|
2006-12-28 10:33
Wicepremier Ludwik Dorn zaprezentował niedawno koncepcję tzw. jednego okienka. Znaczy, usprawnienia działań administracji. Obywatel ma mieć możliwość załatwienia wszystkiego szybko i sprawnie w jednym okienku w jakimkolwiek urzędzie. Na razie chodzi o sprawy gospodarcze i podatkowe. W perspektywie niedalekiej, każdą inną sprawę. Tego samego dnia, w sądzie administracyjnym pocił się pełnomocnik MSWiA w związku z bezprawnym uchylaniem się jego szefa od udostępnienia informacji publicznej. Przed kilkoma miesiącami ukazał się artykuł „My czyści, my przejrzyści” – dostępny w sieci po wpisaniu tytułu w wyszukiwarkę. Opisano tam działalność wysokich urzędników państwowych w związku z zatrudnianiem i obsadzaniem stanowisk w administracji rządowej. Z materiałów wynikało, że dyrektor generalny w Urzędzie Transportu Kolejowego, Lidia Ostrowska, zatrudniła nielegalnie w kwietniu 2003 roku, na stanowisko „p.o.” dyrektora departamentu, Ryszarda Kotona. Z pominięciem obowiązujących wówczas przepisów ustawy o służbie cywilnej, a nadto wbrew obowiązkowi przeprowadzenia konkursu na takie stanowisko. Z uzyskanych z UTK informacji zdaje się wynikać, że Lidia Ostrowska przekroczyła swoje uprawnienia i nie dopełniła obowiązku, działając tym samym na szkodę interesu publicznego. Definicja, wypisz wymaluj, pasująca do treści art. 231 kodeksu karnego. Po ludzku, nadużycie stanowiska służbowego dla własnych celów. Nie można w tym przypadku wykluczyć działania o charakterze korupcyjnym. Z początkiem 2004 roku Lidia Ostrowska zniknęła z UTK na skutek rozwiązania z nią umowy przez Szefa Służby Cywilnej. Osoba o tych samych personaliach odnalazła się nieco później w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji na stanowisku „p.o.” zastępcy dyrektora departamentu. Należało ustalić, czy Lidia Ostrowska z UTK i Lidia Ostrowska z MSWiA to ta sama osoba, czy też nastąpił przedziwny zbieg okoliczności i mamy do czynienia z dwoma różnymi osobami. Pytanie takie skierowane zostało, w połowie czerwca tego roku, do ministra – ściślej, najpierw do rzecznika prasowego, Tomasza Skłodowskiego. Mimo monitów, w tym adresowanych już imiennie do ministra, urząd milczał jak zaklęty. Dopiero ostrzeżenie o planowanym wniesieniu skargi do sądu administracyjnego otrzeźwiło nieco urząd. Nieco, bowiem rzecznik prasowy, gdy wreszcie raczył się odezwać, najspokojniej w świecie odmówił udzielenia informacji o tożsamości funkcjonariusza publicznego. Głupstwa, jakie przy tej okazji powypisywał, tytułem uzasadnienia odmowy udzielenia informacji, można byłoby wykorzystać jako kanwę do skeczów kabaretowych. Udowodnił też poziom swoich kwalifikacji pracownika administracji rządowej. Każda odmowa udzielenia informacji publicznej wymaga zachowania formy decyzji administracyjnej. Wyglądało na to, że Tomasz Skłodowski nie ma pojęcia, iż coś takiego jak decyzja administracyjna w ogóle istnieje. Nie mówiąc już o tym, kto i w jakich okolicznościach ją wydaje. Tym bardziej humorystyczny to przyczynek do jakości kadr resortu, że rzecznik prasowy jest byłym dziennikarzem i współautorem magazynu „Misja specjalna”. Programu, w którym tropiło się i nadal tropi nieprawidłowości i patologie w strukturach administracji publicznej. Co, wobec powyższego, Tomasz Skłodowski tak naprawdę tropił i w jaki sposób? Ot, ciekawość bierze. Upór resortu w uchylaniu się od udzielenia prostej w końcu informacji poskutkował tym, że została wniesiona skarga do sądu administracyjnego na bezczynność organu. Zanim jednak doszło do rozprawy, rzecznik prasowy znów dał o sobie znać. Przysłał e-mailem informację, której się domagano, ale w takiej formie i treści, że praktycznie nic z tego nie wynikało. Nie było więc powodu do wycofywania skargi. Na rozprawie – 15 grudnia 2006 roku, sygn. akt II SAB/Wa 150/06 – pełnomocnik MSWiA wyśpiewał wreszcie, że Lidia Ostrowska, niegdyś dyrektor generalny w UTK, i później „p.o.” zastępcy dyrektora departamentu w MSWiA, to ta sama osoba. Potrzeba było pół roku, by wydębić od wicepremiera informację, która powinna być udzielona w ciągu 14 dni. Przy czym wymagało to licznej korespondencji, monitów, w końcu i rozprawy przed sądem administracyjnym. A chodziło przecież o prostą informację, potwierdzającą jedynie w stu procentach, że chodzi o tę samą osobę. Czym kierował się wicepremier, by tak desperacko uniemożliwiać ustalenia faktów, które i tak prędzej czy później byłyby ustalone? Jeśli wziąć pod uwagę działania Lidii Ostrowskiej na stanowisko dyrektora generalnego w UTK, nawet i można byłoby tę niechęć wicepremiera Dorna do ujawniania informacji o własnym teraz dyrektorze zrozumieć. Zrozumieć w sensie psychologicznym. Ostatecznie nikomu nie byłoby miło wyznawać, że zatrudnia, w dodatku na stanowisku kierowniczym, urzędnika z niejasną przeszłością. A właściwie całkiem jasną, bo wedle oficjalnie przekazanej informacji z UTK, Lidii Ostrowskiej można byłoby postawić zarzut popełnienia przestępstwa urzędniczego. Nielegalne zatrudnienie osoby spoza korpusu służby cywilnej, w dodatku na stanowisku kierowniczym, nosi znamiona czynu o charakterze korupcyjnym. Co z tą wiedzą zrobi Ludwik Dorn teraz, już nie jako obywatel lecz jako członek rządu, dbały o bezpieczeństwo i porządek, zobaczymy. Biorąc jednak pod uwagę zagadkowe pląsy wokół historii innego swojego dyrektora, który po nocnych hulankach zażyczył sobie radiowozu w charakterze taksówki, można oczekiwać dalszych niespodzianek. Jawi się w tej sprawie kilka dalszych pytań. Przede wszystkim, w jakiej roli występował w tym przypadku Tomasz Skłodowski? Czy działał za wiedzą i z upoważnienia ministra Dorna, czy też dopuścił się samowoli? Upoważnienie do podejmowania działań w zakresie udostępniania informacji publicznej powinno obejmować również umocowanie prawne do wydawania decyzji administracyjnych w tym zakresie. Na wypadek, gdyby zaszły okoliczności uzasadniające odmowę udzielenia jakiejś informacji. Czy rzecznik prasowy MSWiA posiadał takie umocowanie prawne, tego pełnomocnik ministra w trakcie rozprawy w sądzie administracyjnym nie potrafił wyjaśnić. Jest też pytanie o motywy tak desperackich uników przed ujawnieniem tożsamości Lidii Ostrowskiej. Czy ten opór to tylko przejaw nawyku urzędników do utajniania wszystkiego, co tylko się da? Czy też kryje się za tym coś jeszcze? Zgodnie z regułami, gdyby wicepremier Dorn od razu potwierdził tożsamość swojego podwładnego i jednocześnie posiadł wiedzę o jego uczynkach z niedalekiej przeszłości, byłby zobowiązany do podjęcia stosownych kroków. Przede wszystkim do wszczęcia, co najmniej, postępowania wyjaśniającego. W tej chwili taki obowiązek ciąży nań w jeszcze większym stopniu. Ale ponadto zachowanie rzecznika prasowego nakłada na ministra dodatkowy obowiązek kolejnego postępowania wyjaśniającego. W szczególności w zakresie przekroczenia uprawnień i niedopełnienia obowiązku przekazania sprawy według właściwości. Nie tylko zresztą, bowiem w związku z udokumentowaną bezczynnością organu, za co - najprawdopodobniej – odpowiada Tomasz Skłodowski, wicepremier Dorn winien wszcząć postępowanie dyscyplinarne. Pojawiły się też kolejne pytania odnośnie Lidii Ostrowskiej. Mianowicie, w jaki sposób trafiła do MSWiA po zakończeniu misji dyrektora generalnego w UTK? Kto, kiedy i w jaki sposób ją zatrudnił, kto i kiedy powierzył stanowisko „p.o.” zastępcy dyrektora departamentu, pomijając obowiązujące przepisy o konkursach przy obsadzaniu takich stanowisk? W opisanej wcześniej historii z nielegalnym zatrudnieniem w UTK, potem „legalizowaniem” tego zatrudnienia, a także zagadkowo przeprowadzonego konkursu z „zalegalizowanym” kandydatem w roli głównej, Lidia Ostrowska występuje w pierwszym planie. Jednakże w miarę drążenia tematu krąg urzędniczy się poszerzał. Również i o inne instytucje. Jak będzie w przypadku historii zatrudnienia Lidii Ostrowskiej w MSWiA, okaże się za jakiś czas, ponieważ kolejny zestaw pytań skierowany został do wicepremiera Ludwika Dorna. Niewykluczone, że i tym razem może się pojawić konieczność szukania wsparcia w sądzie administracyjnym. Podobnie, jak będzie zapewne z milczącym od kilku miesięcy prezesem Urzędu Transportu Kolejowego w kwestii odpowiedzi na krytykę prasową. Przed kilkoma miesiącami prezes UTK otrzymał od redakcji Magazynu Kontrateksty artykuł „My czyści, my przejrzyści”, z powołaniem się na prawo prasowe, co obliguje organ do odniesienia się do treści materiału prasowego. Prezes nadal milczy jak głaz. Czyżby wiedza o własnym urzędzie zadziałała paraliżująco? To musiałoby być zaraźliwe, ponieważ organ nadzoru, Ministerstwo Transportu również oniemiało w tej materii. A może chodzi o to, że – jak z nieoficjalnych źródeł dowiedziała się redakcja – Lidia Ostrowska szykuje się do powrotu do UTK na stanowisko…dyrektora generalnego? Byłoby to niezwykle interesujące. Szczególnie wobec perspektywy spotkania się przed sądem administracyjnym w związku z bezprawnym milczeniem organu wobec krytyki prasowej. Biorąc pod uwagę powyższe perypetie z uzyskaniem kilku prostych informacji, z Ludwikiem Dornem w jednej z głównych ról, jego obecna filozofia „jednego okienka” jawi się niczym dowcip. Z tym, że mało zabawny.
