obowiązków, czyli działanie na szkodę interesu publicznego i prywatnego.

 

Którą z tych możliwości, jeśli się nie straciło instynktu samozachowawczego, będą wybierać pozwani?

 

Dla wielbicieli twórczości Orwella bądź Kafki, może się zarysowywać interesujący scenariusz, jak to pozwany udowadniał będzie z zapałem, że miał trudne dzieciństwo i pod górkę do szkoły.

 

Witold Filipowicz

Warszawa, listopad 2006 r.

mifin@wp.pl



[1] Pismo S.C.-414-20-4/06/WLP z dnia 30 sierpnia 2006 r.

[2] Rozprawa w Sądzie Rejonowym dla Warszawy-Śródmieście, VIII Wydział Pracy i Ubezpieczeń Społecznych – sygn. akt VIII P 1710 – wyznaczone na dzień 13 grudnia 2006 r., o godz. 15:00, sala A55

 
2006-12-06 01:13
 Oceń wpis
   

Według nieoficjalnych jeszcze wieści, pośrednio jedynie potwierdzanych, szykuje się nam w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji projekt rozebrania każdego obywatela RP na czynniki pierwsze. Zamiar stworzenia potężnej bazy danych o każdym z nas nie tylko zastanawia. Potrafi wręcz porazić. Zwłaszcza, jeśli wziąć pod uwagę zakres gromadzonych danych i przede wszystkim potencjalnych dysponentów tej wiedzy.

 

W najnowszym wydaniu tygodnika Wprost (Nr 1234) ukazał się artykuł „Widzą nas!”, w którym opisywany jest ów kolejny genialny pomysł, mający na celu – a jakże – czynienie dobrze obywatelowi, czyli całej najnowszej RP. Ta świeżutka wersja systemu PESEL nie będzie się już ograniczać do informacji podstawowych i niezbędnych.

 

Dla naszego dobra, dla dobra wspólnego planowane jest zbieranie o nas takich informacji, jak np. przebyte choroby, realizowane recepty, stan majątkowy i rodzinny, a być może i towarzyski. Nie wiadomo, co jeszcze, bo resort jest wyjątkowo wstrzemięźliwy w udzielaniu informacji na ten temat. Nie tylko zresztą na ten i nie tylko teraz.

 

Ta ciekawostka przyrodnicza jest swoistym kuriozum i z tego powodu, że – jak czytamy - najpierw ma powstać system i baza danych, czyli dokonany będzie wybór wykonawcy, a później dopiero dorobi się do tego przepisy. Wbrew pozorom, źródeł tego pomysłu nie trzeba się wcale doszukiwać w systemach państw totalitarnych, ponieważ prekursorem podobnych pomysłów jest amerykański system Echelon, który stworzono w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku i podobnie, jak obecny projekt resortu, również powstał pozaprawnie.

 

Niebezpieczeństwa związane z takim systemem zasygnalizowano we wspomnianym artykule. Począwszy od realnej możliwości wykradania danych. Nie można też wykluczyć handlu nimi, nie takie rzeczy już wyciekały z różnych resortów. Zwłaszcza, że system ów ma funkcjonować w oparciu o wymianę informacji pomiędzy różnymi instytucjami.

 

Po co faktycznie Państwu tak szeroka wiedza o każdym z nas, nie bardzo wiadomo. Wedle wypowiedzi rzecznika prasowego resortu, Tomasza Skłodowskiego, byłego dziennikarza od tropienia zła w administracji państwowej, owa wiedza ma służyć poprawie konkurencyjności polskich przedsiębiorstw oraz ułatwiać ma życie obywatelowi.

 

Jaki jest związek jednego z drugim, tego na razie też nie można się dowiedzieć, bo na stronach internetowych resortu nic na ten temat nie ma.

Robi się śmieszno, robi się straszno.

 

Dziesiątki urzędników, których poziom wiedzy, mentalność, sposoby rozumienia roli funkcjonariusza publicznego w wykonywaniu zadań państwa opisano w setkach artykułów, będzie miało dostęp do wiedzy o każdym z nas, łącznie z najintymniejszymi szczegółami życia prywatnego.

