2011-09-26 17:18
 Oceń wpis
   

Terroryzm jawny poprzedniego systemu zastąpiony został terroryzmem utajonym, a wszelka niegodziwość staje się normą. Skutki dla jednostki są widoczne na pierwszy rzut oka. Skutki dla państwa narastają wolniej ale nieuchronnie. Rzecz w tym, iż obraz poszerzającej się strefy prywatnych państewek dociera do świadomości z dużym opóźnieniem. A i to dopiero szczegóły pozwalają się zorientować gdzie tkwi przysłowiowy diabeł. Skala zjawiska stanowi rzeczywiste zagrożenie dla państwa, oddziałując na wszystkie aspekty życia publicznego.

 Prawo do sądu
 
Skargę kasacyjną – drugą w tej samej sprawie przeciwko Urzędowi Patentowemu Rzeczypospolitej Polskiej wniesiono w lipcu 2009 r. Sąd Najwyższy postanowieniem z dnia 21.01.2010 r. – sygn. akt II PK 268/09 – odrzucił ją powołując jako podstawę rozstrzygnięcia uchybienia formalne – brak należytej opłaty od skargi – art. 3986 § 2 kpc w związku z art. 1302 § 1 i 2 kpc. W oparciu o wskazane przepisy Sąd Najwyższy odrzucił skargę bez wezwania do usunięcia braków formalnych, polegających na nie wniesieniu opłaty stosunkowej, bowiem pełnomocnik powoda wniósł jedynie opłatę podstawową.
 
Powołane przez Sąd Najwyższy przepisy nie dawały podstawy do odrzucenia skargi kasacyjnej bez wezwania do usunięcia braków formalnych. Potwierdza ten pogląd wyrok Trybunału Konstytucyjnego z dnia 01.07.2008 r. – sygn. akt SK 40/07. Co więcej, z treści uzasadnienia tego wyroku wynika, że to również na Sądzie ciąży powinność restytucji konstytucyjności po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego, jeżeli za niekonstytucyjny uznany został przepis wykorzystany przy wydawaniu ostatecznych orzeczeń.
 
O błędnym zastosowaniu przepisu i tym samym bezpodstawnym odebraniu skarżącemu prawa do sądu – wniesienia skargi kasacyjnej – świadczy też uchwała Sądu Najwyższego z dnia 15.06.2010 r. – sygn. akt II UZP 4/10 – według której skarga kasacyjna podlega odrzuceniu w razie niewykonania zarządzenia wzywającego do opłacenia skargi.
W uzasadnieniu postanowienia Sąd Najwyższy stwierdził, iż powód nie był zwolniony z kosztów postępowania sądowego powołując się przy tym na postanowienie Sądu II instancji z dnia 13.01.2009 r. – sygn. akt XII Pa 294/08 oddalające wniosek powoda złożony 05.01.2009 r.
 
Tymczasem powód uzyskał prawo do zwolnienia z kosztów sądowych oraz do pomocy prawnej z urzędu postanowieniem Sądu I instancji już w trakcie pierwszego posiedzenia w dniu 22.09.2005 r. Żeby utracić przyznane wcześniej uprawnienie Sąd którejkolwiek instancji musiałby wydać w tym przedmiocie stosowne postanowienie o cofnięciu przyznanych wcześniej uprawnień. Takiego postanowienia nie wydal Sąd w żadnej instancji.
 
Sąd Najwyższy, z niewiadomych przyczyn, oparł swoje postanowienie na rzekomym braku przyznanego prawa do zwolnienia z kosztów sądowych wskazując postanowienie Sądu II instancji z dnia 13.01.2009 r.
Jednak wniosek z dnia 05.01.2009 r. dotyczył zupełnie innej materii i choć nawiązywał do toczącego się postępowania, to jednak zmierzał do wniesienia skargi na wyrok Sądu II instancji – z dnia 04.04.2007 r., sygn. akt XII Pa 397/06 – jako wydanego z rażącym naruszeniem prawa.
 
Była więc to całkowicie odrębna materia, niż toczące się postępowanie przeciwko pozwanemu Urzędowi Patentowemu Rzeczypospolitej Polskiej, w którym to postępowaniu wciąż obowiązywało postanowienie o zwolnieniu powoda z kosztów sądowych i przyznaniu pomocy prawnej z urzędu. Przy tym Sąd Najwyższy nie tylko powołał się na postanowienie dotyczące całkowicie odmiennej materii, ale też wskazał jedynie na rzekomy brak zwolnienia od kosztów sądowych.
Tymczasem powołane postanowienie oddalało również wniosek o ustanowienie pomocy prawnej z urzędu. A przecież skargę kasacyjną wnosił pełnomocnik ustanowiony z urzędu, co jasno wynikało z pełnomocnictwa złożonego do akt sprawy. Ten aspekt Sąd Najwyższy w uzasadnieniu postanowienia, z przyczyn niewiadomych, całkowicie pominął.
Tym samym Sąd Najwyższy postanowieniem z dnia 21.01.2010 r. o odrzuceniu skargi kasacyjnej naruszył prawo skarżącego do sądu – art. 45 ust. 1 Konstytucji RP.
 
Należy też – w świetle art. 6 ust. 1 Konwencji – postawić zarzut naruszenia zasady rzetelności, sprawiedliwości oraz bezstronności orzekania w związku z powołaniem się przez Sąd Najwyższy na postanowienia z dnia 13.01.2009 r. Sądu II instancji.
Jak wskazano wyżej, wniosek z dnia 05.01.2009 r. dotyczył zwolnienia z kosztów sądowych i ustanowienia pomocy prawnej z urzędu w celu wniesienia skargi do Sądu Najwyższego na wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie, XII Wydział Pracy jako wydanego z rażącym naruszeniem prawa. Był więc to wniosek autonomiczny, odrębny niż powództwo przeciw Urzędowi Patentowemu RP.
 
W takim przypadku znajduje zastosowanie przepis art. 394 § 1 pkt 2 kpc, z którego wynika, że postanowienie o odmowie uwzględnienia wniosku jest zaskarżalne. Tymczasem Sąd II instancji – pismem z dnia 16.01.2009 r. pouczył powoda, iż od postanowienia powodowi nie przysługuje zażalenie.
 
Należy tu wskazać, iż postanowienie wydane zostało przez zespół orzekający w składzie: SSO Ewa Wronka, SSO Dorota Szarek, SSO Bożena Rzewuska. Istotą zarzutu naruszenia zasady bezstronności jest fakt, że wniosek dotyczył zamiaru wniesienia skargi na wyrok wydany z rażącym naruszeniem prawa przez zespół orzekający w składzie: SSO Grażyna Otola-Pawlica, SSO Anna Telec, SSR (del.) Dorota Szarek.
Oznacza to, że skład orzekający, oddalający wniosek i tym samym uniemożliwiający wniesienie skargi na ten skandaliczny wyrok, był osobiście zainteresowany – SSO Dorota Szarek – wynikiem postępowania i orzekał we własnej sprawie. Sędzia Dorota Szarek krótko po tym skandalicznym wyroku awansowała z sądu rejonowego do okręgowego, stąd różnica tytułowania między SSR i SSO sędzi.
 
Rzetelność i sprawiedliwość orzekania
 
Jednym z podstawowych obowiązków sądu jest ustalenie bez żadnej wątpliwości umocowania prawnego stron postępowania. Sąd I instancji na posiedzeniu w dniu 22.09.2005 r., sygn. akt VII P 464/05 – zobowiązał stronę pozwaną – Urząd Patentowy RP – do udokumentowania umocowania prawnego Cezarego Pyla, który – rzekomo - pełnił funkcję zastępującego dyrektora generalnego Urzędu Patentowego RP.
 
Pełnomocnik urzędu złożył do akt pismo wraz z wyjaśnieniem o braku oryginału oraz z dołączoną kopią pisma z dnia 14.01.2004 r. mającego stanowić dowód ustanowienia Cezarego Pyla zastępującym dyrektora generalnego UP RP, a także kopię pisma z dnia 02.02.2004 r. jako „uprawdopodabniające” , że takie ustanowienie miało miejsce.
 
Umocowanie prawe do występowania w imieniu Urzędu Patentowego RP – Skarbu Państwa - wynikać może w tym przypadku przede wszystkim z przepisów ustawy o służbie cywilnej. Takie umocowanie prawne niewątpliwie posiadał Tytus Borkowski, dyrektor generalny UP RP, który objął stanowisko w 2002 r. w wyniku wygranego konkursu. W oparciu o przepisy art. 20 ust. 3 ustawy o służbie cywilnej (Dz. U. z 31.05.1999 r.) dyrektor generalny urzędu miał obowiązek niezwłocznego ustanowienia zastępującego: „Dyrektor generalny urzędu niezwłocznie wyznacza w uzgodnieniu z właściwym organem administracji rządowej, zastępującego go dyrektora departamentu (komórki równorzędnej) lub wydziału (komórki równorzędnej). O ustanowieniu zastępstwa dyrektor generalny niezwłocznie zawiadamia Szefa Służby Cywilnej.”
 
Złożona do akt sprawy kopia pisma z dnia 14.01.2004 r. z całą pewnością nie stanowi dowodu właściwego umocowania prawnego Cezarego Pyla jako rzekomo ustanowionego zastępującym dyrektora generalnego urzędu. Może stanowić jedynie kopię pisma informacyjnego dla Szefa S.C., tzn. wykonania obowiązku wynikającego z art. 20 ust. 3 zdanie drugie.
 
Pismo to mogłoby zatem jedynie poświadczać wykonanie czynności wtórnej w stosunku do właściwego aktu ustanowienia. Jednakże sam wygląd i braki pisma urzędowego podważają prawdziwość nawet i tej informacji. Już sam brak znaku sprawy dyskwalifikuje takie pismo jako dokument urzędowy.
Brak poświadczenia wpływu pisma do Urzędu Służby Cywilnej i nadania mu odpowiedniej liczby dziennika wraz z datą wpływu, a w miejsce tego poświadczenia odręczny dopisek „doręczyłem adresatowi osobiście” dodatkowo wzbudzał poważne wątpliwości co do  prawdziwości zarówno w stosunku do samego pisma, jak też w stosunku do faktu, że istotnie zostało ono wniesione do USC.
Ponadto brak uwierzytelnienia przez pełnomocnika procesowego „za zgodność z oryginałem” powoduje, że kopia taka traci w ogóle walor jakiegokolwiek dowodu w postępowaniu sądowym.
 
Zakwestionowanie właściwego umocowania prawnego Cezarego Pyla w apelacji Sąd II instancji całkowicie zignorował w zakresie ustalenia stanu faktycznego. Zignorował też całkowicie wszelkie inne prawidłowo złożone przez powoda wnioski dowodowe.
 
Pozwany Urząd wraz z wniesieniem apelacji złożył do akt tę samą kopię pisma z dnia 14.01.2004 r. mającą udowadniać właściwe umocowanie prawne Cezarego Pyla. Tym razem kopia  była poświadczona „za zgodność z oryginałem” ale nie przez pełnomocnika strony pozwanej, lecz przez urzędnika Urzędu Służby Cywilnej.
Nadal więc kopia ta, w świetle obowiązujących przepisów, również w świetle orzecznictwa Sądu Najwyższego nie miała waloru dowodu w postępowaniu sądowym. Mimo żądań powoda przedstawienia oryginału tego pisma – stosownie do art. 129 kpc – Sąd II instancji zignorował wnioski dowodowe.
 