Kategoria: administracja
Komentarze (2)
2006-12-24 12:59
Spory o miejsce dla Kazimierza Marcinkiewicza nie milkną. Są głosy za, a nawet przeciw. Dotąd przewijały się głównie dwa wątki – doświadczenie w instytucjach finansowych i zdolności menadżerskie. Niedawno pojawił się wątek kolejny. Autorstwa posła Wierzejskiego. Wynika z jego wypowiedzi, że Marcinkiewicz stoi u progu nędzy, a może i nawet śmierci głodowej. Czy argumenty posła Wierzejskiego miały być za usadowieniem Marcinkiewicza w fotelu prezesa PKO, to już tylko poseł chyba jedynie wie. Wydźwięk tej argumentacji bardziej przypomina fragment kabaretowego skeczu. Może więc występ posła Wierzejskiego nie jest za, ale raczej przeciw, bo kpiną trąci. Mniejsza o sytuację materialną byłego premiera i komisarza stolicy. Jeśli po dwóch tygodniach bezrobocia zagląda mu w oczy głód, to umiejętności w gospodarowaniu własnymi środkami wydają się niespecjalnie wysokie. Jak wyglądałoby gospodarowanie finansami milionów klientów banku, lepiej nie myśleć. Uposażenie na dwóch, bynajmniej nie poślednich stanowiskach w państwie, pozwala chyba na jakie takie wiązanie końca z końcem? Bo jeśli jest tak, jak poseł Wierzejski opowiada, to mniej więcej milion bezrobotnych dawno już należałoby wykreślić ze statystyk. Z powodu zejścia z głodu. Znaczy, statystyki kłamią, czy poseł Wierzejski dowcipy opowiada? Show wokół bezrobotnego Marcinkiewicza, najpierw lekko śmieszny, teraz zaczyna być - delikatnie rzecz ujmując – żenujący. Co do wątku doświadczenia w instytucjach finansowych, wypowiadają się fachowcy w tej dziedzinie. Wypowiadają się wystarczająco jasno i szkoda czasu na komentarze. Drugi wątek – doświadczenie menadżerskie – też ma posmak kiepskiego żartu. Poprzedni system opierał się głównie na takich właśnie argumentach i sposobie obsadzania stanowisk. Każdy nadawał się do wszystkiego, pod warunkiem, że był „słusznym” kandydatem. Mógł być i ministrem budownictwa, i żeglugi, i zdrowia. Od gospodarki do kultury. Uniwersalizm programowy. Tyle, że bardzo szybko się potwierdzała znana prawda. Jak się ktoś zna na wszystkim, to nie zna się na niczym. Bardzo rzadko się zdarza, niestety, by w instytucjach państwowych stanowiska szefów obsadzane były osobowościami o autentycznych umiejętnościach. W gruncie rzeczy zarządzanie państwowymi podmiotami można powierzyć komukolwiek. Może to być prowincjonalny komik, może też znany z reklamy świstak. Niech tam sobie zawija te sreberka. Robotę za niego i tak wykonywać będą sztaby ludzi. W tym sensie Kazimierz Marcinkiewicz – z całą rzeszą podobnych fachowców - rzeczywiście nadaje się na każde stanowisko i w każdym czasie. Poza czasem fachowców, profesjonalistów. Ale na ten czas – jeśli chodzi o struktury państwa – przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać. Na razie mamy czas świstaków. Wybitny menadżer, któremu głód w oczy zagląda, więc trzeba pochylić się nad nieszczęściem człowieka. Nie tylko dla jego dobra, ale dla dobra całego kraju, dla dobra wspólnego, publicznego przede wszystkim. Zdolności swoje przez ponad rok Kazimierz Marcinkiewicz prezentował stale i wciąż, więc wątpliwości nikt mieć nie powinien. Głównie te prezentacje w mediach się odbywały. Bo jak się tak przyjrzeć wnikliwiej, to poza nieustającym show, dojrzeć da się jedynie reżyserów, scenografów i wizażystów. Trudno jakoś się doszukać choćby jednej sprawy poprowadzonej przez byłego premiera od początku do końca. Końcówek, owszem, trochę się nazbierało. Od otwierania fragmentów autostrad po znane „yes, yes, yes”. Wieńczące dzieło cudzych początków. A co do wątku menadżersko-głodującego, można wspomnieć choćby jeden sukces. Niedawno ukazał się artykuł „Układy słuszne i niesłuszne” – dostępny w sieci, z Kazimierzem Marcinkiewiczem w jednej z głównych ról. Opisano tam okoliczności powołania przez Kazimierza Marcinkiewicza, wówczas jeszcze premiera, prezesa Urzędu Patentowego Rzeczypospolitej Polskiej. Powołania po interesująco przeprowadzonym konkursie na to stanowisko. Ani Marcinkiewiczowi, ani jego koledze z rządu, Woźniakowi zupełnie nie przeszkadzało w powołaniu to, że przeciw nominowanemu prezesowi zapadł wyrok w sądzie pracy o to, że bezprawnie prezes Alicja Adamczak pozbawiła pracy jednego z dyrektorów urzędu. Mimo oceny w uzasadnieniu wyroku, który w normalnym państwie demokratycznym spowodowałby usunięcie Alicji Adamczak raz na zawsze ze służby publicznej. Wraz z jej świtą – kierownictwem urzędu. Nie mówiąc już o wymowie wyroku w stosunku do osoby tak zwanego zaufania publicznego. Jakoś też Marcinkiewiczowi, z widmem głodu i nędzy obecnie, nie przeszkadzało wówczas, że bezprawnie – niby w majestacie prawa i za aprobatą premiera – faworyta premierów Millera i Belki – pozbawia pracy i podstaw egzystencji innego człowieka. Dla własnej fantazji. Choć może nie tylko o fantazję tu chodziło. Ale cóż, menadżer doskonały nie może się zajmować jakimiś tam drobiazgami. Ma wszak cele nadrzędne, cele świetlane i ponad przyziemności. Konstrukcję sprawnego, uczciwego państwa. A jak się nie da państwa, to chociaż miasta. Nie wyjdzie z miastem, no to może być bank. Może też być rafineria, może jeszcze coś innego? Byle nie umrzeć z głodu i choć przez kilka miesięcy – jak perorował poseł Wierzejski – poodpoczywać w fotelu z niewyobrażalną dla przeciętnego obywatela pensją. A jak nie wyjdzie i to? Oj, byłoby fatalnie. Dla kraju głównie. Może więc już założyć jakąś fundacje wsparcia na rzecz głodującego prominenta? Przecież nie wróci do siebie, na belfrowską pensyjkę. To uwłaczałoby majestatowi państwa – jak dowodził poseł Wierzejski. Zatem, do dzieła obywatele, zbiórka na tacę, by nam się skarby narodowe nie zaprzepaszczały. Po złociszu rzućmy, niewielki wysiłek, a jaki zysk dla potomnych. Bezrobotny – z poręki Marcinkiewicza wrzucony dyrektor - też się dołoży do puli. Kredytu, rzecz jasna, nigdzie nie dostanie, ale może uda się gdzieś pożyczyć na tak zbożny cel.. Witold Filipowicz Warszawa, 23 grudnia 2006 r.
Kategoria: administracja
Komentarze (2)
2006-12-23 10:00
Podobno Polska zajęła 25 miejsce w rankingu strategii lizbońskiej oceniającym konkurencyjność gospodarek. Ranking najwyraźniej nie uwzględniał wzrostu konkurencyjności w naszym kraju w ogóle. Nie tylko w gospodarce. W obszarach bezpieczeństwa wewnętrznego chyba znajdujemy się już gdzieś w czołówce. Ot, choćby CBŚ, CBA, ABW, nie wspominając o policji. Jeśli nawet nie liczbą służb bezpieczeństwa imponujemy, to przynajmniej stylem działania. Konkurencyjnym. Podano właśnie informację, jak to CBA po wzorowo wykonanej akcji zatrzymała policjanta, uwikłanego rzekomo w mafijne powiązania. Brawo. Nareszcie zaistnienie i od razu sukces tej elitarnej spec-grupy. Może nie na miarę europejską na razie, raczej tak na miarę średniego sołectwa, ale zawsze jakiś jest. Kłopot w tym, że ów delikwent był pod obserwacją własnych kolegów policjantów, którzy sposobili się do przyskrzynienia ptaszka. Do spółki zresztą z CBŚ. Można się spodziewać dalszych osiągnięć na tym polu. Obywatel się cieszy, bo im większa konkurencja w branży, tym obywatel ma lepiej. No, może niekoniecznie akurat w tym przypadku. Zwiększająca się liczba struktur od pościgów może i byłaby pożądana, gdyby za tym szła zwiększająca się liczba pochwyconych przestępców. Tymczasem wygląda na to, że liczba przestępców pozostaje constans, tylko łowców przybywa. Siłą rzeczy, by uzasadnić potrzebę swego istnienia, poszczególne drużyny łowieckie wzajemnie będą sobie podbierać trofea. Nasilenie konkurencji będzie wymagało doskonalenia metod podbierania innym drużynom obiektów ich zainteresowań. Jak wiadomo, praktyka czyni mistrza. Może wkrótce dojść do tego, że nie będzie komu co podbierać. A istnieć trzeba, więc tę potrzebę należy wciąż udowadniać. Co wówczas? Pól biedy, gdy drużyny łowców zaczną polować same na siebie. Może być co najwyżej śmiesznie. Ale i tu możliwości są ograniczone, a wykazywać się sukcesami mus, bo rozwiążą. Gdy już większość drużyn dojdzie do perfekcji w ochranianiu swoich przestępców przed zakusami konkurencji, pozostanie jedynie zwiększenie pola eksploatacji. Ściganie co cwańszych rzezimieszków w grę już wchodzić raczej nie będzie. Inne cele wykształcą w działaniach inne metody i zdolności i złapać będą mogły drużyny co najwyżej grypę. Pozostanie więc tylko obszar zaludniony osobnikami nienawykłymi do gry w chowanego i tu otwiera się kawałek pola do popisu. Wprawdzie czterdziestomilionowy kraj to nie jakieś chińskie imperium, ale na pewien czas wystarczy. Każdy z nas ma szansę się załapać i poprawiać statystyki tej czy innej drużyny łowców. Nagród chyba nie będzie, ale satysfakcja w uczestniczeniu poprawiania bezpieczeństwa na pewno. Niektóre media mogą być sfrustrowane, bo znajdą się poza polem zainteresowań drużyn. Ale ktoś przecież te sukcesy musi ogłaszać i wykresy ze statystykami prezentować. Witold Filipowicz Warszawa
Kategoria: administracja
Komentarze (2)
2006-12-07 07:17
Minister Zdrowia odwołał ze stanowiska Głównego Inspektora Farmaceutycznego w związku z tragiczną w skutkach zamianą leków w Jelfie. Słusznie. Za niewydolność i uchybienia urzędu nadzorującego odpowiada szef instytucji. A kto odpowiada za powołanie takiego szefa? Zwłaszcza, gdy ów szef i jego prawa ręka – dyrektor generalny – udowodnili brak znajomości arytmetyki na poziomie szkoły podstawowej? W lutym tego roku Szef Służby Cywilnej ogłosił konkurs na stanowisko dyrektora Biura Administracyjno-Budżetowego w Głównym Inspektoracie Farmaceutycznym – Konkurs K/9/06. Do konkursu zgłosiło się siedem osób. Procedura konkursowa rozpoczęła się dopiero po kilku miesiącach, w połowie maja. Jeden z kandydatów, łącznie z powiadomieniem o terminie pierwszej części konkursu, otrzymał też żądanie uzupełnienia dokumentów. Chodziło o jednoznaczne – jak to stwierdzono w wezwaniu – udokumentowanie wymaganej liczby lat doświadczenia na stanowiskach kierowniczych. Problemem dla komisji konkursowej okazał się fakt, że dokumentacja doświadczenia kierowniczego znajdowała się w trzech dołączonych dokumentach, które trzeba było poskładać i odczytywać łącznie, a ponadto wymagało to zastosowania działań arytmetycznych. Nie wzruszała komisji zawarta w dokumentacji wyraźna informacja, że te same dokumenty składane były w USC, w związku z innymi konkursami o podobnych wymogach i wówczas inne komisje nie miały specjalnego kłopotu z dodawaniem. Mało tego, jeden z konkursów na bliźniacze stanowisko w innym urzędzie kandydat nawet wygrał. Wszystko to dla obecnej komisji nie miało żadnego znaczenia. Został więc wysłany kolejny, czwarty dokument. Nic z niego więcej w praktyce nie wynikało ponad to, co było zawarte w komplecie aplikacji. Po kilku dniach kandydat udał się do Urzędu Służby Cywilnej, by wziąć udział w pierwszym etapie konkursu. Na miejscu okazało się, że przewodniczący komisji nie ma pojęcia, czy ów czwarty dokument dotarł czy nie, a zainteresowanie tematem okazał dopiero po podpisaniu listy przez kandydatów i tuż przed rozdaniem zadań konkursowych. Komisja najwyraźniej również nie miała