 

Co z ustawą o ochronie danych osobowych, która nakłada obowiązek uzyskania zgody na przetwarzanie danych ze sfery prywatności każdego obywatela? Co z konstytucyjna zasadą poszanowania prywatności? Wygląda na to, że zostaną zawieszone na kołku, a raczej powędrują do zamrażarki. Wyjmie się je po kolejnej zmianie władzy.

 

Już sam taki pomysł jest jednym z głównych filarów budowy państwa policyjnego. Jeszcze bardziej poraża świadomość, kto będzie miał dostęp do tej wiedzy i co z nią może zrobić. Nawet pomijając już możliwość kryminalnych zachowań, handlu danymi, szantażu. Choćby ze zwykłej głupoty, braku podstawowej wiedzy o zasadach demokratycznego państwa prawnego. Szczególnie wobec rozumienia prawa i swojej roli wedle schematu: to jest dobre i to jest prawne, co nam aktualnie odpowiada lub jest przydatne dla bieżących potrzeb urzędnika.

 

Przykładów takich jest tysiące. Sposoby wyjaśniania motywów swojego postępowania, sposoby rozumienia prawa wielokrotnie już były opisywane i jeżyły włos na głowie, gdy się słuchało światłych wywodów urzędników administracji publicznej. Tu akurat możemy wskazać kolejny kwiatuszek z tego samego ogródka, trzeba trafu, z rzecznikiem prasowym MSWiA w roli głównej.

 

Niedawno w artykule „My czyści, my przejrzyści” opisano sposób nielegalnego zatrudnienia osoby na stanowisko p.o. dyrektora w Urzędzie Transportu Kolejowego. Dokonał tego ówczesny dyrektor generalny UTK, Lidia Ostrowska. Osoba o tych samych personaliach, po utracie stanowiska w UTK, pojawiła się później – i jest nadal – na stanowisku p.o. zastępcy dyrektora jednego z departamentów właśnie w MSWiA.

 

Nielegalne zatrudnienie, o którym pisano, nosi cechy, co najmniej, kumoterstwa, więc wedle polskich standardów – w tym i tzw. Strategii Antykorupcyjnej, nomen omen, autorstwa resoru spraw wewnętrznych, można rozpatrywać ów przypadek jako przejaw działania wysokiego funkcjonariusza publicznego, noszącego cechy korupcji.

 

Próba ustalenia, czy ówczesny dyrektor generalny z UTK i obecna p.o. zastępcy dyrektora w MSWiA, Lidia Ostrowska, to ta sama osoba, napotkało poważne trudności.

 

Najpierw resort w ogóle przez ponad półtora miesiąca nie odpowiadał na pytania. Gdy wreszcie skierowane zostało pismo z zapowiedzią wniesienia skargi do sądu administracyjnego, resort dał głos. Osobliwie, piórem właśnie rzecznika prasowego, Tomasza Skłodowskiego, który pisze, m.in. tak:

 

„(…) Nadmieniam również, że MSWIA jako organ administracji publicznej może udzielić Panu informacji na temat obecnych obowiązków czy prac pani Lidii Ostrowskiej, natomiast zgodnie z ustawą o ochronie danych osobowych nie jest upoważniony do udostępniania informacji dotyczących jej przeszłości zawodowej i wcześniejszych miejsc pracy(…)”.[1]

 

Mamy tu kwintesencję sposobów rozumienia prawa przez urzędnika – wszak rzecznik prasowy, było nie było – pełniąc funkcję w administracji rządowej, ma status funkcjonariusza publicznego z wszelkimi z tego faktu wypływającymi obowiązkami.

 

Jakie wykształcenie i doświadczenie w administracji publicznej, poza stażem dziennikarskim, posiada Tomasz Skłodowski, nie wiadomo i w gruncie rzeczy nie ma to znaczenia. Jeżeli jednak są one zbliżone do prawa lub administracji, to mamy przedsmak tego, czego możemy się spodziewać w związku z owym systemem powszechnej inwigilacji.

 

Rzecznik prasowy, nie dość, że naruszył przepisy kilku ustaw, w tym o dostępie do informacji publicznej, o ochronie danych osobowych i kodeksie postępowania administracyjnego, nawypisywał stek bredni, to na dodatek przystroił się w cudze piórka.