Pozwany pismem z dnia 23.03.2007 r. złożył do akt kolejną kopię pisma mającego stanowić dowód właściwego umocowania prawnego Cezarego Pyla. Ta kopia wskazuje na ustanowienie Cezarego Pyla dyrektorem generalnym Urzędu Patentowego RP z dniem 25.11.2006 r. i nie była przez powoda kwestionowana.
Podniesienie zarzutu nieważności postępowania oraz nieważności zawartej z powodem umowy o pracę z dniem 01.10.2004 r. dotyczyło rzekomego umocowania prawnego do dokonywania przez Cezarego Pyla czynności prawnych jako zastępującego dyrektora generalnego UP RP, które miało wynikać z pisma z dnia 14.01.2004 r. Umocowanie prawne z dnia 25.11.2006 r. złożone później niczego w tej materii nie zmienia. Sąd II instancji nie tylko pominął wszelkie wnioski dowodowe powoda, ale też całkowicie zmienił wyrok Sądu I instancji na korzyść pozwanego Urzędu Patentowego RP.
 
Zarzut nieważności postępowania i nieważności zawartej umowy o pracę z powodu braku umocowania prawnego do jej zawarcia przedstawiony został w skardze kasacyjnej. Sąd Najwyższy w wyroku z dnia 19.02.2008 r., sygn. akt II PK 256/07 – odniósł się jedynie do stanu prawnego kwestionowanego umocowania prawnego.
 
Dokonał przy tym zdumiewającej interpretacji przepisów ustawy o służbie cywilnej przy zastosowaniu tzw. wykładni porównawczej, gdzie wyjaśniał znaczenie przepisu wcześniejszego treścią przepisu późniejszego, znowelizowanego. W rezultacie należy przyjąć, że Sąd Najwyższy w istocie nie dokonał interpretacji przepisu lecz dokonał procesu prawotwórczego, wkraczając w sferę wyłącznej kompetencji ustawodawcy.
 
Wydaje się również, że Sąd Najwyższy zaprzeczył sam sobie, bowiem w tym uzasadnieniu uznał równoważność komórki organizacyjnej urzędu jaką jest biuro i departament. Tymczasem w wyroku z dnia 24.10.2006 r. – sygn. akt II PK 166/06 kategorycznie stwierdził, że biuro i departament to dwie różne i nierównorzędne komórki organizacyjne urzędu.
 
Znamienne jest natomiast sformułowanie odnoszące się pośrednio do stanu faktycznego rzekomego zaistnienia faktu ustanowienia Cezarego Pyla zastępującym. Na str. 15 uzasadnienia wyroku użyto sformułowania: „(…) Cezary Pyl faktycznie od 1 grudnia 1993 r. zajmował zatem stanowisko dyrektora Biura Dyrektora Generalnego, co umożliwiło wyznaczenie go zastępującym dyrektora generalnego urzędu w myśl art. 20 ust. 3 ustawy o służbie cywilnej(…).”
 
Sąd Najwyższy przesądzał tu stronę prawną możliwości wyznaczenia Cezarego Pyla zastępującym dyrektora generalnego. Dokonał jednak ponownie niezrozumiałej interpretacji nazwy stanowiska. Mianowicie pominął fakt, iż Cezary Pyl nie był dyrektorem Biura, lecz „p.o.” dyrektora Biura, to znaczy osobą, którą obsadzono na wyższym stanowisku w służbie cywilnej z pominięciem przeprowadzenia konkursu na to stanowisko, co w świetle ówczesnych przepisów ustawy o służbie cywilnej uniemożliwiało ustanowienie go zastępującym dyrektora generalnego urzędu.
Co do stanu faktycznego, że takie ustanowienie rzeczywiście miało miejsce Sąd Najwyższy w ogóle się nie wypowiedział. Mimo, że wątpliwości w tym zakresie mogłyby skutkować nieważnością postępowania, a to każdy sąd obowiązany jest badać z urzędu.
 
Przedstawiane przez pozwany Urząd kopie pisma informacyjnego dla Szefa S.C. z całą pewnością nie są aktem ustanowienia i tym samym umocowania prawnego. Akt taki powinien być kierowany do adresata i jednoznacznie powierzać mu obowiązki. W przypadku ustanowienia zastępującego dyrektora generalnego urzędu powinien zawierać podpisy dwóch stron: powierzającego obowiązki i przyjmującego obowiązki. Takiego aktu ustanowienia pozwany nigdy nie przedstawił. A sądy, mimo prawidłowo składanych wniosków dowodowych, nie zobowiązały pozwanego do jednoznacznego i bezspornego udokumentowania swojego umocowania prawnego.
 
Po uchyleniu wyroku Sądu II instancji i przekazaniu sprawy temu Sądowi do ponownego rozpoznania, skarżący wystąpił do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów (KPRM) o dostęp do dokumentów urzędowych, które miały związek z kwestionowanym umocowaniem prawnym. KPRM pismem z dnia 07.07.2008 r. nadesłała odpowiedź, z której wynikało, że część dokumentów – akurat tych najbardziej istotnych w sprawie – zaginęła, natomiast do innych Szef Kancelarii Prezesa RM, Tomasz Arabski, odmówił dostępu.
 
Jednocześnie skarżący otrzymał kopię tego samego pisma z dnia 14.01.2004 r., mającego stanowić dowód umocowania prawnego Cezarego Pyla. Kopia ta, poświadczona przez radcę Szefa KPRM, Dorotę Matuszewską  „za zgodność z oryginałem”, różniła się w sposób zasadniczy od drugiej kopii złożonej przez pozwanego również poświadczonej „za zgodność z oryginałem”.
 
Kopia z KPRM nosi stemple z datami 14.01.2004 r. i 15.01.2004 r., natomiast kopia złożona przez pozwany Urząd posiada stempel urzędnika z USC „za zgodność z oryginałem” z datą 11.08.2006 r. i zupełnie inne stemple, niż te na kopii nadesłanej z KPRM.
 
Jeśli więc na kopii poświadczonej z datą 11.08.2006 r. nie ma pieczęci z datami 14.01.2004 r. i 15.01.2004 r. a obie są poświadczone „za zgodność z oryginałem”, to staje się oczywiste, że kopia z datą 11.08.2006 r. złożona do akt przez pozwanego, nie jest odwzorowaniem z oryginału pisma. Oznacza to, że pozwany poświadczył nieprawdę i takie pismo dowodowe złożył do akt sprawy. Znamienne jest też to, że pełnomocnicy pozwanego Urzędu wystrzegali się jak  ognia poświadczenia zgodności z oryginałem tej kwestionowanej kopii.
 
Po wypowiedzeniu pełnomocnictwa dotychczasowemu pełnomocnikowi z urzędu – radcy prawnemu Andrzejowi Barańskiemu - skarżący wystąpił o zmianę pełnomocnika i jednocześnie samodzielnie prowadził sprawę. W piśmie procesowym z dnia 05.09.2008 r. sformułował szereg wniosków dowodowych w celu wyjaśnienia stanu faktycznego umocowania prawnego Cezarego Pyla, jako rzekomo ustanowionego zastępującym dyrektora generalnego.
 
Wobec braku nowego pełnomocnika, skarżący kolejnym pismem procesowym z dnia 20.02.2009 r. złożył kolejny wniosek dowodowy o wezwanie na świadków pierwszego pełnomocnika prawnego Urzędu, radcę prawnego Magdalenę Sender oraz urzędnika Urzędu Służby Cywilnej, Jacka Pawłowskiego, który poświadczał „za zgodność z oryginałem” kopię z datą 11.08.2006 r., celem wyjaśnienia oczywistych różnic wyglądu dwóch kopii tego samego pisma.
Postawione też zostały już wprost zarzuty fałszerstwa dokumentów dokonane przez  urzędników państwowych i posługiwanie się nimi przed sądami przy współudziale pełnomocników Urzędu, trojga radców prawnych, Magdalenę Sender, Sylwię Vit vel Wilk i Annę Kmieciak.
 
Ustanowiony w sprawie nowy pełnomocnik, radca prawny Paweł Cieślik, po miesiącu wertowania akt nadesłał informację, iż występuje do Okręgowej Izby Radców Prawnych w Warszawie o zwolnienie go z obowiązku reprezentowania powoda z uwagi na konflikt interesów. Polegać on miał na tym, iż Paweł Cieślik wcześniej reprezentował byłego dyrektora generalnego UP RP, Tytusa Borkowskiego i to jakoby mogło stanowić naruszenie zasad etyki zawodowej, gdyby radca prawny Paweł Cieślik przystąpił do sprawy.
 
Sprawa przeciwko Urzędowi Patentowemu RP, w ocenie powoda, w żaden sposób nie mogła zagrozić dobrom osobistym Tytusa Borkowskiego i tym samym nie naruszałaby zasad etyki zawodowej radcy prawnego Pawła Cieślika. Jednocześnie fakt, że Tytus Borkowski reprezentowany był przez pełnomocnika spoza Urzędu Patentowego RP nasuwał wniosek, że Tytus Borkowski był stroną nie jako dyrektor generalny UP RP lecz jako osoba prywatna. Tym bardziej więc nie mogłoby być mowy o konflikcie interesów.
 
 Tylko w jednym wypadku takiego konfliktu można było się doszukiwać, a mianowicie gdyby Tytus Borkowski był w sporze właśnie z Urzędem Patentowym RP. To potwierdzałoby wcześniej pozyskane informacje, że taki konflikt istotnie miał miejsce. Na pytanie o sygnaturę sprawy i adres sądu dotyczące tej sprawy, radca prawny Paweł Cieślik odmówił odpowiedzi. Odmówił podania informacji, będącej informacją publiczną i to w czasie, gdy nadal jeszcze był ustanowionym pełnomocnikiem powoda. W tym kontekście pojmowanie zasad etyki zaprezentowane przez radcę prawnego Pawła Cieślika zakrawało na groteskę.
 
W dniu 07.04.2009 r. Sąd II instancji w ponownej rozprawie apelacyjnej wydał wyrok – sygn. akt XII Pa 294/08 – oddalając wcześniej wszystkie wnioski dowodowe powoda. Uchylając też  wiele pytań kierowanych do Cezarego Pyla wezwanego ponownie na świadka, zignorowawszy całkowicie oczywisty fakt poświadczenia nieprawdy w składanych do akt sprawy trzech już kopii pisma z 14.01.2004 r.
 
Po otrzymaniu wyroku z uzasadnieniem pojawił się jeszcze jeden element oczywistego i rażącego naruszenia prawa przez Sąd Okręgowy w Warszawie, XII Wydział Pracy. Podany w wyroku skład orzekający jest inny, niż skład orzekający, który zamykał rozprawę przed wydaniem wyroku. Na karcie wyroku widnieje jako członek składu orzekającego SSO Ewa Wronka, wówczas Przewodnicząca Wydziału, podczas gdy sędzia ta nie brała udziału w rozprawie bezpośrednio poprzedzającej wydanie wyroku.
Zgodnie z art. 323 kpc skutkuje to bezwzględną nieważnością postępowania.
 