pojęcia, co się dzieje, ale z uporem uznawała, że aplikacja złożona w pierwszym terminie jest niewystarczająca. Po godzinnych poszukiwaniach korespondencji na terenie urzędu przewodniczący komisji – specjalista w USC, Jacek Krawczyk – oświadczył w obecności zespołu konkursowego, że kandydat nie zostanie dopuszczony do konkursu, bo poczta nie dotarła, a sam dowód nadania to za mało. Pozostałych pięciu wybitnych fachowców od weryfikacji wiedzy i umiejętności kandydatów na dyrektorów departamentów, z powagą kiwało głowami. Jednym z całej serii ciekawych aspektów tego konkursu jest to, że aby kogoś do konkursu nie dopuścić, komisja musi podjąć taką uchwałę i ta uchwała musi być doręczona kandydatowi. Tak wynika z przepisów rozporządzenia o przeprowadzaniu konkursów. Innym jeszcze aspektem, o czym już w rozporządzeniu nic nie ma, ale niewątpliwie ma zastosowanie, jest sposób dalszego postępowania według reguł prawa administracyjnego, które w ogóle nie zostało wzięte pod uwagę. Jest bowiem znacznie ważniejsza strona tej części procedury. Otóż uchwała o niedopuszczeniu do udziału w konkursie jest niczym innym, jak rozstrzygnięciem o prawach i obowiązkach w sprawie indywidualnej, kierowanym na zewnątrz administracji. Definicja, wypisz wymaluj, decyzji administracyjnej. Jak każda decyzja administracyjna, tak i ta podlegać winna określonej procedurze, o czym szczegółowo traktuje kodeks postępowania administracyjnego. Ale też i przepisy samego rozporządzenia w tym konkretnym przypadku, w sposób jednoznaczny, poszły do kąta. Komisja po prostu ustaliła w tym zakresie własne zasady i zadecydowała „nie, bo nie” i sprawę zamknęła. Kandydat za drzwi, a konkurs potoczył się swoim trybem. Jeszcze tego samego dnia, pocztą elektroniczną, został wysłany przez odrzuconego kandydata protest do Szefa Służby Cywilnej. Bez żadnego odzewu. Po kilku dniach kandydat otrzymał zawiadomienie od przewodniczącego komisji o niedopuszczeniu do udziału w konkursie. Tyle, że sądząc z dat – co zostało zresztą stwierdzone empirycznie – uchwała w tej sprawie wydana została później, niż faktyczne niedopuszczenie do konkursu. Ponowne odwołanie – tym razem z zastosowaniem art. 127 § 3 Kpa w związku z wcześniejszym protestem, de facto odwołaniem – również pozostało bez odpowiedzi. Dopiero zażądanie podania składu personalnego zespołu konkursowego wraz z funkcjami wówczas pełnionymi – ponowione zresztą z zagrożeniem wniesienia skargi administracyjnej na bezczynność organu – obudziło USC z letargu. Różne mądrości, jakie w nadesłanej odpowiedzi nawpisywał, w imieniu ministra Jana Pastwy, naczelnik w USC, Wojciech Zawadzki, będą przedmiotem rozważań na innych szczeblach i w innym trybie. Tu chodziło o tę suchą informację dotyczącą składu zespołu konkursowego. A w świetle równolegle rozgrywających się wydarzeń, w tym z Jelfą i rolą w sprawie Głównego Inspektora Farmaceutycznego, ten skład był istotnie interesujący. I tak: - Jacek Krawczyk – Przewodniczący, specjalista w Departamencie Rekrutacji i Selekcji w Urzędzie Służby Cywilnej; - Helena Feliksiak – Wiceprzewodnicząca, Dyrektor Generalny Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego; - Maria Dąbkowska – Dyrektor Biura Obsługi Urzędu w Głównym Urzędzie Nadzoru Budowlanego; - Elżbieta Jazgarska – Dyrektor Departamentu Budżetu, Finansów i Inwestycji w Ministerstwie Zdrowia; - Justyna Morek – główny specjalista w Departamencie Zarządzania Kadrami w Urzędzie Służby Cywilnej; - Zbigniew Niewójt – Dyrektor Departamentu Nadzoru w Głównym Inspektoracie Farmaceutycznym. Konkurs, jak na zwyczaje panujące w USC, przebiegł nad wyraz sprawnie i szybko. Od pierwszego etapu do podjęcia uchwały o rozstrzygnięciu konkursu nie upłynął nawet pełny miesiąc. Już 26 czerwca komisja uznała, że …nikt z kandydatów nie nadaje się na stanowisko dyrektora. Czyli skończyło się na niczym. Podobnie, jak konkurs na to samo stanowisko kilka miesięcy wcześniej. Przy czym w tamtym konkursie też jednego z kandydatów nie dopuszczono do udziału. Z jakiego powodu, nie wiadomo, ale sądząc po stylu działania komisji w obecnym konkursie, wszystkiego można się spodziewać. Po otrzymaniu treści uchwały, kandydat niedopuszczony do udziału złożył odwołanie od wyników konkursu. Z uzasadnieniem dokładnie takim samym, jak miesiąc wcześniej i później powtórzonym. Szef Służby Cywilnej, jak zwykle, niespecjalnie się przejął obowiązującymi go przepisami i trzeba było znów zagrozić skargą administracyjną, by był łaskaw wydusić z siebie decyzję. Jej treść stanowi jednoznaczną ocenę kwalifikacji całej komisji: „(…) Oznacza to, że zarówno uchwała zespołu konkursowego z dnia 30 maja 2006 r. - wzywająca Pana do uzupełnienia dokumentów, jak również uchwała z 9 czerwca 2006 r. – odmawiająca dopuszczenia Pana do udziału w konkursie na stanowisko dyrektora Biura Administracyjno-Budżetowego w Głównym Inspektoracie Farmaceutycznym, zostały podjęte z naruszeniem przepisów regulujących zasady dopuszczenia kandydatów do konkursu na wyższe stanowiska w służbie cywilnej. (…) Opisane uchybienia (…) uzasadnia zarządzenie przeprowadzenia ponownego konkursu(…)”. [1] Minister Jan Pastwa, mimo opisu szeregu uchybień w działaniach własnej komisji, zastąpił eufemizmem cały ciąg naruszeń prawa, jakich dopuściła się w tamtej procedurze. To jednak będzie przedmiotem innego postępowania. Zapowiadane w decyzji ponowne przeprowadzenie konkursu, oczywiście, nigdy nie nastąpiło. Szef S.C. zwlekał dotąd, aż 27 października weszły w życie nowe przepisy – o Państwowym Zasobie Kadrowym - uchylające wszelkie konkursy. Równolegle z tym konkursem odbywał się inny konkurs. Na stanowisko prezesa Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego. Ówczesna prezes, Dorota Duliban, była już praktycznie na wylocie, do konkursu więc się nie zgłosiła. Zgłosili się inni, a w tym, m.in. zastępca prezesa Zofia Ulz i znajomy z konkursu opisanego wyżej, Zbigniew Niewójt, Dyrektor Departamentu Nadzoru. Z doniesień medialnych wynika, że sprawa Jelfy i zabójczej pomyłki z lekami już wówczas znana była w GIF, ale – wedle słów Ministra Zdrowia Zbigniewa Religi – nie dotarła do ministerstwa na skutek zaniedbań ze strony kierownictwa GIF. Późniejsze wypadki były już tylko dalszym ciągiem i ujrzały światło dzienne po prasowych doniesieniach. Można się zastanawiać, na ile wewnętrzna konkurencja dwojga wysokich urzędników GIF mogła mieć wpływ na, z jednej strony, wykonywanie obowiązków nieadekwatnie do sytuacji z zagrożeniem dla życia wielu osób, a z drugiej strony, na tak niefortunny w finale udział w zespole konkursowym w USC. Ciekawi też i taki fakt, dlaczego pracownik GIF, Maria Tabor, która po unieważnieniu konkursu objęła stanowisko „p.o.” dyrektora, do konkursu na to stanowisko nie przystąpiła? Czyżby miała wiedzę, do czego ten konkurs zmierza? Kolejny konkurs, w identyczny sposób zakończony? Z tym, że w komisji konkursowej w USC nie było Zofii Ulz, za to była dyrektor generalna GIF, Helena Feliksiak. Odpowiedzialna za kwalifikacje i właściwe wykonywanie obowiązków służbowych wszystkich zatrudnionych w Głównym Inspektoracie Farmaceutycznym. W tym i za kwalifikacje i wykonywanie obowiązków przez Zbigniewa Niewójta, Dyrektora Departamentu Nadzoru. Na czym polegał ten nadzór? Dobre pytanie. Konkurs na prezesa GIF, zorganizowanym i przeprowadzonym w Ministerstwie Zdrowia, zakończył się wskazaniem jako najlepszego kandydata Zbigniewa Niewójta. Zastępca prezesa, Zofia Ulz musiała się zadowolić nadal pełnieniem funkcji zastępcy. Okazało się jednak, że nie trwało to długo. Sprawa Jelfy wypłynęła do wiadomości publicznej i Zbigniew Religa, chciał nie chciał, odwołał niedawnego faworyta. Tym samym niedawni kontrkandydaci w konkursie w pewnym sensie zamienili się miejscami. W pewnym sensie, bo gdzie się podział odwołany prezes, na razie nie wiadomo. Co będzie dalej, czas pokaże, bo pojawiające się wieści zdają się wskazywać na znacznie tragiczniejsze skutki, niż tylko zatrzymanie produkcji i trochę strachu. Minister Zdrowia spać raczej spokojnie jeszcze nie może. Niektórzy inni również. Tak przeprowadzony konkurs, jak to wyżej opisano, z całym szeregiem nieprawidłowości i bezspornego łamania prawa, z finałem już znanym, kwalifikuje się do dalszego rozpoznania. Na podstawie szczegółów, z których tu jedynie kilka przytoczono, wynika niezbicie, że nie wchodzi w grę popełnienie pomyłki. Rysują się zatem tylko dwie możliwości. Albo cały skład komisji konkursowej wykazał się niewyobrażalną wręcz niewydolnością intelektualną, albo też mamy do czynienia z działaniem celowym. Ale to już się ociera o art. 231 kodeksu karnego. Motywy faktyczne będą zapewne wyjaśniane w procesie sądowym. Zespół konkursowy, a ściślej Jan Pastwa, jako wówczas Szef Służby Cywilnej, odpowiada za niezgodne z prawem działania funkcjonariuszy publicznych, którym powierzył wykonywanie obowiązków. Szkoda wyrządzona osobie bezprawnie niedopuszczonej do konkursu jest ewidentna. W świetle ociągania się Szefa S.C. z powtórzeniem konkursu i zmianą przepisów, ta szkoda jest praktycznie nie do naprawienia. Stąd zastosowanie przepisów o odpowiedzialności za wyrządzoną szkodę na podstawie art. 417 kodeksu cywilnego w związku z art. 77 ust. 1 Konstytucji, wydaje się w pełni uzasadnione. Panu Ministrowi Zdrowia wypada zaś jedynie poddać pod rozwagę bardziej wnikliwą weryfikację pracowników wysokich szczebli w resorcie zdrowia, bo jeszcze niejeden kwiatek może na tej łące zakwitnąć. W konkursie z tak kompromitującym finałem główne role odgrywali wszak najwyżsi urzędnicy resortu. Z GIF – Zbigniew Niewójt i Helena Feliksiak, a z Ministerstwa Zdrowia Elżbieta Jazgarska. Niewykluczone, że Ministra Zbigniewa Religę wyręczy prokuratura w niektórych weryfikacjach. Twórcom ustawy o Państwowym Zasobie Kadrowym też warto polecić chwilę zadumy nad skutkami wdrażania w życie swoich pomysłów. Opisany tu został, nie pierwszy i nie ostatni, przykład jakości tego Zasobu Kadrowego, do którego automatycznie zaliczono parę tysięcy osób. Poziom kwalifikacji autorzy ustawy sami mogą ocenić. Tak komisji konkursowych, jak i wskazywanych przez nie kandydatów. W przewidywanym postępowaniu przed sądem pracy przeciw Szefowi Służby Cywilnej, a de facto, po zmianie przepisów, z jego następcą prawnym, Prezesem Rady Ministrów, może dojść do ciekawej ekwilibrystyki. [2] Mianowicie zespół konkursowy ma przed sobą do dyspozycji dwie możliwości: albo działał w stanie wyłączającym poczytalność, albo świadomie bezprawnie storpedował kandydaturę, a cały konkurs był grą pozorów. Ta druga możliwość ocierałaby się o zachowania korupcyjne, a co najmniej nadużycie stanowiska służbowego i niedopełnienie obowiązków, czyli działanie na szkodę interesu publicznego i prywatnego. Którą z tych możliwości, jeśli się nie straciło instynktu samozachowawczego, będą wybierać pozwani? Dla wielbicieli twórczości Orwella bądź Kafki, może się zarysowywać interesujący scenariusz, jak to pozwany udowadniał będzie z zapałem, że miał trudne dzieciństwo i pod górkę do szkoły. Witold Filipowicz Warszawa, listopad 2006 r.