 

Zgodnie z przepisami o dostępie do informacji publicznej, odmowa udzielenia takowej następuje w formie decyzji administracyjnej, w terminie maksimum 14 dni. Tu nie dość, że terminy zostały całkowicie zignorowane, to odmowa następuje w formie nieznanej przepisom prawa, a udziela tej odmowy osoba, której - najprawdopodobniej – umocowanie prawne do tego rodzaju działań nie przysługuje.

 

Spiętrzyło się w tej jednej sprawie znacznie więcej aspektów i ciekawostek, jak choćby brak zainteresowania przeszłością urzędnika, którego – być może niesłusznie – podejrzewa się o działania o charakterze korupcyjnym, a ucieczka od wyjaśnienia tylko te podejrzenia wzmaga. Czyni to osoba, która chwyciwszy się państwowego stanowiska, nagle zmienia swoje poglądy o sto osiemdziesiąt stopni.

 

Sprawą zajmie się sąd administracyjny, o czym czytelnicy będą informowani w stosownym czasie w miarę rozwoju sytuacji.[2]

 

Tacy właśnie urzędnicy mają zarządzać informacją o każdym z nas w zakresie niespotykanym, łącznie z historią naszych pozamałżeńskich wyskoków czy seksualnych orientacji.

 

W jakim celu ta wiedza ma być gromadzona, nie wiadomo, bo wypowiedzi rzecznika prasowego już nawet gimnazjalisty nie potrafią rozśmieszyć.

 

Jakoś trudno doszukać się związku pomiędzy przebytym przez obywatela syfilisem, a wzrostem konkurencyjności polskich przedsiębiorstw.

 

Witold Filipowicz

Warszawa, 1 sierpnia 2006 r.

mifin@wp.pl



[1] Pismo rzecznika prasowego MSWiA, wysłane e-mailem 31 lipca 2006 r.

[2] Rozprawa wyznaczona na 15 grudnia 2006 r. o godz. 9:00,  w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym w Warszawie, sygnatura akt II SAB/Wa 150/06

 
2006-12-04 20:38
 Oceń wpis
   

Nie mają coś szczęścia obecni włodarze RP do obsadzania stanowisk. Najpierw przymusowa, jak twierdzą, koalicja z kodeksem karnym w tle. Potem z tym samym kodeksem w tle konstrukcja rządowego gabinetu, a dalej to już nieomal norma – co mianowanie, to paragrafy dźwięczeć poczynają. Oj, nie mają szczęścia władze. Czy tylko o szczęście tu chodzi?

 

Jeszcze dwa, trzy miesiące wcześniej w głośnych krytykach opozycji dominowało odwoływanie się do wyborczych deklaracji obecnej władzy. Odnowy moralnej, uczciwego państwa, przejrzystości i niezłomnych zasad sprawiedliwości społecznej.

 

Jak pamiętamy, były też w tych deklaracjach sprawy rozliczeń, lustracji powszechnej, dekomunizacji i usuwania ze stanowisk państwowych wszystkich nominatów poprzedniego układu. Już nawet nie tylko członków poprzedniej opcji politycznej, ale też tych, którzy z woli i poręki tamtej opcji poobsadzani byli na setkach wysokich stanowisk.

 

O tych deklaracjach część opozycji, ze zrozumiałych względów, na ogół nie przypomina. Natomiast tematem dyżurnym, z upodobaniem podnoszonym przez wszystkich zawsze i wszędzie, jest walka z korupcją. To temat, wbrew pozorom, bezpieczny i wdzięczny. Dopóki pozostaje w deklaracjach. A od lat tam pozostaje, nie ma się co łudzić. W praktyce walka z korupcją sprowadza się do występów medialnych szeregu gwiazd specjalizujących się w opowiadaniach o korupcji. I nie zmieniają tego pojedyncze przypadki z lubością nagłaśniane, jako przykłady walk z patologiami. System pozostaje nietknięty.

 

Po zawiązaniu koalicji argumenty o naprawie państwa zaczęły cichnąć, tracąc sens. Po ustanowieniu nowego składu rządu z wicepremierami i resztą zmian kierownictw resortów, w ogóle prawie zeszły na margines. Nastał czas zmian dalszych i tu już zaczęło się robić jeśli nie groteskowo, to przynajmniej dziwnie. Co decyzja, to rwetes i sugestie zmierzające w stronę prokuratur.