Mimo żądań powoda, trzeci z kolei pełnomocnik ustanowiony z urzędu, radca prawny Monika Dziedzic nie postawiła tego zarzutu w skardze kasacyjnej. Kasacja została wniesiona z pominięciem istotnych dla rozstrzygnięcia sprawy zarzutów, w tym i skutkujących bezwzględną nieważnością postępowania i postanowieniem z dnia 21.01.2010 r. – sygn. akt II PK 268/09 – została odrzucona z przyczyn formalnych
Niezależnie od błędnego zastosowania przepisów przez Sąd Najwyższy, radca prawny Monika Dziedzic miała obowiązek wystąpić, jednocześnie z kasacją, z wnioskiem o zwolnienie z kosztów sądowych. Nie zrobiła tego, a Sąd Najwyższy, być może wykorzystując niedopełnienie obowiązków przez radcę prawnego Monikę Dziedzic, orzekł jak orzekł.
 
Pomimo odrzucenia skargi kasacyjnej skarżący nadal starał się ustalić stan faktyczny kwestii umocowania prawnego Cezarego Pyla zastępującego dyrektora generalnego Urzędu, Tytusa Borkowskiego, który jakoby Cezarego Pyla ustanowił zastępującym, na dowód czego istnieje jedynie kilka różnie wyglądających kopii pisma informacyjnego dla Szefa S.C. z dnia 14.01.2004 r.
 
Skarżący różnymi drogami i sposobami ustalił w końcu, że istotnie w tym samym niemal okresie, co sprawa skarżącego, toczył się spór przed tymi samymi sądami pracy pomiędzy Tytusem Borkowskim a Urzędem Patentowym RP. Skarżący zwrócił się do Sądu Rejonowego dla m.st. Warszawy o dostęp do wyroku i jego uzasadnienia w sprawie o sygn. akt XXIII P 1068/05.
 
W zastępstwie Prezesa, Przewodniczący VII Wydziału Pracy, Grzegorz Kochan, pismem z dnia 18.08.2010 r. (Adm. 4015-874/10) odmówił dostępu do wyroku, formułując tę odmowę tak, jakby wnioskodawca domagał się dostępu do akt sprawy, co było oczywistą nieprawdą. Chodziło wyłącznie o wyrok i jego uzasadnienie.
Wyroki sądów są zawsze jawne a uzasadnienia wyroków tylko wówczas są niedostępne powszechnie, gdy rozprawa odbywa się w trybie niejawnym. W tym przypadku tak nie było, a więc każdy mógł uczestniczyć w posiedzeniach sądu, również w tym kończącym postępowanie i słyszeć zarówno sam wyrok, jak i jego uzasadnienie.
Tym samym sędzia Grzegorz Kochan rażąco naruszył przepis art. 23 ustawy o dostępie do informacji publicznej oraz art. 61 ust. 1 Konstytucji RP a w konsekwencji art. 10 Konwencji.
 
Ten wątek ma swój ciąg dalszy i zapewne też uwypukli sposób funkcjonowania układu naczyń połączonych poprzez bezprawne próby uniemożliwienia przez sądy (również i prokuraturę) ujawnienia przestępców na wysokich stanowiskach państwowych.
 
Sprawiedliwe, rzetelne i bezstronne rozpatrywanie spraw
 
Powodem i podstawą całego postępowania stał się art. 48 ust. 3 ustawy o służbie cywilnej w brzmieniu ustalonym ustawa z 1996 r.. Żaden z sądów w żadnej z instancji, mimo ustawicznie składanych przez powoda wniosków nie dokonał wykładni przepisu art. 48 ust. 3 uosc i jednocześnie nie skierował pytania prawnego do Trybunału Konstytucyjnego o zgodność przepisu z Konstytucją RP. Skarżący wielokrotnie kwestionował konstytucyjność przepisu, wskazując wiele argumentów, lecz sądy albo ignorowały podnoszony zarzut, albo udzielały lakonicznych wyjaśnień. Tym samym powód, ani nikt inny nie może stwierdzić, na jakich przesłankach znaczenia treści art. 48 ust. 3 uosc kolejne instancje opierały swoje orzeczenia.
 
Nie wyjaśnił znaczenia tego przepisu również, po raz kolejny, Sąd II instancji w ponownie rozpatrywanej apelacji. Nie wiadomo więc, na jakich podstawach, jakimi przesłankami kierował się Sąd wydając orzeczenie, dlaczego oddalił wnioski pozwu, dlaczego i na jakiej podstawie uznał Sąd okres 6 miesięcy za właściwy dla tego rodzaju umów. Dlaczego nie 8 miesięcy, roku czy ustalonych w przepisie lat 3.
 
Zwłaszcza, że powód postawił zarzut dyskryminacji wobec niego, biorąc pod uwagę fakt, iż z wygranym we wcześniejszym konkursie na to samo stanowisko Ryszardem Kotonem zawarto umowę na 1 rok, natomiast z powodem, w identycznej sytuacji zawarto umowę tylko na 3 miesiące. Stanowi to oczywiste naruszenie zasad równości wobec prawa – art. 32 ust. 1 Konstytucji RP oraz naruszenie reguły dostępu do służby publicznej na jednakowych zasadach – art. 60 Konstytucji RP i naruszenia art. 25 lit. c MPPOiP. Ta kwestia, podnoszona wielokrotnie w trakcie postępowania, przez sądy w ogóle była pomijana.
 
Niezrozumiały jest też wyrok wydany w ponownej apelacji i z tych powodów, że Sąd II instancji nie zastosował zgodności z linią orzeczniczą Sądu Najwyższego przedstawioną w uzasadnieniu wyroku II PK 256/07 w zakresie zastosowania identycznej tzw. wykładni porównawczej dla wyjaśnienia znaczenia przepisu art. 48 ust. 3 uosc.
W dniu orzekania, 07.04.2009 r., od ponad 2 tygodni obowiązywały przepisy nowej ustawy o służbie cywilnej, gdzie art. 48 ust. 3 został zastąpiony art. 59 ust. 2 uosc, lecz z treści jego usunięte zostały kontrowersyjne i niezrozumiałe co do celu sformułowania ograniczenia nawiązywania  umów o pracę na czas określony do lat 3 z kandydatami, którzy wygrali konkursy na wyższe stanowisko w służbie cywilnej.
 
Treść art. 48 ust. 3 uosc zastąpiona została treścią art. 59 ust. 2 uosc, regulującą tę samą materię, ale o brzmieniu jednoznacznie nakazującym zawarcie umowy na czas nieokreślony. Art. 59 ustawy o służbie cywilnej, regulujący sposoby obsadzania wyższych stanowisk w służbie cywilnej w wyniku wygranego konkursu nie przewiduje już w żadnych okolicznościach zawierania umów o pracę na czas inny, niż czas nieokreślony.
Skoro więc Sąd Najwyższy zastosował tzw. wykładnię porównawczą w związku z wyjaśnianiem możliwości ustanowienia Cezarego Pyla zastępującym dyrektora generalnego, to dlaczego w identyczny sposób, w tej samej sprawie, w odniesieniu do tej samej ustawy nie zastosowano identycznego sposobu wykładni porównawczej, by wyjaśnić znaczenie wcześniejszego przepisu art. 48 ust. 3 ustawy?
 
Powód na rozprawie kończącej postępowanie podnosił tę kwestię, ale i ona, podobnie jak wszelkie wnioski dowodowe i żądanie dokonania wykładni art. 48 ust. 3 uosc w świetle zasad Konstytucji – art. 60 w związku z art. 31 ust. 3 i art. 32 ust. 1 w związku z art. 31 ust. 3 oraz art. 25 lit. c MPPOiP - została pominięta całkowicie.
 
W konsekwencji przez blisko 5 lat w sądach trzech instancji i ponownie w Sądzie II instancji zapadały orzeczenia, z których nie tylko nie można było się dowiedzieć, jakie są podstawy prawne rozstrzygnięć w odniesieniu do kluczowego w sprawie art. 48 ust. 3 ustawy o służbie cywilnej. Nie wiadomo, jakie fakty sądy przyjmowały za podstawę orzekania, na jakich dowodach się opierały oraz jakim dowodom i z jakich przyczyn sądy odmawiały wiarygodności i z jakich powodów ignorowały lub oddalały wnioski dowodowe. Na jakiej podstawie przyjęto, że okres 6 miesięcy jest właściwym okresem zawierania umów.
Wbrew zresztą stanowisku Sądu Najwyższego, który w tym aspekcie wypowiedział się, iż „co najmniej” ale odnosząc się do kwestii sposobu zawierania umów na inne stanowiska. Intencją było wykazanie, co wynika z toku rozumowania, że umowa na 3 miesiące z dyrektorem po wygranym konkursie jest groteskowa, bowiem nawet adept pierwszy raz podejmujący pracę na najniższym stanowisku miał zagwarantowane zatrudnienie właśnie na „co najmniej” 6 miesięcy.
Tym bardziej jest to nie do przyjęcia, że przewidziany w przepisie art. 48 ust. 3 uosc dwutygodniowy okres wypowiedzenia wykluczał zastosowanie terminu zawarcia umowy na czas określony 6 miesięcy. Po myśli art. 33 kodeksu pracy wypowiadanie umów na czas określony jest wyjątkiem od reguły i dotyczy tylko umów zawieranych na okres dłuższy niż 6 miesięcy.
Wszystko to łącznie stanowi  bezsporne pogwałcenie zasad wynikających z przepisu art. 328 § 2 kpc.
 
 
Prawo do rozpoznawania sprawy w rozsądnym terminie.
 
Pozew został wniesiony do Sądu 02.01.2005 r., natomiast termin pierwszej rozprawy wyznaczony został dopiero na dzień 22.09.2005 r. Oznacza to blisko 9 miesięcy zwłoki, podczas gdy przepis art. 471 kpc wskazuje jako termin podstawowy 2 tygodnie. Jest to, oczywiście, termin „instrukcyjny” i realia nie pozwalają go dotrzymywać ściśle, jednakże zwłoka blisko 35 tygodni wobec 2 tygodni jest na tyle znacząca, że nie da się tego uzasadnić przyczynami obiektywnymi.
 
Po wniesieniu apelacji do Sądu Okręgowego w Warszawie, jak wynika z akt sprawy, ostatnie czynności sądu, polegające na odbieraniu pism procesowych stron zakończyły się na przełomie sierpnia i września 2006 r. Rozprawę natomiast Sąd II instancji wyznaczył na 04.04.2007 r. Z uzasadnienia wyroku Sądu Najwyższego wynika, że Sąd II instancji w ogóle nie przeprowadzał żadnych własnych ustaleń a oparł się jedynie na aktach sprawy przesłanych przez Sąd I instancji. W tym wypadku od ostatniej czynności procesowej, mogącej mieć znaczenie dla sprawy upłynęło blisko 8 miesięcy, co również jest nie do pogodzenia z zasadą rozsądnego terminu. Zwłaszcza, gdy chodzi o sąd pracy.
 
Wyrok z dnia 04.04.2007 r. – sygn. akt XII Pa 397/06 – jak to wskazano wyżej, wydany został z rażącym naruszeniem prawa. Gdyby nawet przyjąć z nienaturalną wręcz wyrozumiałością, że tak kompromitujące każdego prawnika pomylenie przepisów i procedur jest tylko pomyłką, to nie da się w żaden rozsądny sposób wyjaśnić faktu wytworzenia przez Sąd II instancji fałszywego stanu faktycznego, niż ten wynikający z akt sprawy.
 