Kategoria: administracja
Komentarze (2)
2006-12-06 01:13
Według nieoficjalnych jeszcze wieści, pośrednio jedynie potwierdzanych, szykuje się nam w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji projekt rozebrania każdego obywatela RP na czynniki pierwsze. Zamiar stworzenia potężnej bazy danych o każdym z nas nie tylko zastanawia. Potrafi wręcz porazić. Zwłaszcza, jeśli wziąć pod uwagę zakres gromadzonych danych i przede wszystkim potencjalnych dysponentów tej wiedzy. W najnowszym wydaniu tygodnika Wprost (Nr 1234) ukazał się artykuł „Widzą nas!”, w którym opisywany jest ów kolejny genialny pomysł, mający na celu – a jakże – czynienie dobrze obywatelowi, czyli całej najnowszej RP. Ta świeżutka wersja systemu PESEL nie będzie się już ograniczać do informacji podstawowych i niezbędnych. Dla naszego dobra, dla dobra wspólnego planowane jest zbieranie o nas takich informacji, jak np. przebyte choroby, realizowane recepty, stan majątkowy i rodzinny, a być może i towarzyski. Nie wiadomo, co jeszcze, bo resort jest wyjątkowo wstrzemięźliwy w udzielaniu informacji na ten temat. Nie tylko zresztą na ten i nie tylko teraz. Ta ciekawostka przyrodnicza jest swoistym kuriozum i z tego powodu, że – jak czytamy - najpierw ma powstać system i baza danych, czyli dokonany będzie wybór wykonawcy, a później dopiero dorobi się do tego przepisy. Wbrew pozorom, źródeł tego pomysłu nie trzeba się wcale doszukiwać w systemach państw totalitarnych, ponieważ prekursorem podobnych pomysłów jest amerykański system Echelon, który stworzono w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku i podobnie, jak obecny projekt resortu, również powstał pozaprawnie. Niebezpieczeństwa związane z takim systemem zasygnalizowano we wspomnianym artykule. Począwszy od realnej możliwości wykradania danych. Nie można też wykluczyć handlu nimi, nie takie rzeczy już wyciekały z różnych resortów. Zwłaszcza, że system ów ma funkcjonować w oparciu o wymianę informacji pomiędzy różnymi instytucjami. Po co faktycznie Państwu tak szeroka wiedza o każdym z nas, nie bardzo wiadomo. Wedle wypowiedzi rzecznika prasowego resortu, Tomasza Skłodowskiego, byłego dziennikarza od tropienia zła w administracji państwowej, owa wiedza ma służyć poprawie konkurencyjności polskich przedsiębiorstw oraz ułatwiać ma życie obywatelowi. Jaki jest związek jednego z drugim, tego na razie też nie można się dowiedzieć, bo na stronach internetowych resortu nic na ten temat nie ma. Robi się śmieszno, robi się straszno. Dziesiątki urzędników, których poziom wiedzy, mentalność, sposoby rozumienia roli funkcjonariusza publicznego w wykonywaniu zadań państwa opisano w setkach artykułów, będzie miało dostęp do wiedzy o każdym z nas, łącznie z najintymniejszymi szczegółami życia prywatnego. Co z ustawą o ochronie danych osobowych, która nakłada obowiązek uzyskania zgody na przetwarzanie danych ze sfery prywatności każdego obywatela? Co z konstytucyjna zasadą poszanowania prywatności? Wygląda na to, że zostaną zawieszone na kołku, a raczej powędrują do zamrażarki. Wyjmie się je po kolejnej zmianie władzy. Już sam taki pomysł jest jednym z głównych filarów budowy państwa policyjnego. Jeszcze bardziej poraża świadomość, kto będzie miał dostęp do tej wiedzy i co z nią może zrobić. Nawet pomijając już możliwość kryminalnych zachowań, handlu danymi, szantażu. Choćby ze zwykłej głupoty, braku podstawowej wiedzy o zasadach demokratycznego państwa prawnego. Szczególnie wobec rozumienia prawa i swojej roli wedle schematu: to jest dobre i to jest prawne, co nam aktualnie odpowiada lub jest przydatne dla bieżących potrzeb urzędnika. Przykładów takich jest tysiące. Sposoby wyjaśniania motywów swojego postępowania, sposoby rozumienia prawa wielokrotnie już były opisywane i jeżyły włos na głowie, gdy się słuchało światłych wywodów urzędników administracji publicznej. Tu akurat możemy wskazać kolejny kwiatuszek z tego samego ogródka, trzeba trafu, z rzecznikiem prasowym MSWiA w roli głównej. Niedawno w artykule „My czyści, my przejrzyści” opisano sposób nielegalnego zatrudnienia osoby na stanowisko p.o. dyrektora w Urzędzie Transportu Kolejowego. Dokonał tego ówczesny dyrektor generalny UTK, Lidia Ostrowska. Osoba o tych samych personaliach, po utracie stanowiska w UTK, pojawiła się później – i jest nadal – na stanowisku p.o. zastępcy dyrektora jednego z departamentów właśnie w MSWiA. Nielegalne zatrudnienie, o którym pisano, nosi cechy, co najmniej, kumoterstwa, więc wedle polskich standardów – w tym i tzw. Strategii Antykorupcyjnej, nomen omen, autorstwa resoru spraw wewnętrznych, można rozpatrywać ów przypadek jako przejaw działania wysokiego funkcjonariusza publicznego, noszącego cechy korupcji. Próba ustalenia, czy ówczesny dyrektor generalny z UTK i obecna p.o. zastępcy dyrektora w MSWiA, Lidia Ostrowska, to ta sama osoba, napotkało poważne trudności. Najpierw resort w ogóle przez ponad półtora miesiąca nie odpowiadał na pytania. Gdy wreszcie skierowane zostało pismo z zapowiedzią wniesienia skargi do sądu administracyjnego, resort dał głos. Osobliwie, piórem właśnie rzecznika prasowego, Tomasza Skłodowskiego, który pisze, m.in. tak: „(…) Nadmieniam również, że MSWIA jako organ administracji publicznej może udzielić Panu informacji na temat obecnych obowiązków czy prac pani Lidii Ostrowskiej, natomiast zgodnie z ustawą o ochronie danych osobowych nie jest upoważniony do udostępniania informacji dotyczących jej przeszłości zawodowej i wcześniejszych miejsc pracy(…)”.[1] Mamy tu kwintesencję sposobów rozumienia prawa przez urzędnika – wszak rzecznik prasowy, było nie było – pełniąc funkcję w administracji rządowej, ma status funkcjonariusza publicznego z wszelkimi z tego faktu wypływającymi obowiązkami. Jakie wykształcenie i doświadczenie w administracji publicznej, poza stażem dziennikarskim, posiada Tomasz Skłodowski, nie wiadomo i w gruncie rzeczy nie ma to znaczenia. Jeżeli jednak są one zbliżone do prawa lub administracji, to mamy przedsmak tego, czego możemy się spodziewać w związku z owym systemem powszechnej inwigilacji. Rzecznik prasowy, nie dość, że naruszył przepisy kilku ustaw, w tym o dostępie do informacji publicznej, o ochronie danych osobowych i kodeksie postępowania administracyjnego, nawypisywał stek bredni, to na dodatek przystroił się w cudze piórka. Zgodnie z przepisami o dostępie do informacji publicznej, odmowa udzielenia takowej następuje w formie decyzji administracyjnej, w terminie maksimum 14 dni. Tu nie dość, że terminy zostały całkowicie zignorowane, to odmowa następuje w formie nieznanej przepisom prawa, a udziela tej odmowy osoba, której - najprawdopodobniej – umocowanie prawne do tego rodzaju działań nie przysługuje. Spiętrzyło się w tej jednej sprawie znacznie więcej aspektów i ciekawostek, jak choćby brak zainteresowania przeszłością urzędnika, którego – być może niesłusznie – podejrzewa się o działania o charakterze korupcyjnym, a ucieczka od wyjaśnienia tylko te podejrzenia wzmaga. Czyni to osoba, która chwyciwszy się państwowego stanowiska, nagle zmienia swoje poglądy o sto osiemdziesiąt stopni. Sprawą zajmie się sąd administracyjny, o czym czytelnicy będą informowani w stosownym czasie w miarę rozwoju sytuacji.[2] Tacy właśnie urzędnicy mają zarządzać informacją o każdym z nas w zakresie niespotykanym, łącznie z historią naszych pozamałżeńskich wyskoków czy seksualnych orientacji. W jakim celu ta wiedza ma być gromadzona, nie wiadomo, bo wypowiedzi rzecznika prasowego już nawet gimnazjalisty nie potrafią rozśmieszyć. Jakoś trudno doszukać się związku pomiędzy przebytym przez obywatela syfilisem, a wzrostem konkurencyjności polskich przedsiębiorstw. Witold Filipowicz Warszawa, 1 sierpnia 2006 r.