 

O nowego prezesa PZU, J. Netzla, rwetes podniosła opozycja, choć tak naprawdę nikt nie potrafił nic konkretnego powiedzieć. Nawet zastrzeżenia sprowadzały się głównie do podważania kwalifikacji prezesa i nienaturalnej tajemniczości jego powołania.

 

Ale zaczepiona władza natychmiast sięgnęła po swoją tajną broń i wytoczyła działa ciężkiego kalibru. Też niespecjalnie przekonujące. Mało konkretne opowieści o lewych interesach, mało wiarygodne przypuszczenia czy tezy, tajemniczy świadkowie, co to wiedzą, a nawet powiedzą, tylko trzeba ich zapytać. Dlaczego od razu nie trafiła sprawa do prokuratury, nie wiadomo.

 

Być może, jak zwykle, gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Zapewne też o władzę, czyli również o pieniądze, a przy tym – z uwagi na specyficzny okres kolejnej kampanii wyborczej – być może też i o punkty w wyborach samorządowych. Każdej ze stron, żeby nie było wątpliwości. Postawa samej władzy też nie sprzyja normalizacji nastrojów.

 

Premier wciąż powtarza, że nie ma żadnych dowodów na potwierdzenie ciemnych sprawek prezesa, wiec czeka na dalsze informacje. Czołowi politycy stadnie robią okrągłe oczy, gdy zapytać, kto J. Netzla rekomendował na stanowisko prezesa, minister gospodarki przez tydzień również był tajemniczy i oszczędny w słowach.

 

A lud z buziami otwartymi patrzy i pyta, o co tu chodzi? Kto i w co tu gra? Przede wszystkim, po jakiego czorta obsadzać stanowiska ludźmi, którzy samą swoją osobą z miejsca wzbudzają kontrowersje i na dodatek tych kontrowersji najwyraźniej nie da się wyjaśnić tak od ręki. Nie trzeba być wróżką, by przewidzieć, że każda decyzja w sprawie PZU – na tle od blisko dwóch lat ujawnianych szczegółów prywatyzacji – odbierana będzie jako kolejny element gigantycznej afery. No i mamy, co mamy. Igrzyska.

 

Nie trzeba było długo czekać na kolejną rewelację, znów z prezesem w roli głównej, B. Marcem z PGNiG. Tym razem jednak przynajmniej pojawiły się konkretne zarzuty o niejasnych poczynaniach gospodarczo-finansowych z przeszłości. W tym wypadku jest też konkret w postaci podjętego śledztwa przeciwko prezesowi Bogusławowi Marcowi.

 

Co teraz zrobi premier, czy też będzie oczekiwał na jeszcze, zobaczymy. Nie czekał natomiast premier z odwoływaniem innych prezesów z innych spółek skarbu państwa. Powód? Na przykład utrata zaufania. I wystarczy.

Lud też oczekuje. Na kolejnego bohatera, którego namierzą przedstawiciele mediów zwalczających wszelkie zło w RP.

 

Właśnie rola mediów jest w tych wszystkich zawirowaniach intrygującą. Gdyby tak zapytać tropicieli zła o motywy wszczynania personalnych awantur – różnych mediów z różnymi preferencjami – niewątpliwie padałyby argumenty o interesie publicznym, dobru wspólnym, itd., itp. Nie może być inaczej, wszak dziennikarstwo to przede wszystkim misja społeczna. Tak przynajmniej wynika z prawa prasowego, różnych kart etyki dziennikarskiej i paru jeszcze kodeksów dobrych obyczajów.

Zrozumiałe dla obywatela? Jasne, że zrozumiałe.

 

Już trochę mniej zrozumiały staje się taki sposób wypełniania misji, gdy celem są wyłącznie stanowiska kierownicze w spółkach skarbu państwa. Znaczy tam, gdzie są konfitury. Tam, gdzie idzie gra o spore pieniądze. Inni prezesi tropicieli zła jakoś niespecjalnie interesują. Szczególnie ci z urzędów centralnej administracji rządowej. Za wyjątkiem agencji, gdzie też stoją konfitury, również unijne.