Na skutek tak prowadzonego postępowania i takiego wyroku zwłoka – do ponownego rozpoznania apelacji – wyniosła 2 lata. W ciągu tego czasu przez kilka miesięcy Sąd sprawdzał – z niewiadomych powodów – stan majątkowy powoda zwolnionego z kosztów sądowych. Sąd nie wszczął postępowania w celu wyjaśnienia, czy stan majątkowy powoda uległ zmianie. Nie ma na ten temat żadnego postanowienia. Pretekstem do przewlekania sprawy były kłopoty powoda z pełnomocnikami ustanowionymi z urzędu i wnioskiem o zmianę pełnomocnika. Sąd II instancji najpierw stwierdził, że zmiana leży w kompetencji wyłącznie Okręgowej Izby Radców Prawnych, następnie zaczął badać sytuację majątkową powoda, by na koniec oświadczyć, że odmawia zmiany pełnomocnika. Czyli odmawia czegoś, co – jak wcześniej stwierdził – nie leży w jego kompetencjach.
 
Natomiast postanowienie Sadu Najwyższego zapadło 21.01.2010 r., ale wraz z uzasadnieniem doręczone zostało pełnomocnikowi 06.05.2010 r. Zgodnie z art. 39319 kpc Sąd Najwyższy ma 4 tygodnie na sporządzenie uzasadnienia. W tym przypadku trwało to blisko 14 tygodni.
 
Łącznie w całym postępowaniu, czy to z powodów niestosowania się przez sądy do przepisów proceduralnych, czy to wydając zarządzenia składania oświadczeń i innych dokumentów, zbędnych jak się okazywało lub w ogóle bezzasadnych, sądy zmitrężyły 3 lata na nic...sądy pracy, należy podkreślić.
 
RP wolna, nowoczesna, cywilizowana
 
W świetle całości przedstawionego w skardze stanu faktycznego organy władzy publicznej – w rozumieniu art. 7 Konstytucji RP – zarówno władzy wykonawczej, jak i władzy sądowniczej - doprowadziły do sytuacji niemożliwej do zaakceptowania w demokratycznym państwie prawnym. Na kolejnych szczeblach instancji sądowych (za wyjątkiem skandalicznego wyroku z dnia 04.04.2007 r., sygn. akt XII Pa 397/06) zapadały wyroki, które stwierdzały oczywiste i bezsporne łamanie prawa przez funkcjonariuszy publicznych wysokiego szczebla poprzez, co najmniej,  naruszenie przepisów art. 58 §1 i 2 oraz 353 kc.
Z ustaleń poczynionych przez sądy w trakcie postępowania wynika jednoznacznie, iż omijanie przepisów ustawy i naruszenie zasad współżycia społecznego było działaniem zamierzonym, nakierowanym na osiągnięcie konkretnych korzyści dla konkretnych osób.
 
Taki stan faktyczny – o charakterze nepotyzmu lub kumoterstwa - powinien skutkować postawieniem zarzutu urzędnikom państwowym – prezes UP RP Alicji Adamczak oraz dyrektorowi generalnemu Cezaremu Pylowi - wykorzystywania stanowisk służbowych dla własnych celów, to jest postępowania spełniającego przesłanki zastosowania przepisu art. 231 § 1 kodeksu karnego. Postępowanie takie – stwierdzone przez sądy w kolejnych instancjach - wyczerpuje znamiona czynów o charakterze korupcyjnym. Nieodzowne zdaje się też rozpatrywanie tej sprawy w świetle art. 19 Konwencji Narodów Zjednoczonych przeciwko korupcji.
 
Tymczasem skutek nastąpił taki, że obywatel, biorący udział w procedurach konkursowych na wyższe stanowisko w służbie cywilnej, wygrywając ten konkurs i tym samym nabywając legalnie prawa, traci te prawa z przyczyny arbitralnych decyzji urzędników, którzy pozbawiają obywatela nie tylko nabytych legalnie praw, ale wraz ze stanowiskiem traci też w ogóle miejsce pracy i tym samym podstawy egzystencji. Natomiast sprawcy wytworzenia takiej sytuacji, funkcjonariusze publiczni działający w imieniu i na rachunek Państwa, nadal zajmują wysokie stanowiska w strukturze Państwa i to Państwo reprezentują.
 
Postępowanie sądowe wykazuje też jakąś nienaturalną niemoc lub, co gorsza, ochronę urzędników, którzy – niewykluczone – dokonują kolejnych przestępstw w postaci fałszerstw dokumentów składanych do akt sprawy, a inne organy administracji publicznej robią wszystko, by uniemożliwić szczegółowe i precyzyjne wyjaśnienie tej kwestii, będącej jedną z kluczowych dla wyjaśnienia sprawy.
 
Państwo tworzy system z takimi przepisami, których nikt – żadna instancja sądowa nie potrafi i nawet nie chce wyjaśnić i na podstawie tak kuriozalnych regulacji obywatel zostaje pozbawiony nabytych legalnie praw. Zarzut wsparcia ze strony wymiaru sprawiedliwości dla tak skandalicznych i de facto korupcyjnych zachowań funkcjonariuszy publicznych przejawił się szczególnie wyraziście w wyroku Sądu Okręgowego w Warszawie, XII Wydział Pracy – sygn. akt XII Pa 397/06 sygnowanego przez troje sędziów Sądu Okręgowego w Warszawie – Grażynę Otolę-Pawlica, Annę Telec i Dorotę Szarek.
 
W wyroku tym nie tylko skład ów przyjął przepisy, które nie mogły mieć zastosowania. Przede wszystkim Sąd II instancji – mając akta sprawy, dokumentację osobową i ustalenia Sądu I instancji – „wytworzył” całkowicie inny stan faktyczny, bowiem tylko tak mógł zastosować przepisy art. 25 ust. 1 ustawy o służbie cywilnej.
 
Z treści tego przepisu wprost wynikało, że nie mógłby on być zastosowany wobec powoda w żadnej sytuacji, o czym świadczy treść przepisu, zrozumiała nawet dla laika: „W przypadku osób podejmujących po raz pierwszy pracę w służbie cywilnej(…)”. Warunek zastosowania przepisu brzmiał jasno i kategorycznie. Sędziowie składu orzekającego nie dokonali tu żadnej, nawet wysoce kontrowersyjnej interpretacji. Po prostu w sposób oczywisty i świadomy przyjęli – ściślej wytworzyli - fałszywy stan faktyczny, by go odpowiednio dopasować do przyjętego za podstawę orzekania przepisu.
 
Nie tylko zdaniem skarżącego, ale wielu prawników-praktyków, zapoznających się z aktami sprawy stwierdzało wprost, iż wyrok z 04.04.2007 r., sygn. akt Pa 397/06 wydany został w interesie pozwanego Urzędu Patentowego Rzeczypospolitej Polskiej i tak jak cała przedstawiona sprawa, nie da się inaczej go określić, niż wyrok o charakterze korupcyjnym.
Jednak instytucje powołane do wyjaśniania tego rodzaju kwestii – odpowiednie komórki organizacyjne Ministerstwa Sprawiedliwości, jak i Krajowa Rada Sądownictwa – uchyliły się od podejmowania postępowań wyjaśniających. Pozorowany system kontroli zachowań sędziów w praktyce niemal zawsze natyka się na sakramentalną niezawisłość sędziowską. W praktyce ta święta niezawisłość otwiera szeroko bramy tzw. sprawiedliwości dla każdego sędziowskiego łotrostwa.
 
W ten sposób funkcjonujący system tzw. „demokratycznego państwa prawnego”, w którym zachowania o charakterze korupcyjnym władzy wykonawczej korzystają z parasola ochronnego ze strony wymiaru sprawiedliwości, działającego zresztą  w sposób lustrzany, niszczy  ludzi w wielu podobnie prowadzonych postępowaniach sądowych, w tzw. majestacie prawa.
W tej sytuacji niejako automatycznie nasuwa się pytanie, jakie związki nieformalne zachodzą pomiędzy trojgiem sędziów, autorów tego skandalicznego wyroku, a urzędnikami UP RP – prezes Alicją Adamczak i dyrektorem generalnym Cezarym Pylem?
 
Należy w tym miejscu zasygnalizować również pozycję obywatela, któremu nawet gdy przyznano prawo do pomocy prawnej z urzędu, to i tak równość wobec prawa i równość procesowa są jedynie iluzoryczne. W postępowaniu przed Sądem Najwyższym obowiązuje tzw. przymus radcowsko-adwokacki, co uniemożliwia stronie występowanie przed tym Sądem samodzielnie. Również sama skarga kasacyjna może być wnoszona wyłącznie przez profesjonalnego pełnomocnika.
Z przepisu art. 3939 § 11 kpc wynikało, że strona miała możliwość działania w formie pism procesowych, tzn. dawał prawo do samodzielnego sporządzania czy to odpowiedzi na skargę kasacyjną pozwanego, czy to wnoszenie innych pism procesowych. Po uchyleniu tego przepisu strona postępowania skazana jest wyłącznie na działania pełnomocnika.
 
Konsekwencje są takie, że mając nawet oczywiście uzasadnione zastrzeżenia co do działania pełnomocnika w sprawie, strona i tak nie ma żadnego instrumentu, by się bronić przed ujemnymi skutkami błędów i zaniedbań pełnomocnika. W istocie więc tak skonstruowanym system proceduralny prowadzi nie do równości stron w postępowaniu sądowym, nie do zapewnienia profesjonalizmu w postępowaniu kasacyjnym, lecz de facto prowadzi do ubezwłasnowolnienia strony we własnej sprawie.
 
Nie można też pominąć kwestii nierówności traktowania stron postępowania, co na przykładzie wyżej przedstawionej skargi jaskrawo jest widoczne i zdaje się naruszać drastycznie art. 14 w związku z art. 6 ust. 1 Konwencji.
 
Mianowicie z jednej strony, wobec skarżącego, zastosowane zostały drastyczne – i bezprawne w gruncie rzeczy - rygory daleko posuniętego formalizmu w postaci odrzucenia skargi kasacyjnej bez wezwania do usunięcia braków formalnych. Natomiast strona pozwana – Urząd Patentowy RP – w kwestiach proceduralnych traktowana jest w jakiś nienaturalnie swobodny sposób. Nie tylko poprzez zaniechanie stosowania wymogów formalnych, ale też wręcz uwalniana jest przez sądy od obowiązków wynikających wprost z przepisów prawa. Nawet przedstawiane przez powoda sądom do akt sprawy dowody ewidentnego poświadczania nieprawdy, nie powodują żadnych skutków prawnych wobec pozwanego Urzędu Patentowego RP
 
Po transformacji ustrojowej 1989 r. miały postępować procesy demokratyzacji, uczciwości państwa, rzetelności i przejrzystości struktur władzy publicznej oraz ich działań. Tworzone były i są nadal przepisy, które miały realizować te zasady. Jednym z obszarów istotnych z punktu widzenia właśnie porządkowania struktur i funkcjonowania państwa miały być pakiety ustaw powiązanych ze sobą funkcjonalnie. Takim obszarem są zarówno ustawa o służbie cywilnej, ustawa o urzędnikach samorządowych, ustawa o finansach publicznych, ustawa Prawo zamówień publicznych.
 
Tworzyć to miało przejrzysty system konstruowania kadr administracji publicznej, która ma stosować przepisy o zamówieniach publicznych, co – w założeniu – miało stworzyć warunki do uczciwego zarządzania finansami publicznymi z jednej strony, a z drugiej – przy założeniu realizacji pierwszego postulatu, tworzyć miało przejrzystość udzielania zamówień publicznych i w konsekwencji przyczyniałoby się do rozwoju gospodarczego kraju.
 