Kategoria: administracja
Komentarze (0)
2006-12-04 20:38
Nie mają coś szczęścia obecni włodarze RP do obsadzania stanowisk. Najpierw przymusowa, jak twierdzą, koalicja z kodeksem karnym w tle. Potem z tym samym kodeksem w tle konstrukcja rządowego gabinetu, a dalej to już nieomal norma – co mianowanie, to paragrafy dźwięczeć poczynają. Oj, nie mają szczęścia władze. Czy tylko o szczęście tu chodzi? Jeszcze dwa, trzy miesiące wcześniej w głośnych krytykach opozycji dominowało odwoływanie się do wyborczych deklaracji obecnej władzy. Odnowy moralnej, uczciwego państwa, przejrzystości i niezłomnych zasad sprawiedliwości społecznej. Jak pamiętamy, były też w tych deklaracjach sprawy rozliczeń, lustracji powszechnej, dekomunizacji i usuwania ze stanowisk państwowych wszystkich nominatów poprzedniego układu. Już nawet nie tylko członków poprzedniej opcji politycznej, ale też tych, którzy z woli i poręki tamtej opcji poobsadzani byli na setkach wysokich stanowisk. O tych deklaracjach część opozycji, ze zrozumiałych względów, na ogół nie przypomina. Natomiast tematem dyżurnym, z upodobaniem podnoszonym przez wszystkich zawsze i wszędzie, jest walka z korupcją. To temat, wbrew pozorom, bezpieczny i wdzięczny. Dopóki pozostaje w deklaracjach. A od lat tam pozostaje, nie ma się co łudzić. W praktyce walka z korupcją sprowadza się do występów medialnych szeregu gwiazd specjalizujących się w opowiadaniach o korupcji. I nie zmieniają tego pojedyncze przypadki z lubością nagłaśniane, jako przykłady walk z patologiami. System pozostaje nietknięty. Po zawiązaniu koalicji argumenty o naprawie państwa zaczęły cichnąć, tracąc sens. Po ustanowieniu nowego składu rządu z wicepremierami i resztą zmian kierownictw resortów, w ogóle prawie zeszły na margines. Nastał czas zmian dalszych i tu już zaczęło się robić jeśli nie groteskowo, to przynajmniej dziwnie. Co decyzja, to rwetes i sugestie zmierzające w stronę prokuratur. O nowego prezesa PZU, J. Netzla, rwetes podniosła opozycja, choć tak naprawdę nikt nie potrafił nic konkretnego powiedzieć. Nawet zastrzeżenia sprowadzały się głównie do podważania kwalifikacji prezesa i nienaturalnej tajemniczości jego powołania. Ale zaczepiona władza natychmiast sięgnęła po swoją tajną broń i wytoczyła działa ciężkiego kalibru. Też niespecjalnie przekonujące. Mało konkretne opowieści o lewych interesach, mało wiarygodne przypuszczenia czy tezy, tajemniczy świadkowie, co to wiedzą, a nawet powiedzą, tylko trzeba ich zapytać. Dlaczego od razu nie trafiła sprawa do prokuratury, nie wiadomo. Być może, jak zwykle, gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Zapewne też o władzę, czyli również o pieniądze, a przy tym – z uwagi na specyficzny okres kolejnej kampanii wyborczej – być może też i o punkty w wyborach samorządowych. Każdej ze stron, żeby nie było wątpliwości. Postawa samej władzy też nie sprzyja normalizacji nastrojów. Premier wciąż powtarza, że nie ma żadnych dowodów na potwierdzenie ciemnych sprawek prezesa, wiec czeka na dalsze informacje. Czołowi politycy stadnie robią okrągłe oczy, gdy zapytać, kto J. Netzla rekomendował na stanowisko prezesa, minister gospodarki przez tydzień również był tajemniczy i oszczędny w słowach. A lud z buziami otwartymi patrzy i pyta, o co tu chodzi? Kto i w co tu gra? Przede wszystkim, po jakiego czorta obsadzać stanowiska ludźmi, którzy samą swoją osobą z miejsca wzbudzają kontrowersje i na dodatek tych kontrowersji najwyraźniej nie da się wyjaśnić tak od ręki. Nie trzeba być wróżką, by przewidzieć, że każda decyzja w sprawie PZU – na tle od blisko dwóch lat ujawnianych szczegółów prywatyzacji – odbierana będzie jako kolejny element gigantycznej afery. No i mamy, co mamy. Igrzyska. Nie trzeba było długo czekać na kolejną rewelację, znów z prezesem w roli głównej, B. Marcem z PGNiG. Tym razem jednak przynajmniej pojawiły się konkretne zarzuty o niejasnych poczynaniach gospodarczo-finansowych z przeszłości. W tym wypadku jest też konkret w postaci podjętego śledztwa przeciwko prezesowi Bogusławowi Marcowi. Co teraz zrobi premier, czy też będzie oczekiwał na jeszcze, zobaczymy. Nie czekał natomiast premier z odwoływaniem innych prezesów z innych spółek skarbu państwa. Powód? Na przykład utrata zaufania. I wystarczy. Lud też oczekuje. Na kolejnego bohatera, którego namierzą przedstawiciele mediów zwalczających wszelkie zło w RP. Właśnie rola mediów jest w tych wszystkich zawirowaniach intrygującą. Gdyby tak zapytać tropicieli zła o motywy wszczynania personalnych awantur – różnych mediów z różnymi preferencjami – niewątpliwie padałyby argumenty o interesie publicznym, dobru wspólnym, itd., itp. Nie może być inaczej, wszak dziennikarstwo to przede wszystkim misja społeczna. Tak przynajmniej wynika z prawa prasowego, różnych kart etyki dziennikarskiej i paru jeszcze kodeksów dobrych obyczajów. Zrozumiałe dla obywatela? Jasne, że zrozumiałe. Już trochę mniej zrozumiały staje się taki sposób wypełniania misji, gdy celem są wyłącznie stanowiska kierownicze w spółkach skarbu państwa. Znaczy tam, gdzie są konfitury. Tam, gdzie idzie gra o spore pieniądze. Inni prezesi tropicieli zła jakoś niespecjalnie interesują. Szczególnie ci z urzędów centralnej administracji rządowej. Za wyjątkiem agencji, gdzie też stoją konfitury, również unijne. Niby logiczne. Władza w takich instytucjach, to pieniądze. Ponoć nasze, wspólne. Pieniądze zaś to władza. Ta już raczej nie jest wspólna. A władza, jak wiadomo, wpływa, daje i – co nie mniej istotne – może też odbierać. Stąd też szczególne zainteresowanie prezesami od dużej kasy zdaje się mieć wielopoziomowe uzasadnienia. Niekoniecznie to współgra z misją mediów, ale kto by tam się przejmował szczegółami. Trochę też to odbiega od racjonalności, bowiem członkowie rad nadzorczych w spółkach skarbu państwa desygnowani są przez kierownictwa urzędów administracji rządowej. Głównie przez ministerstwa, ale i mają w tym swój wkład prezesi urzędów centralnych. Nie powinno więc być obojętne, kto tymi urzędami kieruje. Tymczasem wygląda na to, że w tej materii zarówno sfera rządowa, jak i media tropiące zło przyjęły jednolity front nie dostrzegania tematu. Przy czym trudno ocenić na razie, czy chodzi o rzeczywistą niewiedzę i brak zainteresowania – w przypadku mediów, czy może wręcz przeciwnie. Czy milczenie nie stanowi zasłony, poza którą rozgrywają się zupełnie inne strategie, niż prezentowane publicznie? Deklaracje przedwyborcze, z wiosny ubiegłego roku, o usuwaniu ze stanowisk ludzi z określonego kręgu władzy poprzedniej zdaje się pozostawać jedynie deklaracją. Szczególnie zabawnie brzmi w świetle tego niedawne oświadczenie jednego z wicepremierów. Publicznie zapowiedział wystąpienie z wnioskiem o delegalizację SLD. Przyczyną bezpośrednią była w tym przypadku wypowiedź konkretnej osoby z tej formacji. Dlaczego więc jeden występ pojedynczego członka posłużył do formułowania wniosków o znaczeniu ogólnym? Sprowadził się ów wniosek do twierdzenia, iż cała formacja jest szkodliwą dla państwa strukturą, którą raz na zawsze należy usunąć z życia publicznego. A równolegle z ową deklaracją utrzymywani są na najwyższych stanowiskach nominaci z tejże właśnie organizacji. Kto tu kogo próbuje wpuszczać w maliny? Bo na pewno nie wyborca sam siebie, ani też wybranych. Choćby z braku możliwości. Kiedy jesienią 2001 roku premier L. Miller zorganizował już swój gabinet, zaraz przystąpiono do czyszczenia stanowisk z elementu niesłusznego, wymienianego na element słuszny. Znaczy, wedle ekipy premiera wymieniano miernotę na fachowców. A że na fachowców z równie słusznym rodowodem, to i cóż? W końcu większość swoją fachowość zdobywała w czasach jedynie słusznego systemu. Efekty tej wymiany niesłusznych niefachowców na słusznych fachowców szybko zaczęły być widoczne i z biegiem czasu poznajemy coraz więcej szczegółów fachowej działalności zmienników. Jesienią 2005 roku nastąpiła kolejna zmiana warty i do władzy doszła opcja, której jednym z naczelnych haseł było właśnie oczyszczenie struktur państwa z elementu słusznego, który doprowadził stan państwa do kroczenia po równi pochyłej. Przy wnikliwej analizie można by pomyśleć, że w istocie była to jedynie kontynuacja. Jak wygląda obecnie naprawa państwa, widzimy na co dzień. Bój o stołki, kasę, brudne chwyty, demagogia. A w tle spokojnie sobie sprawują władzę pupile poprzedników, których nie tylko nikt nie zamierza wymieniać, wbrew wcześniejszym deklaracjom. Przeciwnie, zdaje się nawet premiować poszczególne przypadki odpowiednimi profitami. Gdyby rozpatrywać to w kategoriach ocen merytorycznej fachowości, to właściwie władzy obecnej nawet można byłoby poczytać za chwalebne wzniesienie się ponad podziały ideologiczne. Zwłaszcza mając na uwadze wyjątkowo krótką ławkę fachowych kadr. Jednakże trudno byłoby w ten sposób tłumaczyć pozostawianie na dziesiątkach wysokich stanowisk osób z poprzedniego namaszczenia, gdy wobec nich wysuwane są konkretne zastrzeżenia, zarzuty, a nawet zapadły prawomocne wyroki. Wielokrotnie opisywani w szeregu publikacji, czy znajdujący swe miejsce w raportach bohaterowie niejasnych poczynań, spokojnie koegzystują z obecną władzą i włos im z głowy nie spada. Mimo sukcesywnie przesyłanej do owej władzy informacji o konkretnych zdarzeniach, osobach i instytucjach, z dokumentowaniem spraw o wymowie nierzadko pachnącej kodeksem karnym. W związku z możliwością postawienia zarzutów o wykorzystywaniu stanowisk służbowych w celach niekoniecznie zgodnych z interesem państwa. Wielokrotnie przewijają się takie informacje, które zdają się spełniać przesłanki rozpatrywania konkretnych zdarzeń w świetle przepisów kodeksu karnego, poczynając od art. 231. Wystarczy tylko wskazać, tytułem przykładów, kilka urzędów centralnej administracji rządowej, o których pisano wielokrotnie, czy to w artykułach, czy w Raporcie „Służba cywilna III RP – zapomniany obszar” [1], prezentowanego w 2004 roku w ramach Programu Przeciw Korupcji. Szefowie tych instytucji nie tylko byli rekomendowani przez poprzednią ekipę, ale też często mają swe życiorysy zakorzenione głęboko w bezpośredniej działalności funkcyjnej struktur jedynie słusznej partii sprzed 1989 roku. I nie chodzi tu o sam fakt przynależności czy życiorysy jako takie, ale o postępowanie tu i teraz w taki sposób, jak opisane we wspomnianych publikacjach. - Prezes Głównego Urzędu Geodezji i Kartografii, Jerzy Albin – wraz ze swoimi współpracownikami, bohater Raportu z opisem sposobu postępowania w kwestii zatrudniania pod rządami przepisów ustawy o służbie cywilnej. Zaproszony przed oblicze sądu administracyjnego, wobec odmowy wyjaśnienia wątpliwości i udzielenia informacji, pokarany został dolegliwością w postaci nakazu udzielenia pełnej informacji i ukaraniu zwrotem kosztów sądowych w wysokości….pięciu złotych. - Kuratorium