 

Niby logiczne. Władza w takich instytucjach, to pieniądze. Ponoć nasze, wspólne. Pieniądze zaś to władza. Ta już raczej nie jest wspólna. A władza, jak wiadomo, wpływa, daje i – co nie mniej istotne – może też odbierać. Stąd też szczególne zainteresowanie prezesami od dużej kasy zdaje się mieć wielopoziomowe uzasadnienia. Niekoniecznie to współgra z misją mediów, ale kto by tam się przejmował szczegółami.

 

Trochę też to odbiega od racjonalności, bowiem członkowie rad nadzorczych w spółkach skarbu państwa desygnowani są przez kierownictwa urzędów administracji rządowej. Głównie przez ministerstwa, ale i mają w tym swój wkład prezesi urzędów centralnych. Nie powinno więc być obojętne, kto tymi urzędami kieruje.

 

Tymczasem wygląda na to, że w tej materii zarówno sfera rządowa, jak i media tropiące zło przyjęły jednolity front nie dostrzegania tematu. Przy czym trudno ocenić na razie, czy chodzi o rzeczywistą niewiedzę i brak zainteresowania – w przypadku mediów, czy może wręcz przeciwnie. Czy milczenie nie stanowi zasłony, poza którą rozgrywają się zupełnie inne strategie, niż prezentowane publicznie?

 

Deklaracje przedwyborcze, z wiosny ubiegłego roku, o usuwaniu ze stanowisk ludzi z określonego kręgu władzy poprzedniej zdaje się pozostawać jedynie deklaracją. Szczególnie zabawnie brzmi w świetle tego niedawne oświadczenie jednego z wicepremierów. Publicznie zapowiedział wystąpienie z wnioskiem o delegalizację SLD. Przyczyną bezpośrednią była w tym przypadku wypowiedź konkretnej osoby z tej formacji.

 

Dlaczego więc jeden występ pojedynczego członka posłużył do formułowania wniosków o znaczeniu ogólnym? Sprowadził się ów wniosek do twierdzenia, iż cała formacja jest szkodliwą dla państwa strukturą, którą raz na zawsze należy usunąć z życia publicznego. A równolegle z ową deklaracją utrzymywani są na najwyższych stanowiskach nominaci z tejże właśnie organizacji.

 

Kto tu kogo próbuje wpuszczać w maliny? Bo na pewno nie wyborca sam siebie, ani też wybranych. Choćby z braku możliwości.

 

Kiedy jesienią 2001 roku premier L. Miller zorganizował już swój gabinet, zaraz przystąpiono do czyszczenia stanowisk z elementu niesłusznego, wymienianego na element słuszny. Znaczy, wedle ekipy premiera wymieniano miernotę na fachowców. A że na fachowców z równie słusznym rodowodem, to i cóż? W końcu większość swoją fachowość zdobywała w czasach jedynie słusznego systemu. Efekty tej wymiany niesłusznych niefachowców na słusznych fachowców szybko zaczęły być widoczne i z biegiem czasu poznajemy coraz więcej szczegółów fachowej działalności zmienników.

 

Jesienią 2005 roku nastąpiła kolejna zmiana warty i do władzy doszła opcja, której jednym z naczelnych haseł było właśnie oczyszczenie struktur państwa z elementu słusznego, który doprowadził stan państwa do kroczenia po równi pochyłej. Przy wnikliwej analizie można by pomyśleć, że w istocie była to jedynie kontynuacja.

 

Jak wygląda obecnie naprawa państwa, widzimy na co dzień. Bój o stołki, kasę, brudne chwyty, demagogia. A w tle spokojnie sobie sprawują władzę pupile poprzedników, których nie tylko nikt nie zamierza wymieniać, wbrew wcześniejszym deklaracjom. Przeciwnie, zdaje się nawet premiować poszczególne przypadki odpowiednimi profitami.

 

Gdyby rozpatrywać to w kategoriach ocen merytorycznej fachowości, to właściwie władzy obecnej nawet można byłoby poczytać za chwalebne wzniesienie się ponad podziały ideologiczne. Zwłaszcza mając na uwadze wyjątkowo krótką ławkę fachowych kadr. Jednakże trudno byłoby w ten sposób tłumaczyć pozostawianie na dziesiątkach wysokich stanowisk osób z poprzedniego namaszczenia, gdy wobec nich wysuwane są konkretne zastrzeżenia, zarzuty, a nawet zapadły prawomocne wyroki.