Rzeczywistość znana jest powszechnie. Setki i tysiące większych lub mniejszych afer korupcyjnych w związku z dysponowaniem środkami publicznymi jest niejako na porządku dziennym.
Korupcja nie dzieje się w próżni i nie dzieje się sama z siebie. Nie ma takiego aktu prawnego, który potrafiłby uporządkować jakikolwiek obszar samymi przepisami. Dopiero realizacja przez tych, którzy stosują przepisy prawa daje w efekcie rezultat taki, w jaki to prawo jest stosowane. Żeby zachowania korupcyjne były możliwe muszą zaistnieć do tego odpowiednie warunki. M.in.  muszą to być odpowiednio skonstruowane kadry urzędnicze. Każdy tzw. „obcy” jest potencjalnym niebezpieczeństwem dla grup interesów. Zwłaszcza, gdy obejmując stanowisko, nie tylko decyzyjne ale jakiekolwiek w administracji publicznej, nie musi nic nikomu zawdzięczać, nie ma powiązań nieformalnych.
 
Mimo tworzonego, papierowego de facto systemu robi się wszystko, by – jak w powyżej przedstawionej sprawie - neutralizować skutki niewygodnych dla środowisk urzędniczych tzw. „konkurencyjnych” sposobów obsadzania stanowisk w służbie publicznej. Jak wynika z ustaleń w postępowaniu sądowym, skarżącemu nikt nie mógł postawić żadnego zarzutu czy to niekompetencji, czy to niedopełnienia obowiązków. Nawet we wspomnianym wyroku na rzecz Urzędu Patentowego RP – sygn. akt XII Pa 397/06 – Sąd nie poważył się takiego zarzutu postawić. A jednak obywatel stracił i stanowisko objęte w wyniku legalnie wygranego konkursu, i pracę, i podstawy egzystencji.
 
Sprawcy, urzędnicy, funkcjonariusze publiczni działający w imieniu Państwa i na jego rachunek nadal – za wiedza i zgodą przełożonych, ministrów i szefów rządów - pozostają na wysokich stanowiskach w strukturze Państwa, nadal stosują przepisy prawa własnego, a wymiar sprawiedliwości takie sytuacje legalizuje sam stając się częścią systemu „republiki bananowej”.  Czasem, gdy inaczej się już nie da, zasądzając śladowe odszkodowanie – nie wiadomo też na jakich właściwie podstawach i dlaczego w takiej a nie innej wysokości. Wypłacane zresztą w konsekwencji z kieszeni podatnika.
 
Tu z kolei również niejako automatycznie nasuwa się pytanie, jakie interakcje zachodzą w sferach rządowych, w służbach czuwających nad bezpieczeństwem państwa, w służbach odpowiedzialnych za wykrywanie nadużyć w administracji publicznej, skoro tak oczywiste zachowania, udowodnione i udokumentowane pozostają bez jakiejkolwiek reakcji? Kto ma w tym korzyść, jakie i kto ma cele, by udawać niewiedzę tam, gdzie wiedzę ma duża cześć społeczeństwa?
 
Wprowadzenie systemu służby publicznej (cywilnej), wraz z zawartymi w ustawach – kolejno nowelizowanym przepisami o konkurencyjnym obsadzaniu stanowisk – szeroko powołuje się na wzory brytyjskie czy francuskie. W świetle przedstawionej powyżej w sprawy zakrawać to się zdaje na jakąś groteskę lub szyderstwo z szeroko propagowanych zasad demokratycznego państwa prawnego.
Gdyby podobna sytuacja pojawiła się przed sądami wymienionych państw, a zwłaszcza gdyby wiedza o tym przedostała się do opinii publicznej, urzędnicy służby publicznej zostaliby z niej usunięci po prawomocnym wyroku i nigdy więcej do takiej służby nie mieliby dostępu. Niejeden zaś mógłby zostać postawiony w stan oskarżenia.
Praktycznie od dwudziestu lat żyjemy jednak w polskim wydaniu demokracji i prawa co oznacza, że porządek prawny i funkcjonowanie państwa opiera się na układzie wzajemnych powiązań, wyświadczania sobie nawzajem przysług przez tzw. ośrodki władzy i tworzenia nieprzemakalnych stref łotrostwa na wszystkich poziomach władzy publicznej.
 
Witold Filipowicz
Warszawa, 2011 r.
 
 
2011-09-26 17:10
 Oceń wpis
   

Generalną zasadą stosowania prawa jest przyjmowanie, a priori, że ustawodawca jest racjonalny. Na podstawie setek orzeczeń wydaje się, iż aksjomat ten stał się już od dawna archaizmem.

Wydawać się może, że ustawodawca dawno już zaprzestał uwzględniania predyspozycji, zdolności rozumienia celu tworzonego prawa przez osoby je stosujące. W tym, niestety, również przez sędziów. Przepisy niejednoznaczne, dające możliwość luzu decyzyjnego, mające, z założenia, gwarantować zasadę niezawisłości sędziowskiego orzekania, prowadzą coraz częściej do groteskowych rozstrzygnięć.
 
Do sądu administracyjnego w Warszawie wniesiona została skarga przeciwko Urzędowi Transportu Kolejowego o uchylanie się od udzielenia informacji publicznej. Pytanie było proste: jaka firma i za jakie pieniądze przeprowadziła test tzw. kompetencji kierowniczych w konkursie na wyższe stanowisko w służbie cywilnej.
 
Skarga została wniesiona, zgodnie z przepisami, za pośrednictwem UTK. Urząd, też zgodnie z przepisami, skargę ową przekazał sądowi wraz z odpowiedzią na skargę. Zaraz potem przysłał skarżącemu pismo z żądanymi wcześniej informacjami. Sposób postępowania, argumentacja Urzędu i rysujący się obraz sposobów przeprowadzania konkursów na stanowiska dyrektorów w urzędach administracji rządowej to temat na odrębne opracowanie. Tu, po udzieleniu przez organ żądanych informacji – już po wszczęciu postępowania przed sądem administracyjnym – skarga stała się bezprzedmiotowa.
 
Wkrótce potem WSA w Warszawie nadesłał skarżącemu wezwanie do uiszczenia wpisu sądowego od skargi na bezczynność organu – sygn. akt II SAB/Wa 43/10. Ponieważ jednak skarga w tym momencie stała się bezprzedmiotowa – organ udzielił żądanych informacji – zatem skarżący, zamiast wniesienia opłaty, wystosował pismo procesowe o wycofaniu skargi – na podstawie art. 60 ppsa - uznając tym samym sprawę za zakończoną.
 
Jakież było zdumienie, gdy kilka tygodni później skarżący otrzymał postanowienie sędziego WSA, Eugeniusza Wasilewskiego, o odrzuceniu skargi z powodu niedopełnienia obowiązku dokonania wpłaty z tytułu wpisu sądowego od skargi. Zdumienie to przerodziło się w napad niepohamowanego śmiechu po zapoznaniu się z uzasadnieniem tego kuriozalnego postanowienia.
 
Sąd otóż uznał, że nie może umorzyć sprawy, bowiem skarżący, składając wniosek o wycofanie skargi zmierzał do obejścia prawa. Zatem – na podstawie tego samego przepisu art. 60 ppsa - odmówił umorzenia postępowania i postanowił o odrzuceniu skargi.
Formalnie rzecz ujmując, treść przepisu w zasadzie dawała podstawy do odmowy umorzenia postępowania:
„(…) Skarżący może cofnąć skargę. Cofnięcie skargi wiąże sąd. Jednakże sąd uzna cofnięcie skargi za niedopuszczalne, jeżeli zmierza ono do ominięcia przepisów prawa lub spowodowałoby utrzymanie w mocy aktu lub czynności dotkniętych wadą nieważności.(…)”.
 
Rozumienie przepisu, w tej konkretnej sytuacji, sędzia Eugeniusz Wasilewski tak oto wyjaśnia:
„(…) Zgodnie z art. 60 ppsa skarżący może cofnąć skargę. Cofnięcie skargi wiąże sąd. Jednakże sąd uzna cofnięcie skargi za niedopuszczalne, jeżeli zmierza ono do obejścia prawa lub spowodowałoby utrzymanie w mocy aktu lub czynności dotkniętych wadą nieważności. W przypadku skutecznego cofnięcia skargi postępowanie sądowe ulega umorzeniu (art. 161 § 1 pkt 1 cyt. ustawy).
W przedmiotowej sprawie taka sytuacja nie zachodzi, bowiem Sąd uznał cofnięcie skargi za niedopuszczalne, ponieważ zmierzałoby ono do obejścia przepisów dotyczących uiszczenia wpisu od skargi. (…)”.
 
Co wynika z takiego uzasadnienia? Niewątpliwie sędzia Eugeniusz Wasilewski umie czytać. Zacytował bowiem przepis ustawy. Dalej to już tylko pozostaje humorystyka mrożkowska. Sąd przyjął, że skarżący cofając skargę z powodu jej bezprzedmiotowości, tak naprawdę szukał pretekstu, by ominąć prawo. A to ominięcie miało polegać na uchylaniu się od wniesienia stosownej opłaty sądowej.
 
Idąc rozumowaniem sądu, skarżący powinien najpierw wnieść opłatę, ze świadomością, że sprawa jest przesądzona, a dopiero później, albo równocześnie wnieść o umorzenie postępowania. Wówczas wszystko byłoby zgodne z prawem. Gdzie tu miejsce na zdrowy rozsądek i racjonalność ustawodawcy, nie wiadomo. Gdzie racjonalność stosującego prawo, tym bardziej trudno zgadnąć.
 
Skarżący, postępując z tak rozumianym i stosowanym prawem, miał obowiązek dokonać wpisu, ponieść koszty przelewu, odczekać kilka tygodni, a może i miesięcy na postanowienie o umorzeniu postępowania i potem kolejne kilka tygodni na zwrot uiszczonej opłaty. Ten zwrot, pocztą lub przelewem, obciążyłby skarżącego, rzecz jasna.
 
Sąd w tym czasie również miałby zajęcie. Przyjęcie wpisu, zaksięgowanie, poświadczenie do akt sprawy, posiedzenie w sprawie umorzenia, postanowienie, uzasadnienie, zlecenie wysłania, zlecenie zwrotu, księgowanie przepływów finansowych, dokonywanie przelewu lub przekazu pocztowego. Kilkanaście osób miałoby sporo zajęcia przy gonieniu króliczka.
 
Cała historia zakończyłaby się z identycznym skutkiem. Sprawa zostałaby zamknięta bez rozpoznawania. W tym przypadku odrzucenie czy umorzenie dla skarżącego nie miało najmniejszego znaczenia. Dla organu skarżonego też. Dla sądu za to przybyłoby zajęć bez liku.
Jedynie skarżący w tej całej gonitwie cienia poniósłby dodatkowe, zbędne koszty. Podobnie jak zbędnej roboty przybyłoby pracownikom sądu i przy okazji wzrosłaby produkcja makulatury.
 
Na czym polega zarzut próby omijania prawa? Na zidentyfikowaniu celu takiego działania. Ten cel, co do zasady, ma zmierzać do osiągnięcia jakiejś korzyści przez podmiot, który to prawo usiłuje ominąć. Jaką korzyść miałby osiągnąć skarżący w tej konkretnej sprawie? Żadnej. Umorzenie czy odrzucenie skargi w tym konkretnym przypadku, zarówno z punktu widzenia prawa jak i stanu faktycznego było dla skarżącego doskonale obojętne.
Wystarczyło zignorować wezwanie do uiszczenia wpisu i skutek byłby ten sam. A skarżący przynajmniej zaoszczędziłby sobie czasu, papieru, tuszu i pocztowych kosztów przesyłki poleconej.
 