Oświaty w Warszawie – Zarówno ówczesny Wojewoda Mazowiecki oraz Kurator Oświaty w Warszawie przeszli już do historii. Natomiast inni opisani w Raporcie urzędnicy, na szczeblach dyrektorów w Kuratorium, nadal pełnią swoje funkcje i nikomu to nie przeszkadza. A sprawa jest dość interesująca i z tego względu, że po przetoczeniu się przez wiele urzędów, stanęła też na forum Senatu. Potem trafiła do kancelarii ówczesnego premiera Nie jest więc jakimś nieznanym zdarzeniem. Zwłaszcza dla szefa Służby Cywilnej w związku ze swoim show w Senacie w tej sprawie. Bardziej szczegółowo historia ta opisana jest w artykule „Przekrzywiona opaska Temidy” - Główny Inspektor Transportu Drogowego, Seweryn Karczmarek – również bohater wzmianki w Raporcie, ale wraz z podległymi pracownikami wysokiego szczebla opisany bardziej szczegółowo w artykule „Paragrafy i kaptury”. Tekst ów posłużył za podstawę do wystąpienia przez jednego z obruszonych urzędników z prywatnym aktem oskarżenia. To spowodowało wniesienie przez autora tekstu oskarżenia wzajemnego. Od ponad półtora roku sprawa tkwi w martwym punkcie. Z inicjatywy autora artykułu minister sprawiedliwości przekazał ją do wyjaśnienia Prokuraturze Apelacyjnej. Głównie na okoliczność ustalenia sposobów postępowania prokuratur rejonowej i okręgowej, a także sądu rejonowego. Tym samym sprawdzaniem jest objęte Kuratorium Oświaty w Warszawie. Czy należy się spodziewać jakichś rewelacji? - Urząd Transportu Kolejowego, Janusz Dyduch – odwołany w początkach czerwca, ale bynajmniej nie z powodu zawirowań, o czym kilka dni wcześniej można było przeczytać w artykule „My czyści, my przejrzyści”. Opisany tam został sposób nielegalnego zatrudnienia „p.o.” dyrektora, potem „zalegalizowanego”. Następnie zaś zorganizowano konkurs na to stanowisko, który ów „zalegalizowany” wygrał. Szef Służby Cywilnej zatwierdził to bez zmrużenia oka. Prezesa wprawdzie nie ma, stanowisko objął ktoś inny. Natomiast pozostali bohaterowie, biorący bezpośredni udział w opisywanych zdarzeniach, trwają na stanowiskach dyrektorów,. Można się spodziewać, że wkrótce i oni przystąpią do konkursów. Chyba obstawiać wyników nie ma sensu, niezależnie od liczby kontrkandydatów, o ile się takowi znajdą. Ale od czegóż pomysłowość w konstruowaniu warunków udziału w konkursach? - Urząd Patentowy Rzeczypospolitej Polskiej, Alicja Adamczak – ten przypadek jest wyjątkowo interesujący i zasługuje na bardziej szczegółowe potraktowanie w odrębnie poświęconych kilku tekstach. Sprawa okazała się dość rozwojowa i to w kilku aspektach. W tym i roli rejonowego sądu pracy, który rozpoznawał sprawę sposobu pozbycia się jednego z dyrektorów, pochodzącego z konkursu. W trakcie postępowania sądowego i czynionych na bieżąco ustaleń wielu pojawiających się szczegółów, o zadziwiającej wymowie traktowania instytucji państwowej, obraz działania prezesa z nadania ekipy premiera L. Millera, Alicji Adamczak, jawi się w wyjątkowo interesującym świetle. Zarówno w odniesieniu do pozostałych stanowisk podlegających konkursom, jak i podstaw prawnych sprawowania niektórych funkcji kierowniczych. Również zagadkowej zmiany statutu, nadanego przez premiera J. Buzka, a z inicjatywy obecnej prezes zmienionego i zatwierdzonego przez premiera M. Belkę. Tu na razie wystarczy wskazać fragment uzasadnienia wyroku (sygn. akt VII P 464 /06) warszawskiego sądu pracy w odniesieniu do kierownictwa Urzędu Patentowego RP: „(…)Czynność prawna stron w postaci zawarcia umowy o pracę na czas określony była jak już wskazano wyżej sprzeczna z zasadami współżycia społecznego, ale nie była sprzeczna z prawem, bowiem została zawarta w granicach zakreślonych przez ustawodawcę w treści przepisu art. 48 ust 3. Zmierzała jednak do obejścia prawa. Cel obejścia ustawy polega bowiem na takim ukształtowaniu treści umowy, które pozornie nie sprzeciwia się ustawie, ale w rzeczywistości zmierza do zrealizowania celu przez nią zakazanego. Umowie o pracę nienaruszającej w tym wypadku art. 48 ust 3 ustawy można stawiać zarzut zawarcia w celu obejścia prawa, gdyż jej cel dyktowany był wyłącznie chęcią pozornej realizacji wyniku konkursu, a w efekcie zmierzał do jego zanegowania. Mając na względzie powyższe rozważania Sąd na zasadzie art. 59 kp w związku z art. 56 kp zasądził na rzecz powoda odszkodowanie (...)”. Wymowa powyższego uzasadnienia jest tego rodzaju, że w cywilizowanym państwie byłby to wyrok na funkcjonariuszy publicznych. Sąd pracy jest sądem postępowania cywilnego, więc rozpoznaje sprawę w zakresie swojej właściwości. Jednakże treść uzasadnienia wyroku przeciwko kierownictwu Urzędu Patentowego RP spełnia przesłanki zawarte w hipotezie art. 231 KK o przekroczeniu uprawnień i niedopełnieniu obowiązku służbowego. Po ludzku - nadużyciu stanowisk służbowych dla własnych celów. Wprawdzie istnieje art. 474 kodeksu cywilnego – dający możliwość sądowi zainteresowania odpowiednich organów w przypadkach stwierdzonego działania sprzecznego regułami. Ale to raczej reliktowy przepis i sądy na ogół udają, że on nie istnieje. Tymczasem, w naszym demokratycznym państwie, praworządnym, a jakże, prezes zostaje „ukarana” reprymendą sądu i odszkodowaniem oraz wszelkimi innymi kosztami. Zapłaci, za świadome i celowe łamanie prawa przez wysokich urzędników państwowych – oczywiście - podatnik. Historie stanowisk dyrektorskich UP RP będą miały poświęcony swój odrębny tekst, bowiem zbyt wiele byłoby na jeden raz. A poza tym sprawa postępowania sądowego nie jest zakończona. Przeciwnie, zaczyna nabierać rozmachu, bo w apelacji już doznała rozdwojenia. Do odrębnego rozpoznawania została przekazana skarga przeciw sądowi rejonowemu wraz z ustaleniem faktycznej, dość zagadkowej roli samego sądu w tej sprawie. Być może warto będzie przybliżyć osobę prezes Alicji Adamczak wraz z jej działalnością na wielu polach życia publicznego, gdzie kwestie zawodów i osób zaufania publicznego zajmują niepoślednie miejsce. Wszystkie wyżej opisane historie – i wiele innych - były sukcesywnie przesyłane informacyjnie do osób odpowiedzialnych za jakość struktur państwa i praworządne działania organów władzy publicznej. Jak dotąd jedynym skutkiem jest wzmożone zużycie papieru. Czasem zdarzała się odpowiedź w sensie pamiętnego sprzed lat powiedzenia „wicie, rozumicie” albo szablonu typu „życzymy sukcesów działalności publicystycznej oraz przybliżaniu społeczeństwu zagadnień prawnych”. Nie wydaję się, by to akurat społeczeństwu takie przybliżanie było tu potrzebne. Adresatów takich dedykacji warto poszukać w innych rejonach. Również warto byłoby poznać stanowisko niektórych organów nadzoru, czyli poszczególnych ministrów resortów. W przypadku na przykład Urzędu Patentowego RP ministra gospodarki, właściwego też w sprawie prezesa PGNiG Bogdana Marca. Równolegle otrzymywały te i wiele innych informacji wszystkie media rodzime dla słynnych tropicieli zła. Efekt? Doskonałe milczenie. Za to rwetes o prezesach spółek skarbu państwa słychać daleko, aż na wybrzeżach Portugalii, a nawet w okolicach New Jersey. Kto ma w tym interes, by tak właśnie kształtowała się wiedza społeczeństwa? Komu zależy na tym, by jedne sprawy nagłaśniać, a inne, niemniej bulwersujące okrywać mgłą milczenia? Jaka jest wspólna płaszczyzna tej zadziwiającej symbiozy tropicieli zła i władzy? Jak, w świetle powyższego, można odczytywać kolejne zestawy haseł w inauguracji kampanii wyborczej do samorządów, które wygłaszał Jarosław Kaczyński na pierwszym spotkaniu z wyborcami: „(…)"chodzi o to, by w Polsce nastał taki porządek społeczny, w którym dobrym będzie dobrze, a złym - źle" (...) "Ta akcja ma doprowadzić do tego, abyśmy nigdy nie znajdowali się w takiej sytuacji, że człowiek uczciwy pozostaje sam, bez pomocy".(…)” Czyżby wciąż wierzono w magiczną formułę, iż „ciemny lud wszystko kupi”? Może i racja. Witold Filipowicz Warszawa, 17 czerwca 2006 r.
Kategoria: administracja
Komentarze (5)
2006-12-03 14:24
CDN…….. Inny obrazek z tej samej serii…… Główny Inspektorat Transportu Samochodowego ogłosił nabór na stanowisko inspektora w Biurze Administracyjno-Gospodarczym. W ciągu kilku dni, spośród blisko 90 ofert, wybrano do rozmów kwalifikacyjnych 9 osób i ustalono najlepszego kandydata, z którym potem zawarto umowę. Próby ustalenia szczegółów tej procedury również napotykały na wiele trudności. Pytanie o kwalifikacje wybranego kandydata dyrektor generalny GITD w ogóle pominął, choć ta kwestia była podstawą próby ustalenia przebiegu i rozstrzygnięcia naboru. Nie było pytania, kto wygrał, lecz z jakimi kwalifikacjami, zatem chodziło o takie informacje, które w tej sytuacji nie były chronione prawnie, w szczególności nie podlegały przepisom ustawy o ochronie danych osobowych. Oznacza to, że wysoki funkcjonariusz publiczny łamał prawo uchylając się od udzielenia informacji publicznej. Na dodatek w formie nieznanej administracji na gruncie przepisów prawa administracyjnego. Tę osobliwość tajności może poniekąd wyjaśniać informacja udzielona później przez Głównego Inspektora TD. Wynikało z niej, że najlepszy kandydat legitymował się kwalifikacjami niemal śladowymi w porównaniu do, co najmniej, jednej oferty złożonej w tym postępowaniu. Ale też i taki można było wniosek wyciągnąć, że pozostałe oferty złożyli kandydaci o kwalifikacjach jeszcze niższych. To już chyba pozostawaliby górnicy albo rolnicy, którzy akurat przybyli do miasta z protestami i przy okazji wpadli do urzędu, by zaproponować swoje usługi. Nikt z kierownictwa GITD nie potrafił wyjaśnić, dlaczego pominięta została w ogóle oferta dokumentująca kwalifikacje przewyższające nieporównywalnie kwalifikacje osoby wybranej. Zasada konkurencyjnego naboru, o której mowa w art. 5 usc, znów zdawała się tu być rozumiana przez funkcjonariuszy publicznych w sposób dość nietypowy. W postępowaniach naboru do służby cywilnej nie ma obowiązku powoływania komisji kwalifikacyjnych. Jeżeli jednak już się je powołuje, to na podstawie dokumentacji dokonuje się selekcji kandydatów do rozmów kwalifikacyjnych i w trakcie tych rozmów dokonuje wyboru kandydata najlepszego. Takie rozmowy kwalifikacyjne to w wielu przypadkach bardziej spektakl, o czym wielokrotnie już pisano. Niezależnie jednak od przyjętej drogi rekrutacji, w tym pierwszym stadium selekcji urzędnik-selekcjoner ma do czynienia wyłącznie z dokumentami. Dokonywanie wyboru może się zatem odbywać wyłącznie na podstawie merytorycznej ich treści. Jeżeli więc zostaje pominięta w ogóle aplikacja o wysokich kwalifikacjach na rzecz kandydata – jak się potem okazuje – o kwalifikacjach śladowych, to zasada konkurencyjności na tym etapie jest po prostu fikcją. W tym konkretnym przypadku fakt ten został udowodniony przez jego udokumentowanie. Podobnie jak w przypadku Mazowieckiego Kuratora Oświaty, pozostawało jedynie wyjaśnić przyczyny takiego postępowania, bowiem