 

Wielokrotnie opisywani w szeregu publikacji, czy znajdujący swe miejsce w raportach bohaterowie niejasnych poczynań, spokojnie koegzystują z obecną władzą i włos im z głowy nie spada.

 

Mimo sukcesywnie przesyłanej do owej władzy informacji o konkretnych zdarzeniach, osobach i instytucjach, z dokumentowaniem spraw o wymowie nierzadko pachnącej kodeksem karnym. W związku z możliwością postawienia zarzutów o wykorzystywaniu stanowisk służbowych w celach niekoniecznie zgodnych z interesem państwa.

 

Wielokrotnie przewijają się takie informacje, które zdają się spełniać przesłanki rozpatrywania konkretnych zdarzeń w świetle przepisów kodeksu karnego, poczynając od art. 231.

 

Wystarczy tylko wskazać, tytułem przykładów, kilka urzędów centralnej administracji rządowej, o których pisano wielokrotnie, czy to w artykułach, czy w Raporcie „Służba cywilna III RP – zapomniany obszar” [1], prezentowanego w 2004 roku w ramach Programu Przeciw Korupcji.

 

Szefowie tych instytucji nie tylko byli rekomendowani przez poprzednią ekipę, ale też często mają swe życiorysy zakorzenione głęboko w bezpośredniej działalności funkcyjnej struktur jedynie słusznej partii sprzed 1989 roku. I nie chodzi tu o sam fakt przynależności czy życiorysy jako takie, ale o postępowanie tu i teraz w taki sposób, jak opisane we wspomnianych publikacjach.

 

- Prezes Głównego Urzędu Geodezji i Kartografii, Jerzy Albin – wraz ze swoimi współpracownikami, bohater Raportu z opisem sposobu postępowania w kwestii zatrudniania pod rządami przepisów ustawy o służbie cywilnej. Zaproszony przed oblicze sądu administracyjnego, wobec odmowy wyjaśnienia wątpliwości i udzielenia informacji, pokarany został dolegliwością w postaci nakazu udzielenia pełnej informacji i ukaraniu zwrotem kosztów sądowych w wysokości….pięciu złotych.

 

- Kuratorium Oświaty w Warszawie – Zarówno ówczesny Wojewoda Mazowiecki oraz Kurator Oświaty w Warszawie przeszli już do historii. Natomiast inni opisani w Raporcie urzędnicy, na szczeblach dyrektorów w Kuratorium, nadal pełnią swoje funkcje i nikomu to nie przeszkadza. A sprawa jest dość interesująca i z tego względu, że po przetoczeniu się przez wiele urzędów, stanęła też na forum Senatu. Potem trafiła do kancelarii ówczesnego premiera Nie jest więc jakimś nieznanym zdarzeniem. Zwłaszcza dla szefa Służby Cywilnej w związku ze swoim show w Senacie w tej sprawie. Bardziej szczegółowo historia ta opisana jest w artykule „Przekrzywiona opaska Temidy”

 

- Główny Inspektor Transportu Drogowego, Seweryn Karczmarek – również bohater wzmianki w Raporcie, ale wraz z podległymi pracownikami wysokiego szczebla opisany bardziej szczegółowo w artykule „Paragrafy i kaptury”. Tekst ów posłużył za podstawę do wystąpienia przez jednego z obruszonych urzędników z prywatnym aktem oskarżenia. To spowodowało wniesienie przez autora tekstu oskarżenia wzajemnego.

 

Od ponad półtora roku sprawa tkwi w martwym punkcie. Z inicjatywy autora artykułu minister sprawiedliwości przekazał ją do wyjaśnienia Prokuraturze Apelacyjnej. Głównie na okoliczność ustalenia sposobów postępowania prokuratur rejonowej i okręgowej, a także sądu rejonowego. Tym samym sprawdzaniem jest objęte Kuratorium Oświaty w Warszawie. Czy należy się spodziewać jakichś rewelacji?

 

- Urząd Transportu Kolejowego, Janusz Dyduch – odwołany w początkach czerwca, ale bynajmniej nie z powodu zawirowań, o czym kilka dni wcześniej można było przeczytać w artykule „My czyści, my przejrzyści”. Opisany tam został sposób nielegalnego zatrudnienia „p.o.” dyrektora, potem „zalegalizowanego”. Następnie zaś zorganizowano konkurs na to stanowisko, który ów „zalegalizowany” wygrał. Szef Służby Cywilnej zatwierdził to bez zmrużenia oka.