Skąd więc pomysł sądu o próbie omijania prawa przez skarżącego, gdy w sposób racjonalny i zgodnie z prawem próbował zamknąć sprawę z powodu odpadnięcia powodu do skarżenia? Wygląda na to, że sąd poczuł się niepocieszony z powodu braku owego wpisu od skargi. Co by to sądowi dało? Wszak w razie umorzenia musiałby ów wpis zwrócić skarżącemu.
 
A może niekoniecznie. Otóż w ustawie o postępowaniu przed sądami administracyjnymi odnajdujemy inny ciekawy przepis w  brzmieniu:
„(…) Art. 232
§ 1 Sąd z urzędu zwraca stronie
1)      cały uiszczony wpis od:
a)      pisma odrzuconego lub cofniętego, jeżeli odrzucenie lub cofnięcie nastąpiło przed wysłaniem odpisu skargi – organowi, którego działanie lub bezczynność zaskarżono, a także odpisu środka odwoławczego albo skargi o wznowienie postępowania innym stronom;
b)     zażalenia na postanowienie w przedmiocie ukarania grzywną, jeżeli zażalenie zostało uwzględnione;
2)      połowę wpisu od pisma cofniętego przed rozpoczęciem posiedzenia, na które sprawa została skierowana, z tym że posiedzenie mediacyjne nie wyłącza zwrotu;
§ 2 Postanowienie w przedmiocie zwrotu wpisu może być wydane na posiedzeniu niejawnym.(…)”.
 
Zagadkowe rozumienie i stosowanie przepisów prowadzić może do kreślenia wielu różnych scenariuszy. Rodem ze świata absurdu. Szczególnie mając na uwadze przepis art. 232 § 2.  Można sobie na przykład wyobrazić i taki scenariusz, że sąd najpierw inkasuje wpis od skargi, potem kieruje sprawę na rozprawę, a następnie zajmuje się wnioskiem o cofnięciu skargi. Tym sposobem skarżący, po postanowieniu o umorzeniu postępowania z powodu cofnięcia skargi, nie otrzyma zwrotu wpisu w całości, a jedynie tego wpisu połowę.
 
Czy w opisywanym przypadku odrzucenie skargi rzeczywiście było zgodne ze znaczeniem przepisu art. 60 ppsa i zgodne z intencją ustawodawcy? Czy istotnie, biorąc pod uwagę stan faktyczny, można było dojść do wniosku, że skarżący działał w celu ominięcia prawa? Czy intencją ustawodawcy było przymuszanie stron do działań irracjonalnych i zbędnego, wręcz bezsensownego ponoszenia kosztów oraz przydawania sądom równie bezsensownych zajęć?
 
Jest też jeszcze w tej sprawie inny aspekt natury prawnej. Otóż art. 60 ppsa daje prawo sądowi do nieuwzględnienia wniosku o cofnięciu skargi i w związku z tym sąd może odmówić umorzenia postępowania. Jednakże przepis ów nie daje podstawy do odrzucenia skargi. Taką podstawę sąd powinien wskazać – biorąc pod uwagę treść uzasadnienia - z powołaniem przepisu art. 58 § 1 pkt 3 ustawy ppsa. Nie zrobił tego. Dlaczego? Nie wiadomo, ale właściwej podstawy prawnej odrzucenia skargi Sąd nie podał.
 
Wydaje się, że zgodnie z przepisami ustawy, po nieuwzględnieniu wniosku o cofnięciu skargi z powodów – jak to odkrywczo sąd zauważył – próby ominięcia przepisów prawa, sąd miał obowiązek wydać w tej materii postanowienie o odmowie uwzględnienia wniosku i ponownie wezwać stronę do wniesienia wpisu sądowego. Dopiero po bezskutecznym upływie terminu sąd miałby podstawy do odrzucenia skargi z powodu nieuzupełnienia braków formalnych. Sąd, jak widać, poszedł na skróty.
 
Czyżby ze złości, że nie udało się uszczknąć chociaż kilku złotych od skarżącego za, bądź co bądź, tytaniczną pracę sędziego i innych pracowników sądu? Oczekiwanie wynagrodzenia za wykonane czynności, choćby nawet tylko kancelaryjne, miałoby może i jakiś sens. Ale dlaczego, w tym wypadku, koszty te miałby ponosić skarżący a nie organ, który do takiej sytuacji doprowadził poprzez swoje działania?
 
Pan sędzia Eugeniusz Wasilewski powinien rozważyć zatem, czy nie pozwać krnąbrnego organu, winnego przysporzenia pracy sądowi i jego urzędnikom? Niech organ płaci za zmarnowany czas i stertę makulatury wytworzonej w związku z ta sprawą. Da się to wyliczyć.
To, oczywiście, żart. Podobnie jak coraz częściej widać, że cały ten nasz wymiar sprawiedliwości i jego orzecznictwo stają się żartem.
 
Wyjątkowo ponurym.
 
Witold Filipowicz
Warszawa,
 
 
2009-01-31 10:45
 Oceń wpis
   

Czy znów potrzeba tragedii, wielokrotnej tym razem, by państwo po raz kolejny odkrywało swą niemoc? I czy ta niemoc to efekt braku profesjonalizmu? Czy też może niemoc sterowana?

 
Nie po raz pierwszy jesteśmy świadkami słabości państwa wobec przestępstw, które swoimi wątkami sięgają tzw. władzy. Szeroko rozumianej władzy, bez względu na jej szczebel. Sprawa zbrodni dokonanej na Krzysztofie Olewniku zdaje się odkrywać ciemną materię mechanizmów, jakie funkcjonują w naszym demokratycznym państwie prawnym.
Setki podobnych spraw rozgrywa się od wielu lat i tylko dlatego, że nie mają aż tak tragicznych skutków oraz takiej determinacji, jaką wykazuje rodzina zamordowanego w dążeniu do wyjaśnienia kulis śmierci, nie trafiają na pierwsze strony gazet i do głównych wiadomości.
 
Gdyby nie powaga sytuacji, niepomierną wesołość budziłyby wypowiedzi całej plejady polityków i wysokich urzędników państwowych na temat potrójnej śmierci – jak się twierdzi samobójczej – trzech głównych oskarżonych i skazanych. Tych, którzy mogliby mieć wiedzę szczegółową, niebezpiecznie szczegółową o powiązaniach, związkach i udziale innych osób.
 
Trudno się dziwić siostrze ofiary, gdy stwierdza, że ten kraj to już nie jej Polska, że w żadną Polskę już nie wierzy. To, z czym mamy do czynienia od dawna, na tle wielu podobnych spraw może kojarzyć się z minionym ustrojem a nawet może nasuwać pytanie, czy ów miniony ustrój rzeczywiście jest minionym. Gorzej, bo w ustroju poprzednim przynajmniej było wiadomo kto jest kim i czego się po kim można spodziewać. Zwłaszcza po tamtej władzy.
 
Dziś, na przykładach zarówno sprawy Krzysztofa Olewnika, jak i śmierci gen. Papały i wielu innych podobnych tragicznych wydarzeń, dla wielu obywateli Polska może się jawić niczym wrogie dla obywatela terytorium, na którym dzieją się historie rodem z republik bananowych. Pod hasłami, a jakże, demokratycznego państwa prawnego.
 
Perspektywa oglądu i oceny podobnych zdarzeń poprzez pryzmat obecnej władzy nie wydaje się perspektywą właściwą. Przez ponad siedem lat, bez względu na to, kto aktualnie rządził, nikt nie był i nadal nie jest w stanie wyjaśnić sprawy tego zabójstwa. Sprawy, na pierwszy rzut oka, prostej.
Brak profesjonalizmu?
 
Podobną niewiedzę i niemoc państwo wykazuje w wielu innych sprawach. Równolegle kipi aż od informacji o niewiarygodnych sukcesach w zwalczaniu przestępczości zorganizowanej. Tu państwo sobie radzi. Na ogół sobie radzi. Przynajmniej w medialnych przekazach.
 
Śmiesznie w tym kontekście brzmią słowa, jakie od kilku dni serwują nam głównie politycy, ale też i urzędnicy państwowi, gdy twierdzą, że w tej konkretnej sprawie nie ma co się doszukiwać żadnej spiskowej teorii dziejów o jakichś powiązaniach ze sferą rządową. Jeśli już, jak twierdzą, to co najwyżej można mówić o sitwach lokalnych.
 
Znaczy, państwo przez siedem lat nie potrafi sobie poradzić z jakąś sitwą lokalną? To co to za państwo? Chyba krótką pamięcią mogą się poszczycić „zwolennicy” ewentualnych sitw lokalnych. Wystarczy wspomnieć aferę starachowicką, która swą „lokalnością” sięgnęła do sfer rządu i parlamentu. W sprawie Krzysztofa Olewnika, jeśli nawet korzenie sięgają sfer lokalnych, to można spokojnie założyć, iż właśnie te sfery szukają potem wsparcia znacznie wyżej.
 
Gorzki śmiech, a raczej zimny gniew wywołują wypowiedzi szeregu osób, które same będąc odpowiedzialnymi za obecny stan rzeczy, ręce załamują nad stanem państwa. Tym stanem, który jest skutkiem działań i zaniechań owych teraz zdruzgotanych i zbulwersowanych person.
 
Niesmak, by nie używać mocniejszych określeń, budzi to, że wszyscy, spod każdej barwy politycznej, starają się wykorzystywać podobne tragedie dla tworzenia własnych świetlanych wizerunków. Tak było w sprawie dotąd niewyjaśnionej śmierci gen. Papały, tak było i jest nadal w sprawie śmierci Barbary Blidy i – wszystko na to wskazuje – tak będzie nadal przy każdej podobnej okazji. Przyzwoitość odeszła do lamusa. Zastąpiona przez tzw. politykę. Tak zwaną, bo nawet w polityce są granice przyzwoitości. Tyle, że nie u nas, jak się okazuje.
 
Fala dymisji po tej trzeciej samobójczej śmierci miała chyba przekonać społeczeństwo o…no właśnie, o czym? Co robił premier Tusk przez półtora roku rządzenia, co robił jego minister sprawiedliwości Ćwiąkalski? Jeszcze kilka dni temu słychać było wyłącznie peany pochwalne na cześć całego gabinetu, z ministrem sprawiedliwości na czele. Również i z innymi ministrami i szefami w resorcie sprawiedliwości i bezpieczeństwa, którzy w tej konkretnej sprawie w jakiś sposób ponoszą odpowiedzialność za tę, nazwijmy to umownie, niemoc państwa.
 
Znamienne jest to, co się premierowi wymknęło, chyba nieopatrznie, przy okazji informowania o dymisji ministra sprawiedliwości. Mianowicie dymisja ta została spowodowana sprawą tak bardzo nagłośnioną przez media i reakcje społeczeństwa. Należy przez to rozumieć, że każde niechlujstwo, każde zaniechanie, szalbierstwo, a może wręcz przestępstwa urzędników państwowych pozostawać będą w zaciszu gabinetów, dokąd wieść o nich nie przedostanie się do opinii publicznej? To kto w tym państwie rządzi? Media?
 