i tu zdawały się zachodzić przesłanki określone w art. 231 Kodeksu karnego o przekroczeniu uprawnień i nadużyciu stanowiska służbowego na szkodę interesu publicznego i prywatnego. Zarzut taki trafił znów do Prokuratury Rejonowej Warszawa-Śródmieście przesłany z Sądu Rejonowego. Ściślej poprzez Prokuraturę Rejonową Warszawa-Wola, bowiem Sąd pomylił właściwości miejscowe prokuratur. I w tym przypadku Prokuratura Rejonowa Warszawa-Śródmieście odmówiła podjęcia jakichkolwiek czynności sprawdzających. Z treści uzasadnienia odmowy tym razem jednak można było się dowiedzieć dlaczego. Powiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa złożone zostało w innym trybie, niż w przypadku Kuratorium. Mianowicie wnioskodawca był zarazem pokrzywdzonym, zatem musiał otrzymać zarówno postanowienie, jak i uzasadnienie odmowy. Z fragmentu uzasadnienia: „(…) Faktem bezspornym jest, iż (...) nie został zakwalifikowany do rozmowy o pracę (…) Brak jest jednak danych które wskazywałyby na przekroczenie uprawnień, bądź niedopełnienie obowiązku przez przewodniczącą komisji kwalifikacyjnej (…) Przede wszystkim należy zauważyć, iż przepisy ustawy o służbie cywilnej nie regulują sposobu przeprowadzania i dokumentowania procedury naboru. (…) Nadto z istoty konkursu wynika, iż ma on charakter ocenny, oparty oczywiście na porównywaniu merytorycznych przesłanek odnośnie każdego z kandydatów. Do komisji należy jednak ostateczny wybór kandydata uwzględniając całokształt uwarunkowań związanych z danym stanowiskiem, ew. przydatnością kandydata do pracy. Nie można więc przyjąć, iż przewodniczący komisji kwalifikacyjnej przekroczył swe uprawnienia, bądź niedopełnił obowiązków w sytuacji przeprowadzenia konkursu i wyboru kandydata spełniającego wg. oceny wymagania stanowiska. (...) głównym zarzutem (…) jest fakt, iż wg niego jego kwalifikacje merytoryczne są bezspornie wyższe od pozostałych kandydatów, lecz jest to nadal tylko jego subiektywna ocena bez podania merytorycznych przesłanek takiego założenia.(…)”[1] Co do „subiektywnej oceny” i „przesłanek założenia” warto zacytować fragment pisma Głównego Inspektora TD: „(…) W Pańskim przypadku Komisja mogła dojść do wniosku, że Pańskie kwalifikacje predysponują Pana do zajmowania wyższych stanowisk, aniżeli stanowisko o typowo pomocniczym charakterze(…)”[2]. Ponadto zaś już w chwili otrzymania przez Prokuraturę Rejonową akt sprawy wiadomo było, że pominięta aplikacja dokumentowała kwalifikacje nie niższe, od kwalifikacji przewodniczącej komisji. Zatem mowa o subiektywnych odczuciach czy tezach nie wiadomo właściwie, do czego się odnosi, skoro Prokuratura dysponowała konkretnymi dowodami, świadczącymi o czymś zupełnie przeciwnym, niż treść uzasadnienia. Ale to tylko drobny szczegół w porównaniu do całości wymowy treści uzasadnienia. Wynika bowiem z niego, że cele ustawy o służbie cywilnej, w części konkurencyjnego naboru, otrzymały tu odwrotne znaczenie, niż powszechnie przyjmowane. Ponadto organy ścigania usprawiedliwiają działania urzędników w taki sposób, w jaki samym urzędnikom nie przyszłoby do głowy. Wynika z uzasadnienia taki oto pogląd, że konkurencyjny sposób naboru do służby cywilnej jest w istocie oparty wyłącznie na arbitralnych decyzjach urzędników. W jakim celu mają być w związku z tym przeprowadzane te niby-konkursy, tego już Prokuratura nie wyjaśnia. W zażaleniu do Prokuratury Okręgowej w Warszawie zawarty został fragment uzasadnienia poselskiego, odnoszącego się właśnie do treści art. 5 usc, prezentowany w trakcie prac nad nowelizacją ustawy i, trzeba podkreślić, nie następuje żadna zmiana sytuacji prawnej, a jedynie zostają wzmocnione instrumenty przestrzegania tej samej wciąż zasady: „(…)Poseł Sprawozdawca Kazimierz Sas: Panie Marszałku! Wysoki Sejmie! Celem mego wystąpienia jest przedstawienie sprawozdania Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych oraz Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej o rządowym projekcie ustawy o zmianie ustawy o służbie cywilnej oraz niektórych innych ustaw (druk nr 3346). Projekt ten (…) był procedowany, rozpatrywany przez tę samą podkomisję nadzwyczajną na 9 posiedzeniach z udziałem licznego grona ekspertów, przedstawicieli rządu, Biura Studiów i Ekspertyz oraz legislatorów sejmowych. Główną przesłanką nowelizacji ustawy o służbie cywilnej oraz niektórych innych ustaw jest wzmocnienie zasady wyrażonej w art. 5 tej ustawy (..) O tym, jak ważny i istotny jest cel, służebny cel funkcjonowania służby cywilnej, stanowi art. 153 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, który mówi, że służba cywilna ma zapewnić zawodowe, rzetelne, bezstronne i politycznie neutralne wykonywanie zadań państwa. Projekt wprowadza w sposób bardziej klarowny i precyzyjny niż dotychczas zasady przeprowadzania naboru na wolne stanowiska w służbie cywilnej. Chodzi również o to, aby był zrealizowany wymóg art. 60 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, czyli równy dostęp do służby publicznej przez zapewnienie przejrzystości procedur związanych z obsadzaniem wolnych stanowisk w urzędach administracji rządowej. (…) Kwestie praktycznego stosowania dotychczasowej ustawy o służbie cywilnej, a szczególnie zasady, że nabór do służby cywilnej jest otwarty i konkurencyjny, były i pewnie są przedmiotem krytycznych uwag i licznych kontrowersji, które pojawiały się w mediach(…) A więc te zarzuty nepotyzmu, klientelizmu politycznego, koteryjności są znane, mówiliśmy o tym w odniesieniu do poprzedniego projektu ustawy. Wciąż niespełniony jest - zdaniem obywateli, publicystów - postulat fachowości kadry urzędniczej, od której oczekujemy, że będzie administracją rządową profesjonalną, apolityczną, a głównym kryterium polityki kadrowej urzędów będzie najwyższa jakość merytoryczna kandydatów do pracy w różnych agendach rządowych. (…)” [3] Na Prokuraturze Okręgowej zdanie członków komisji sejmowych również nie zrobiło żadnego wrażenia, podtrzymała ona stanowisko Prokuratury Rejonowej i ponownie sprawa trafiła do tego samego Sądu Rejonowego w Warszawie, jak w przypadku Kuratorium Oświaty. Wyrok sądu był w praktyce jednobrzmiący z uzasadnieniem Prokuratury Rejonowej.[4] Doszedł więc jeszcze jeden niezwykle interesujący element, który zdaje się odwracać do góry nogami cały system prawny RP. Przynajmniej w części dokonywania wykładni znaczenia przepisów prawnych. Okazuje się bowiem, że – według strażników praworządności – wykładnia ustawodawcy nie ma dla nich większego znaczenia. W jej miejsce urzędnicy sami dokonali wykładni znaczenia przepisu, odwrotnego. W konsekwencji pozbawiło to sensu inne przepisy, regulujące procedury otwartego i konkurencyjnego naboru do służby cywilnej. Te dwa przypadki są tylko przykładami, jednymi z wielu, jakie mają miejsce w obszarze służby cywilnej, która – według art. 153 ust. 1 Konstytucji RP – ma być profesjonalna, rzetelna i bezstronna, a przede wszystkim apolityczna. Znacznie więcej i bardziej szczegółowo przedstawionych zostało kilka innych ciekawych zdarzeń w Raporcie o służbie cywilnej, który – w odróżnieniu do wielu opracowań tego tematu – nie doczekał się ani jednej wzmianki w mediach, że coś takiego w ogóle się kiedyś pokazało. Nawet debata wokół tego Raportu odbyła się przy drzwiach zamkniętych i, co dziwniejsze, bez udziału przedstawicieli ówczesnych władz.[5] I cóż się dzieje dalej z takimi i wieloma innymi przypadkami? Nic. Nie ma sprawy. Dalej toczą się postępowania, konkurencyjne, a jakże, w przepisach. W praktyce merytoryczne oceny zastępowane zdają się być arbitralnością i specyficznie rozumianym „interesem państwa”. A mowa o tym przewija się w wielu konkretnych przepisach, w tym szczególnie w przepisach adresowanych do członków korpusu służby cywilnej, m. in. na przykład w art. 67 ust. 1 pkt 2: „Członek korpusu służby cywilnej jest obowiązany w szczególności (…) chronić interesy państwa oraz prawa człowieka i obywatela”. Zdaje się, że próba wyjaśnienie przez urzędników, jakie to interesy państwa i jakie prawa człowieka i obywatela, chronione są w ten sposób, w tych i wielu podobnych przypadkach, nastręczyłoby sporych trudności. Strażnicy praworządności w RP zdają się stawać na stanowisku, że łamanie zasad konstytucyjnych przez funkcjonariuszy publicznych, to w końcu nic takiego. Tym bardziej przepisów ustaw niższej rangi niż ustawa zasadnicza. Wskazywanie faktów, udokumentowanych działań sprzecznych z prawem, których sami urzędnicy nie potrafią w sposób racjonalny wyjaśnić, też na nikim nie robi żadnego wrażenia. Takie zagadkowe castingi na stanowiska w administracji rządowej nikogo nie zastanawiają. Nikt też dotąd nie pokusił się o przeprowadzenie badań pod takim właśnie kątem i pośród dziesiątków zadziwionych wynikami uczestników tych procedur. Czy może bardziej byłoby tu na miejscu użycie określenia procederów? Niewiedza o rzeczywistości? A może obawa przed wynikami takich badań, których ujawnienie mogłoby przewrócić do góry nogami konstruowany przez lata obraz doskonałości systemu? Lepiej i bezpieczniej zamknąć nastolatka za fałszowanie legitymacji albo wnieść kilkadziesiąt aktów oskarżenia przeciw małżonkom, którzy sfałszowali podpisy na deklaracjach przenoszących ich najbliższych do innej przychodni. Szczególnie groźnym przestępstwem może też być wygłoszona przez bezdomnego tyrada pod adresem prezydenta, co uruchomiło cały aparat bezpieczeństwa państwa i wymiaru sprawiedliwości. W końcu każdy czyn bezprawny można uznać za zagrożenie bezpieczeństwa państwa. Dura lex, sed lex – jest czyn zabroniony, prawo musi wkroczyć. Pytanie się tylko takie natrętnie pojawia: dla kogo Dura, dla kogo lex? Atrybuty Temidy zdają się kwalifikować do gruntownego remontu. Miecz obosieczny po stronie z napisem „obywatel” błyszczy i tnie całkiem dobrze, po stronie z napisem „państwo” stępiał i zaśniedział już dawno. Wagi sprawiedliwości od dziesiątków lat nikt nie tarował, stąd wychyla się gdzie chce i jak chce, najczęściej zgodnie z powiewami. Niekoniecznie wiatru. A wszystko przez to, że nobliwej damie opaska się z oczu zsunęła i bogini praworządności wciąż zerka spod niej, kto i co jej na wagę kładzie. [1] Postanowienie z dnia 26 kwietnia 2005 r. – Lesław Bożek, asesor Prokuratury Rejonowej Warszawa-Śródmieście, sygn. akt 4 Ds. 1252/05?V [2] Pismo Głównego Inspektora Transportu Drogowego, BKS-110-15/04 z dnia 14 kwietnia 2004 r. [3] Stenogram wystąpienia z 20 kwietnia 2005 r. [4] Postanowienie Sądu Rejonowego w Warszawie, II Wydział Karny, sygn. akt II Kp 1518/05 z dnia 18 lipca 2005 r. [5] Debata wokół Raportu „Służba cywilna III RP – zapomniany obszar” z dnia 16 kwietnia 2004 r. – teksty dostępne na stronach Fundacji Batorego.
Kategoria: administracja
Komentarze (0)
2006-12-01 10:42
Obie opcje polityczne wykazały w tych sprawach identyczne podejście.......