 

Prezesa wprawdzie nie ma, stanowisko objął ktoś inny. Natomiast pozostali bohaterowie, biorący bezpośredni udział w opisywanych zdarzeniach, trwają na stanowiskach dyrektorów,. Można się spodziewać, że wkrótce i oni przystąpią do konkursów. Chyba obstawiać wyników nie ma sensu, niezależnie od liczby kontrkandydatów, o ile się takowi znajdą. Ale od czegóż pomysłowość w konstruowaniu warunków udziału w konkursach?

 

- Urząd Patentowy Rzeczypospolitej Polskiej, Alicja Adamczak – ten przypadek jest wyjątkowo interesujący i zasługuje na bardziej szczegółowe potraktowanie w odrębnie poświęconych kilku tekstach. Sprawa okazała się dość rozwojowa i to w kilku aspektach. W tym i roli rejonowego sądu pracy, który rozpoznawał sprawę sposobu pozbycia się jednego z dyrektorów, pochodzącego z konkursu.

 

W trakcie postępowania sądowego i czynionych na bieżąco ustaleń wielu pojawiających się szczegółów, o zadziwiającej wymowie traktowania instytucji państwowej, obraz działania prezesa z nadania ekipy premiera L. Millera, Alicji Adamczak, jawi się w wyjątkowo interesującym świetle.

 

Zarówno w odniesieniu do pozostałych stanowisk podlegających konkursom, jak i podstaw prawnych sprawowania niektórych funkcji kierowniczych. Również zagadkowej zmiany statutu, nadanego przez premiera J. Buzka, a z inicjatywy obecnej prezes zmienionego i zatwierdzonego przez premiera M. Belkę.

 

Tu na razie wystarczy wskazać fragment uzasadnienia wyroku (sygn. akt VII P 464 /06) warszawskiego sądu pracy w odniesieniu do kierownictwa Urzędu Patentowego RP:

 

„(…)Czynność prawna stron w postaci zawarcia umowy o pracę na czas określony była jak już wskazano wyżej sprzeczna z zasadami współżycia społecznego, ale nie była sprzeczna z prawem, bowiem została zawarta w granicach zakreślonych przez ustawodawcę w treści przepisu art. 48 ust 3. Zmierzała jednak do obejścia prawa.

 

Cel obejścia ustawy polega bowiem na takim ukształtowaniu treści umowy, które pozornie nie sprzeciwia się ustawie, ale w rzeczywistości zmierza do zrealizowania celu przez nią zakazanego. Umowie o pracę nienaruszającej w tym wypadku art. 48 ust 3 ustawy można stawiać zarzut zawarcia w celu obejścia prawa, gdyż jej cel dyktowany był wyłącznie chęcią pozornej realizacji wyniku konkursu, a w efekcie zmierzał do jego zanegowania. Mając na względzie powyższe rozważania Sąd na zasadzie art. 59 kp w związku z art. 56 kp zasądził na rzecz powoda odszkodowanie (...)”.

 

Wymowa powyższego uzasadnienia jest tego rodzaju, że w cywilizowanym państwie byłby to wyrok na funkcjonariuszy publicznych. Sąd pracy jest sądem postępowania cywilnego, więc rozpoznaje sprawę w zakresie swojej właściwości. Jednakże treść uzasadnienia wyroku przeciwko kierownictwu Urzędu Patentowego RP spełnia przesłanki zawarte w hipotezie art. 231 KK o przekroczeniu uprawnień i niedopełnieniu obowiązku służbowego.

 

Po ludzku - nadużyciu stanowisk służbowych dla własnych celów. Wprawdzie istnieje art. 474 kodeksu cywilnego – dający możliwość sądowi zainteresowania odpowiednich organów w przypadkach stwierdzonego działania sprzecznego regułami. Ale to raczej reliktowy przepis i sądy na ogół udają, że on nie istnieje.

 

Tymczasem, w naszym demokratycznym państwie, praworządnym, a jakże, prezes zostaje „ukarana” reprymendą sądu i odszkodowaniem oraz wszelkimi innymi kosztami. Zapłaci, za świadome i celowe łamanie prawa przez wysokich urzędników państwowych – oczywiście - podatnik.