Nadużycie? Może niekoniecznie. Od blisko roku premier Tusk jest w posiadaniu wyroku Sądu Najwyższego – sygn. akt II PK 256/07 – w którym ze sformułowań uzasadnienia należy stwierdzić, iż na wysokich stanowiskach państwowych zasiadają nieuczciwi urzędnicy. Co premier Tusk z tą wiedzą robi? Nic. A w tym przypadku nie ma mowy o jakiejś wirtualnej odpowiedzialności politycznej. Jest za to całkiem materialny wyrok Sądu Najwyższego.
 
W połowie grudnia ubiegłego roku Szef Kancelarii Premiera, Tomasz Arabski podany został do prokuratury z powiadomieniem o popełnieniu przestępstwa polegającym na uniemożliwianiu dostępu do oryginałów dokumentów urzędowych – art. 23 ustawy o dostępie do informacji publicznej. Te dokumenty mogą świadczyć o dokonaniu fałszerstwa przez innych urzędników państwowych w sprawie ściśle związanej z wyrokiem SN, o którym wyżej.
 
Tymczasem Szef Kancelarii, na wniosek o dostęp do oryginałów – o ile takowe w ogóle istnieją – frywolnie stwierdza, że część gdzieś zaginęła, do części dostępu nie da z uwagi na ochronę danych osobowych, a co do dostępu do oryginałów, których kopie, owszem, nadesłał, nie wypowiada się w ogóle.
 
Brak profesjonalizmu? Niechlujstwo? Zaniedbanie? Czy też może świadome uniemożliwianie ustalenia stanu faktycznego i uzyskanie odpowiedzi na pytanie, czy w sprawach przed sądami urzędnicy i ich pełnomocnicy posługują się kopiami dokumentów sfałszowanych?
 
Co stoi na przeszkodzie w udostępnieniu wglądu w oryginały dokumentów urzędowych, zgodnie z obowiązkiem wywodzącym się z przepisów ustawy o dostępie do informacji publicznej? Co robi Szef Kancelarii w kwestii wyjaśnienia, kto jest odpowiedzialny za zaginięcie części dokumentów? Osobliwie akurat tych, które mogą mieć w powyższej sprawie kluczowe znaczenie.
 
 
Tym samym nasuwa się pytanie, jakimi motywami kieruje się Szef Kancelarii Premiera, by łamać prawo w dostępie do informacji dotyczącej innych wysokich urzędników państwowych? Tych, których premier Tusk utrzymuje na wysokich stanowiskach w administracji rządowej.
 
Premier milczy, prokuratura milczy, nie dzieje się nic. A co ciekawsze, od ponad trzech lat sądy stronią od uwzględnienia wniosków dowodowych w postaci przedstawienia oryginałów tych właśnie dokumentów. Podobnie jak pełnomocnicy wystrzegają się osobistego uwierzytelnienia kopii za zgodność z oryginałem.
 
Czy chodzi o to, że milczenie i niemoc państwa przejawiają się wówczas, gdy w sprawie mieć mogą udział aktualni funkcjonariusze publiczni i aktualnie działający parlamentarzyści? Pytanie stąd się bierze, że na przykład w sprawach fałszerstw dokumentów byli parlamentarzyści – Renata Beger i Wanda Łyżwińska skazane zostały całkiem sprawnie po równie sprawnym śledztwie, zebraniu i przedstawieniu dowodów.
 
W tej właśnie sprawie postawa ministra Ćwiąkalskiego również przypominała piłatowe umywanie rąk. Zarówno w kwestii skandalicznego wyroku Sądu Okręgowego w Warszawie, uchylonego potem przez Sąd Najwyższy, jak również w sprawie uporczywego pomijania przez sądy wniosków dowodowych, a przede wszystkim w sprawie powiadomienia prokuratury o popełnieniu przestępstwa przez Szefa Kancelarii Premiera.
 
Czy to też lokalne sitwy? Przynajmniej do czasu, gdy media nie wywloką na światło dzienne całego wachlarza zdarzeń, zaniechań, uników i niewyjaśnionych aspektów? Kto i jak wówczas będzie mówił o godności urzędnika Rzeczypospolitej Polskiej? Premier, minister sprawiedliwości, minister do spraw nieprawidłowości w administracji rządowej?
 
To takie właśnie mechanizmy, taka ciemna materia doprowadzają do spraw tragicznych, jak w przypadku śmierci Krzysztofa Olewnika. I potem takie mechanizmy uniemożliwiają wyjaśnienie szczegółów, a zwłaszcza osób, których na pierwszym planie nigdy nie widać. A gdy już się nie da nic zrobić, bo wieść poszła w cały kraj i poza granice, robi się medialny spektakl z falą dymisji.
 
Organizuje swoiste sympozjum na posiedzeniu Sejmu, z którego i tak nic nie wynika, a jedynie wszyscy wszystkich wytykają palcami, że każdy winien tylko nie ten, który akurat wszedł na mównicę. Powołuje się  sejmową komisję śledczą ku uciesze gawiedzi i wszystko wraca w koleiny.
 
Mamy właśnie następcę ministra Ćwiąkalskiego, szefa sejmowej komisji śledczej do spraw nacisków, Andrzeja Czumę. Co ta komisja od lutego ubiegłego roku ustaliła, nie wiadomo. Poza widowiskiem dla telewidzów, konkretów jak kot napłakał. Lepiej dla wszystkich by było, gdyby takich samych efektów nie osiągał teraz resort sprawiedliwości, szczególnie w obszarze bezpieczeństwa obywateli i pewności oraz mocy państwa.
 
A winnych, tych faktycznych, mocodawców lub tych, którzy z jakichś powodów utrudniali i nadal utrudniają wyjaśnienie sprawy Krzysztofa Olewnika, jak i w wielu innych spraw,  jak nie było tak nie ma.
 
Witold Filipowicz
 
2009-01-31 10:43
 Oceń wpis
   

 

Powiada przysłowie, że jak pies nie ma co robić, to śpi. Posłowie natomiast, jak nie mają co robić, usiłują myśleć. Efekty tego procesu bywają tragikomiczne.
 
Właśnie poszła w świat wieść o kolejnych efektach wysiłku intelektualnego naszych parlamentarzystów. Skonstruowali oni otóż projekt ustawy o zawodzie aktora. W tymże projekcie, ni mniej ni więcej, ustalone zostało, że mianem aktora określać się może jedynie taka osoba, która ma ukończone studia aktorskie.
 
Cała reszta, bez takich studiów, aktorami zwać się nie ma prawa. Zresztą nikt inny zwać ich aktorami też nie może. Są, co najwyżej, odtwórcami. A może odtwarzaczami, dokładnie nie wiadomo. Wszak to dopiero projekt.
 
Stąd też do końca nie wiadomo, czy za tym nie pójdą dalsze konsekwencje. Na przykład takie, że odtwórca-nieaktor vel odtwarzacz, nie otrzyma przypadkiem zakazu odtwarzania? Na rzecz aktora słusznego, czyli z dyplomem, rzecz jasna.
 
Bój się Pan, Panie Olbrychski. Będziesz Pan miał szczęście, jeśli w ramach sankcji nie zostaną wycofane z polskiej kinoteki jakieś Potopy czy inne Ogniem i mieczem. Sporo tam się kręci różnych wagabundów, nie-aktorów w rozumieniu projektu ustawy.
A co na to widz? A co widz ma do gadania. Widz ma oglądać to, co jest profesjonalne, czyli potwierdzone papierem z odpowiedniej uczelni. O to zadbają reprezentanci widza i widz ma się dostosować. Dla własnego dobra i higieny psychicznej. Nie będą mu na ekranie latały jakieś tam Tyszkiewicz czy inne bezdyplomia.
 
To nie pierwszy pomysł, który profesjonalizm wolnych zawodów ma opierać na świstku papieru, a nie na rzeczywistych umiejętnościach. Podobne pomysły już wcześniej dotyczyły i innych grup wolnych zawodów, dziennikarzy, artystów plastyków. Ba, nawet do grania na grzebieniu na Rynku w pewnym mieście też chciano wprowadzić nakaz uzyskania licencji.
 
Pomysły szły jeszcze dalej. W tym samym mieście, co o grajkach na Rynku mowa, mandatem postraszono amerykańskiego turystę, który śmiał bez licencji przewodnika oprowadzać po mieście swoich znajomych.
 
Niewątpliwie tekst napisany przez osobnika bez dyplomu dziennikarskiego jest szkodliwy dla zdrowia. Z kolei obraz wypacykowany przez jakiegoś tam Matejkę może zagrażać życiu.
Papier z odpowiedniej uczelni jest podstawą wszystkiego. Bez niego ani rusz. Dalej można oczekiwać kolejnych światłych pomysłów. Handel pietruszką tylko dla absolwentów SGGW, sprzątanie, czyli fachowo: czyszczenie powierzchni płaskich tylko po organizacji i zarządzaniu, a informacji na dworcach komunikacyjnych będą udzielali wyłącznie absolwenci z dyplomami PR-owskimi.
 
Należy oczekiwać, że prawo do wygadywania głupstw przysługiwać będzie wkrótce jedynie dyplomowanemu idiocie. Uczelnię już mamy. Rekrutacja co cztery lata.
 
Witold Filipowicz
 
2009-01-31 10:41
 Oceń wpis
   

 

Opinia społeczna o spółdzielczości, w szczególności o spółdzielniach mieszkaniowych  ugruntowana jest od lat. Państewka w państwie, w których dzieją się dantejskie sceny. Pojawiające się od dawna setki artykułów na ten temat zdają się potwierdzać zasadność negatywnych ocen.
 
Zjawiska nepotyzmu, kumoterstwa, niekompetencji, niegospodarności a w końcu i zwykłej arogancji organów i pracowników wobec członków przedstawiane są w tak wielu odmianach i z wielu stron kraju, że trudno byłoby zakładać, iż dotyczy to tylko jakiejś wąskiej grupy.
 
Wystarczy dokonać nawet pobieżnej kwerendy spraw sądowych i doniesień do prokuratury wnoszonych przez członków spółdzielni, gdy próby porozumienia wewnątrz zawodzą. Członkowie zarządów i rad nadzorczych stają pod pręgierzami i niejednokrotnie się okazuje, że zasadnie. Wyroki sądów karnych przeciwko prezesom i innym członkom organów świadczą o tym, że istotnie w spółdzielczości dobrze nie jest.
 
Spółdzielnia Mieszkaniowa „Górczewska” w Warszawie jest jedną z setek jej podobnych. Z takimi samymi bolączkami, jak inne spółdzielnie. Od szeregu miesięcy docierały do mieszkańców informacje o pogarszającej się kondycji SMG. Nie tylko finansowej. Przede wszystkim organizacyjnej, a w szczególności o wyjątkowo złej atmosferze wewnątrz i nieustających scysjach pomiędzy członkami spółdzielni i jej organami – Radą Nadzorczą i Zarządem.
 
Nie pozostawało nic innego, jak wyjść do ludzi i w bezpośrednich rozmowach spróbować ustalić przynajmniej ogólny zarys źródeł wewnętrznych konfliktów. Bo że te konflikty istnieją, nie ulegało żadnej wątpliwości. Nadarzyła się właśnie doskonała okazja, bowiem na dni 14-15 listopada zaplanowano obrady Zgromadzenia Przedstawicieli (ZP), statutowy organ Spółdzielni, zakresem kompetencji tożsamy z Walnym Zgromadzeniem.
 