Bogini sprawiedliwości i praworządności przedstawiana jest jako dama z kilkoma nieodłącznymi atrybutami: mieczem, wagą, rogiem obfitości i opaską na oczach. Ta opaska symbolizuje, obowiązującą i w naszym systemie, równość wobec prawa. Zasada tej równości wyrażona została w art. 32 Konstytucji RP. Nie ma od niej żadnych odstępstw, żadnych wyjątków. Nie ma znaczenia status społeczny, ekonomiczny, rasa narodowość, płeć czy wyznanie. Każdy musi być traktowany jednakowo, gdy przyjdzie oceniać jego poczynania. Dura lex, sed lex powiadali starożytni. Twarde prawo, ale prawo. Przestrzegać go muszą wszyscy i kropka. Zmyślni byli ci starożytni konstruując sobie takie proste i jasne reguły. Nieco inaczej zdaje się wyglądać realizacja tych reguł. Trudno czasem dociec, na gruncie racjonalnych rozważań, jakimi motywami kierują się odpowiednie organy szeroko pojmowanej władzy publicznej. Niemniej trudne jest zrozumienie kryteriów, jakimi kierują się reprezentanci tych organów, strażnicy praworządności. Szczególnie zagadkowe są rozstrzygnięcia, gdy z okoliczności sprawy i faktów wynika, że nastąpiło bezsporne naruszenie prawa, natomiast uzasadnienia decyzji zdają się twierdzić coś wręcz przeciwnego. Ilustracją takich zastanawiających rozstrzygnięć mogą być dwa przypadki z tego samego obszaru – sposobów realizacji zasad obsadzania stanowisk w administracji rządowej. Przepisy szczególne ustalają te zasady przede wszystkim treścią art. 5 ustawy o służbie cywilnej: „Każdy obywatel ma prawo do informacji o wolnych stanowiskach pracy w służbie cywilnej, a nabór do służby cywilnej jest otwarty oraz konkurencyjny”. Znaczenie przepisu wydaje się być na pierwszy rzut oka oczywiste. W praktyce wygląda to nieco inaczej, w szczególności w rozumieniu tych zasad przez funkcjonariuszy administracji publicznej, jak i organów ścigania oraz wymiaru sprawiedliwości. Mazowiecki Kurator Oświaty ogłosił w 2002 r. nabór na stanowisko zastępcy dyrektora Wydziału w Kuratorium Oświaty w Warszawie. Wiele miesięcy trwały próby ustalenia, a właściwie wydzierania informacji o szczegółach przebiegu tej procedury i jej wyniku. Sprawa przetoczyła się poprzez Kuratorium, Mazowieckiego Kuratora Oświaty, Wojewodę Mazowieckiego, Ministra Edukacji, Szefa Służby Cywilnej, ponownie Wojewodę Mazowieckiego, Kancelarię Premiera, znów Wojewodę Mazowieckiego i dopiero ten nakazał wreszcie Mazowieckiemu Kuratorowi Oświaty udzielić informacji publicznej o szczegółach przebiegu tej konkretnej procedury obsadzania stanowiska. Wynik: otwarty i konkurencyjny nabór został przeprowadzony w ciągu jednego dnia, następnego po terminie do składania ofert. Tego samego dnia wybrano najlepszego kandydata i natychmiast podpisano z nim umowę o pracę. Już samo takie tempo mogło wzbudzać poważne wątpliwości, co do działań zgodnych z prawem, a okoliczności i cały szereg innych zdarzeń z tym naborem związanych tym bardziej te wątpliwości potęgował. Jednakże najbardziej istotnym faktem, będącym bezspornym dowodem złamania prawa przez funkcjonariuszy publicznych, był termin przeprowadzenia i rozstrzygnięcia postępowania. Zgodnie z przepisami o terminach i z warunkami składania ofert każdy, kto nadałby w urzędzie pocztowym przesyłkę choćby w ostatnim dniu terminu, miał prawo wziąć udział w tej konkurencyjnej procedurze. Skoro jednak została ona przeprowadzona już następnego dnia po terminie składania ofert to oznaczało, że w sposób oczywisty złamane zostało prawo równego dostępu do ubiegania się o pracę w służbie cywilnej, o czym mowa w art. 60 Konstytucji RP. Jest to fakt udowodniony, potwierdzony przez samych funkcjonariuszy publicznych. Jedynym więc aspektem do wyjaśnienia pozostawało ustalenie motywów takiego postępowania. Z dokumentów wynika bowiem, że każdy kto dochowałby terminu składania ofert i wysłałby swoją w ostatnim dniu tego terminu, nie miałby nawet szansy na to, by jego aplikacja w ogóle została rozpatrzona. Nie mówiąc już o tym, że tego samego dnia podpisana została umowa o pracę z tak błyskawicznie wybranym kandydatem. Jak w istocie wyglądała ta procedura można sobie uzmysłowić na podstawie fragmentów dwóch tekstów ze stenogramów z posiedzeń Senatu RP: „(…)Oświadczenie skierowane do prezesa Rady Ministrów Marka Belki Zwrócił się do mnie (…), który ubiegał się o stanowisko zastępcy dyrektora Wydziału Organizacyjno-Administracyjnego w Mazowieckim Kuratorium Oświaty po ogłoszeniu w Biuletynie Służby Cywilnej nr 18/2003 z 15 września 2003 r. konkursu na obsadzenie tego stanowiska. Według informacji (…) następnego dnia po upływie terminu składania ofert, to jest 1 października 2003 r., "dokonano oceny czterdziestu ofert, wybrano grupę kandydatów do rozmów kwalifikacyjnych - nie wiadomo, jak liczną - powiadomiono te osoby o terminie rozmów wstępnych, dokonano oceny znajomości między innymi przepisów prawa, umiejętności stosowania prawa i redagowania pism urzędowych, następnie rozstrzygnięto konkurencyjny nabór i tego samego dnia nawiązano stosunek pracy z wybranym kandydatem". (…) Stosując taki tryb rozstrzygnięcia konkursu, złamano zasady otwartości i konkurencyjności, o których mówi art. 5 ustawy o służbie cywilnej, mające służyć zapewnieniu zawodowego, rzetelnego, bezstronnego i politycznie neutralnego wykonywania zadań państwa. (…) Charakterystyczne jest, że (…) dopiero po długich i wytrwałych staraniach uzyskał (…) dostęp tylko do części informacji dotyczących przeprowadzonego postępowania mającego wyłonić kandydata. Najpierw bowiem kurator mazowiecki zdecydowanie odmówił mu informacji między innymi o liczbie złożonych ofert, liczbie kandydatów zaproszonych do rozmowy kwalifikacyjnej i terminie rozstrzygnięcia. Następnie wojewoda, do którego zwrócił się o interwencję, wydał decyzję odmowną. (...) Dokumenty trafiły wówczas między innymi do szefa służby cywilnej i po krążeniu od urzędu do urzędu wróciły do wojewody. Uchylił on wcześniejszą decyzję i dzięki temu mazowiecki kurator oświaty także zmienił zdanie. W związku z tym zwracam się do Pana Premiera o spowodowanie, aby w pańskim imieniu dokonana została ocena przeprowadzonego konkursu w świetle wysuniętych zarzutów.(…)”[1] i fragmentów odpowiedzi Szefa Służby Cywilnej skierowanej do Marszałka Senatu: „(…)Szanowny Panie Marszałku W odpowiedzi na przekazane wraz z pismem znak DPS-4404-210(2)/05 z dnia 11 maja 2005 r. oświadczenie senatora Jana Szafrańca, złożone podczas 80. posiedzenia Senatu RP w dniu 28 kwietnia br., z upoważnienia Prezesa Rady Ministrów przedstawiam następujące wyjaśnienia w sprawie poruszonej w tym oświadczeniu. (…)Z informacji przekazanych przez Mazowieckiego Kuratora Oświaty wynika, że w odpowiedzi na ogłoszenie na stanowisko zastępcy dyrektora Wydziału Organizacyjno-Prawnego w kuratorium Oświaty, zgłosiło się 40 osób, a selekcja kandydatów przebiegała w trzech etapach: (…) Z wyjaśnień przekazanych przez Mazowieckiego Kuratora Oświaty nie wynika, by w trakcie procesu naboru zastosowano inną metodę selekcji poza badaniem dokumentów. W piśmie z dnia 28 maja 2004 r. znajduje się jedynie wzmianka o przeprowadzonej rozmowie z wyłonionym kandydatem. Trudno więc określić, w jaki sposób osoby dokonujące selekcji kandydatów były w stanie ocenić ich umiejętność i wiedzę, np. umiejętność stosowania przepisów prawnych, umiejętność praktycznego stosowania prawa i redagowania pism urzędowych czy niezamieszczone w ogłoszeniu, a będące istotnymi kryteriami selekcji: znajomość przepisów ustawy z dnia 10 czerwca 1994 r. o zamówieniach publicznych, odporność na stres, asertywność, znajomość problematyki związanej z zarządzaniem nieruchomościami (…) Należy jednak dodać, że obowiązujące przepisy nie przyznają żadnemu organowi kompetencji nadzorczych w zakresie wykonywania przez kierownika urzędu zadań dyrektora generalnego, związanych z nawiązywaniem stosunku pracy w służbie cywilnej. Szef Służby Cywilnej, wypełniając swoje zadania ustawowe, daje jednie urzędom pewne wskazówki w tym m.in. propaguje stosowanie przez urzędy tzw. zasad dobrej praktyki, które gwarantują bezstronny i efektywny wybór pracownika, w ten sposób zapewniając realizację naboru do służby cywilnej w sposób otwarty i konkurencyjny(…)”[2] Pomijając już cały szereg interesujących, czasem groteskowo brzmiących kwestii, które się pojawiły przy okazji tych dwóch wystąpień, należy zwrócić uwagę szczególną, iż Szef Służby Cywilnej jednoznacznie stwierdza, iż cała ta konkurencyjna procedura była zwykłą fikcją. Wynikać też z tego może, iż Mazowiecki Kurator Oświaty mija się z prawdą, udzielając wyjaśnień, a Wojewoda Mazowiecki również nie dopatruje się w tym niczego szczególnego. Biorąc to wszystko pod uwagę, skierowane zostało do Prokuratury Rejonowej Warszawa-Śródmieście powiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa określonego w art. 231 Kodeksu karnego o niedopełnieniu obowiązków ze szkodą dla interesu publicznego i prywatnego. Prokuratura odmówiła podjęcia jakichkolwiek działań, choćby nawet sprawdzających.[3] Prokuratura Okręgowa w Warszawie podtrzymała to stanowisko. Ponieważ zaś wniesione zostało zażalenie na Prokuraturę Rejonową w związku z odmową wszczęcia śledztwa, więc srawa trafiła do Sądu Rejonowego w Warszawie. Tyle, że sprawa w sądzie dotyczyła zupełnie czego innego, niż treść powiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa przez funkcjonariuszy publicznych. Zgodnie bowiem z przepisami Kodeksu postępowania karnego powiadamiający, jeśli występuje jako obywatel, w interesie publicznym a nie jako poszkodowany, to ani nie otrzyma uzasadnienia odmowy wszczęcia postępowania, ani nie ma uprawnień do wnoszenia zażalenia na odmowę wszczęcia śledztwa przez prokuraturę rejonową. Rozstrzygniecie sądu było do przewidzenia. Zażalenie zostało odrzucone z przyczyn oczywistych – wnoszący nie miał prawa do jego wniesienia. Sprawa wróciła do punktu wyjścia. Nie wiadomo czym kierowała się Prokuratura Rejonowa Warszawa-Śródmieście uznając za coś nieistotnego fakt łamania przepisów konstytucyjnych przez funkcjonariuszy publicznych. Nie wiadomo też, dlaczego milczy od kilku miesięcy na wniesiony pisemnie wniosek o udostępnienie uzasadnienia odmowy wszczęcia śledztwa w tej sprawie. Dodatkowego pieprzyku sprawie dodaje wypowiedź Szefa Służby Cywilnej, z której poza stwierdzeniem świadczącym, iż cała ta procedura była zwykłą fikcją, stwierdza najwyższy urzędnik administracji rządowej, że nie ma żadnych środków, by coś z tym zrobić. Przy czym uchyla się od oceny terminu przeprowadzenia tak kuriozalnego konkursu, choć sprawa ta w senatorskim wystąpieniu jest uwypuklona wyraźnie. A wszystko to rozgrywa się na forum Senatu RP. CDN…….. [1] Oświadczenie wygłoszone na 80 posiedzeniu Senatu przez Senatora Jana Szafrańca - http://www.senat.gov.pl/k5/dok/sten/080/22.HTM [2] Odpowiedź Szefa Służby Cywilnej na 85 posiedzeniu Senatu, 6 czerwca 2005 r. - http://www.senat.gov.pl/k5/dok/sten/oswiad/szafrani/8002o.htm [3] zawiadomienie Prokuratury Rejonowej Warszawa-Śródmieście, Nr 6 Ds. 3487/04 z dnia 6.01.04 r.
Kategoria: administracja
Komentarze (0)
Najnowsze wpisy
Najnowsze komentarze
2011-06-02 08:26
windykacja, kredyty, konta bankowe do wpisu:
Prawa i wolności w naszej spółdzielczości
Mnie się to osobiście bardzo podoba.
2011-05-29 15:59
praca.aid.pl do wpisu:
Kolejny kadr
Panowie, trzeba sobie uświadomić czym jest polityka, to nie będzie żadnych złudzeń.
ustawiczny malkontent, wiecznie niezadowolony, gbur i cynik, uparty niczym cap, zwłaszcza tam, gdzie nie ma racji
Kategorie Bloga
Ulubione blogi
Archiwum
|