 

Historie stanowisk dyrektorskich UP RP będą miały poświęcony swój odrębny tekst, bowiem zbyt wiele byłoby na jeden raz. A poza tym sprawa postępowania sądowego nie jest zakończona. Przeciwnie, zaczyna nabierać rozmachu, bo w apelacji już doznała rozdwojenia.

 

Do odrębnego rozpoznawania została przekazana skarga przeciw sądowi rejonowemu wraz z ustaleniem faktycznej, dość zagadkowej roli samego sądu w tej sprawie. Być może warto będzie przybliżyć osobę prezes Alicji Adamczak wraz z jej działalnością na wielu polach życia publicznego, gdzie kwestie zawodów i osób zaufania publicznego zajmują niepoślednie miejsce.

 

Wszystkie wyżej opisane historie – i wiele innych - były sukcesywnie przesyłane informacyjnie do osób odpowiedzialnych za jakość struktur państwa i praworządne działania organów władzy publicznej. Jak dotąd jedynym skutkiem jest wzmożone zużycie papieru. Czasem zdarzała się odpowiedź w sensie pamiętnego sprzed lat powiedzenia „wicie, rozumicie” albo szablonu typu „życzymy sukcesów działalności publicystycznej oraz przybliżaniu społeczeństwu zagadnień prawnych”. Nie wydaję się, by to akurat społeczeństwu takie przybliżanie było tu potrzebne.

 

Adresatów takich dedykacji warto poszukać w innych rejonach. Również warto byłoby poznać stanowisko niektórych organów nadzoru, czyli poszczególnych ministrów resortów. W przypadku na przykład Urzędu Patentowego RP ministra gospodarki, właściwego też w sprawie prezesa PGNiG Bogdana Marca.

 

Równolegle otrzymywały te i wiele innych informacji wszystkie media rodzime dla słynnych tropicieli zła. Efekt? Doskonałe milczenie. Za to rwetes o prezesach spółek skarbu państwa słychać daleko, aż na wybrzeżach Portugalii, a nawet w okolicach New Jersey.

 

Kto ma w tym interes, by tak właśnie kształtowała się wiedza społeczeństwa? Komu zależy na tym, by jedne sprawy nagłaśniać, a inne, niemniej bulwersujące okrywać mgłą milczenia? Jaka jest wspólna płaszczyzna tej zadziwiającej symbiozy tropicieli zła i władzy?

 

Jak, w świetle powyższego, można odczytywać kolejne zestawy haseł w inauguracji kampanii wyborczej do samorządów, które wygłaszał Jarosław Kaczyński na pierwszym spotkaniu z wyborcami: „(…)"chodzi o to, by w Polsce nastał taki porządek społeczny, w którym dobrym będzie dobrze, a złym - źle" (...) "Ta akcja ma doprowadzić do tego, abyśmy nigdy nie znajdowali się w takiej sytuacji, że człowiek uczciwy pozostaje sam, bez pomocy".(…)”

 

Czyżby wciąż wierzono w magiczną formułę, iż „ciemny lud wszystko kupi”? Może i racja.

 

Witold Filipowicz

Warszawa, 17 czerwca 2006 r.

mifin@wp.pl



[1] Wszystkie wymienione teksty są dostępne w sieci po wpisaniu tytułu w wyszukiwarkę Google.

 
1 | 2 | 3 |


Najnowsze komentarze
 
2011-06-02 10:21
alimenty.edu.pl do wpisu:
Uszatki parlamentarne
Wszystko ewoluuje.
 
2011-06-02 08:26
windykacja, kredyty, konta bankowe do wpisu:
Prawa i wolności w naszej spółdzielczości
Mnie się to osobiście bardzo podoba.
 
2011-05-29 15:59
praca.aid.pl do wpisu:
Kolejny kadr
Panowie, trzeba sobie uświadomić czym jest polityka, to nie będzie żadnych złudzeń.
 



 
 



Kategorie Bloga



Ulubione blogi
 
 



Archiwum
 
Rok 2011
 

 
Rok 2009
 

 
Rok 2008
 

 
Rok 2007
 

 
Rok 2006