Jednakże życie po raz kolejny pokazało, jakie jest nieprzewidywalne i pełne niespodzianek. Pierwotny cel wizyty na obradach ZP uległ gwałtownej przemianie wobec zaskakującego zdarzenia, jakie się rozegrało w związku z pojawieniem się na sali obrad osoby z…legitymacją prasową. Próba dyskretnego wejścia nie do końca się udała i to ta właśnie legitymacja najwyraźniej wzbudziła zainteresowanie, bo właściciel mało komu był znany.
Po kilku minutach jedna z delegatek wstała i w imieniu zgromadzonych serdecznie powitała przedstawiciela prasy, zapraszając do zajęcia miejsca. Bardzo sympatyczny gest, rzadko spotykany na tego rodzaju posiedzeniach.
 
Można było przyjąć, że część powitalno-towarzyska się odbyła i każdy powraca do swoich zajęć – delegaci do obrad, dziennikarz do nadstawiania uszu, patrzenia i notowania. Zapowiadał się długi dzień i godziny żmudnego wyłuskiwania z dziesiątków wypowiedzi okruchów istotnych informacji, faktów, obserwacji emocji, rozmów. Po dwudziestu minutach słuchania i potem po dalszych dziesięciu minutach przerwy stało się jasne, że poprzednia wiedza z tego szumu informacyjnego to tylko wierzchołek góry lodowej. Stawało się jasne, iż wiele spraw, będących zarzewiem konfliktów nie pojawiło się przed miesiącem czy rokiem. Niektóre z nich sięgają korzeniami wstecz nawet lat kilkunastu.
 
Kontredans w stylu białoruskim z Kafką w tle
 
Coś się zaczynało rysować, choć wielością sygnalizowanych problemów można byłoby obdzielić szwadron dziennikarzy. Trzeba było zacząć intensywniej drążyć choć kilka wątków. Ale, jak się powiedziało, życie płata figle. Po przerwie, zamiast wznowić obrady, Przewodnicząca Prezydium, p. Barbara Różewska postanowiła dokonać oficjalnej prezentacji i powitania przedstawiciela prasy. Bardzo szybko się okazało, że w gruncie rzeczy nie chodzi o żadne powitanie. Co najwyżej prezentację. Padło pytanie, w jakim charakterze dziennikarz pojawił się na sali. Czy jako dziennikarz wykonujący swoje obowiązki służbowe, czy też jako mieszkaniec, pragnący przysłuchać się obradom. Bo jeśli jako mieszkaniec, to po co ten „identyfikator”, a jeśli jako dziennikarz, to na czyje zaproszenie.
 
Ponieważ sytuacja była dość specyficzna, dziennikarz, wobec tego niespodzianego przesłuchania, z lekkim przymrużeniem oka ale i zgodnie z prawdą przedstawił zgromadzonym – do wyboru – trzy możliwości:
 
- dziennikarz przybył jako dziennikarz;
- przybył jako mąż reprezentujący interesy żony, członka spółdzielni;
- jako mieszkaniec, choć nie członek spółdzielni.
 
I tu znów niespodzianka, bowiem sprawa ustalenia charakteru obecności okazała się dla Prezydium sprawą kluczową, by zadecydować, czy przedstawiciel – jak to określono – „mediów zewnętrznych”, będzie mógł pozostać na sali obrad.
Powiało duchem Łukaszenki.
 
Trzecią „podstawę prawną”, mieszkańca „bez identyfikatora”, dziennikarz pominął. Kilka sugestii, jakie padły z sali, by po prostu schować „plakietkę” i sobie siedzieć jako mieszkaniec, należało potraktować chyba w kategoriach żartu średnio-śmiesznego. Dlaczego ktoś, kto ma prawo posługiwać się legitymacją prasową miałby ją chować? A nawet jakby ją schował, to co by to zmieniało?
 
Pozostały zatem dwie pierwsze możliwości. Tu nastąpił niespodzianek ciąg dalszy. Bo jeśli, jak to wyjaśniała p. Barbara Różewska, dziennikarz chce pozostać na sali jako dziennikarz, a nie był przez nikogo zaproszony, to ZP musi tę kwestię poddać pod głosowanie i zdecydować, czy przedstawiciel prasy będzie mógł pozostać na sali obrad. Znaczy, w głosowaniu ma udzielić, lub nie, akredytacji.
 
Z kolei jeśli chce pozostać jako reprezentujący interesy swojej żony, członka spółdzielni, to musi przedstawić…pisemne pełnomocnictwo udzielone przez żonę. Na podstawie takiego pełnomocnictwa będzie się mógł przysłuchiwać obradom.
 
Przewodnicząca zapomniała dodać, jak się wydaje, że będzie mógł z owym pisemnym pełnomocnictwem zasiąść pośród innych osób goszczących. Tych goszczących było trochę, ale i wciąż ktoś wchodził i wychodził. Nikogo nie interesowało kto jest kim.
Teraz z kolei duch Kafki zdawał się unosić nad zebranymi.
 
Ponieważ sprawa pełnomocnictwa, tym bardziej pisemnego, w ogóle nie wchodziła w grę, pozostała wersja z Łukaszenką w roli głównej. Przewodnicząca zwróciła się do delegatów czy ktoś chce zgłosić w tej sprawie jakieś wnioski. Dwoje delegatów zabrało głos, wypowiadając się jednoznacznie za pozostaniem przedstawiciela prasy na sali obrad. Więcej wniosków nie było, przystąpiono do głosowania. Wyniki: 60 głosów za prasą na sali, 1 głos przeciw. Sprawa została przesądzona, oklaski, uśmiechy, podziękowania….
 
I tu właściwie powinna zapaść kurtyna po szczęśliwym zakończeniu całej tej historii.
 
Pozornie. Zdarzenie o wymowie teatrzyku kukiełkowego ujawniło niespodzianie coś, co budzi zdumienie. Mianowicie sposób rozumienia i stosowania prawa przez członków organów Spółdzielni. Ludzi, którzy podejmują decyzje o zarządzaniu wielomilionowym majątkiem Spółdzielni i w jakimś sensie mają lub mogą mieć wpływ na losy blisko 9 tysięcy członków. A wszystko to w oparciu o przepisy prawa.
 
Warunkiem niezbędnym dla właściwego działania organów i bezpieczeństwa osób oraz majątku, jakim zarządzają, jest nie tylko umiejętność przeczytania kilku przepisów, ale ich zrozumienia i właściwego zastosowania. To, co się właśnie rozegrało przed chwilą wskazywało, że wobec takiego rozumienia i stosowania prawa, w niesprzyjających okolicznościach może dojść do katastrofy.
 
Już samo bagatelizowanie ujawnionego problemu stanowić może poważną podstawę do przypuszczania, że osoby pełniące ważne i odpowiedzialne funkcje mają, co najmniej, znaczące trudności w zrozumieniu realiów, w jakich się poruszają. Ten pozornie mało znaczący incydent dotyczył – de facto – podstawowych praw i wolności rangi konstytucyjnej.
 
Co gorsza, ani w stosunku do obecności w charakterze dziennikarza, ani w stosunku do obecności w charakterze reprezentanta współmałżonka, nikt nie potrafił podać żadnego konkretnego przepisu prawa, z którego wywodziłby, czy to obowiązek poddania pod głosowanie zezwolenia lub nie zezwolenia udziału prasy w obradach, czy to obowiązek wykazania się pisemnym upoważnieniem małżonki do jej reprezentowania w formie nastawiania uszu i wytrzeszczania oczu.
 
W sprawie wykazania się pisemnym pełnomocnictwem, szczególnym orędownikiem bezwzględnego obowiązku był Sekretarz Prezydium, p. Dariusz Koszałko. Przy wsparciu zresztą wielu głosów z sali. Pojawił się też jeszcze jeden zarzut, że skoro się przychodzi jako dziennikarz, to najpierw należało uzyskać akredytację. Bez akredytacji dziennikarz nie powinien pozostać.
 
Nawet, celem szczegółowego pouczenia, jak się zdaje, wskazana została właściwa instytucja i adres – Polskie Centrum Akredytacji, ul. Szczotkarska 42 na Bemowie. Już stąd wynikało, że pojęcie niektórych obecnych o roli, funkcjach i sposobie działania różnych instytucji są z gatunku czarnej magii.
 
Pełnomocnik prawny Spółdzielni, p. Przemysław Szramowski stwierdził, że nie wie na jakiej podstawie prawnej doszło do głosowania w przedmiocie zezwolenia lub nie zezwolenia pozostania „mediów zewnętrznych” . Ale też i nikt go o to nie pytał, a jak ten wątek się rozgrywał, to nie było go na sali. A poza tym zostało przegłosowane, że prasa zostaje, więc nie ma żadnego problemu i nie ma co szukać sensacji. W kwestii udziału jako reprezentujący żonę, członka spółdzielni, by przysłuchiwać się obradom ZP niezbędne jest pełnomocnictwo. Z jakich przepisów to wynika, tego już nie wyjaśnił.
 
Przewodnicząca Prezydium ZP, p. Barbara Różewska, na podobne pytania udzieliła wyjaśnień, iż sala obrad nie jest miejscem publicznym, a spółdzielnia jest korporacją i nie podlega przepisom prawa prasowego, nie było akredytacji oraz nie było zaproszenia dla mediów zewnętrznych i dlatego, wykonując wolę przedstawicieli, zobowiązana była do przeprowadzenia głosowania w tej materii. W kwestii wymaganego pełnomocnictwa, razem z p. Dariuszem Koszałko, Sekretarzem Prezydium, zdecydowanie podtrzymali stanowisko o obowiązku jego posiadania by przysłuchiwać się obradom.
 
Tyle, jeśli chodzi o stan faktyczny i stanowisko Prezydium oraz pełnomocnika prawnego Spółdzielni.
 
Artykuł prasowy spełnia przede wszystkim funkcję informacyjną, zatem z natury rzeczy musi być materiałem bardziej sygnalizacyjnym, niż analitycznym. Trudno byłoby więc odnieść się do tych dwóch zagadnień w takim zakresie, w jakim na to zasługują. Niemniej warto wskazać, przynajmniej w podstawowym zarysie, na jakich podstawach dziennikarz opierał negację wyżej zaprezentowanych stanowisk.
 
 
Wolność prasy, wolność wypowiedzi, prawo do informacji.
 
W miejsce własnych rozważań warto przytoczyć fragmenty uzasadnienia wyroku Sądu Najwyższego (V KKN 171/98), w którym, na tle konkretnej sprawy, odnosi się ono również do kwestii o charakterze ogólnym, a dla omawianych praw ma istotne znaczenie:
 
„(…) Przepis art. 1 ustawy z dnia 26 stycznia 1984 r. - Prawo prasowe (Dz. U. Nr 5, poz. 24 ze zm.) deklaruje zasadę wolności prasy, widząc w niej realizację prawa obywateli do rzetelnej, czyli prawdziwej, uczciwej, jasnej, nie wprowadzającej w błąd, odpowiedzialnej informacji. Wolność prasy jest pochodną wolności myśli, z której wynika wolność przekonań.
 
Wolność prasy możliwa jest w pełnym zakresie tylko w razie rzeczywistego istnienia wolności: myśli, przekonań, wypowiedzi, słowa, informacji, publikacji. Właśnie w wolności prasy, wymienione pojęcia znajdują odbicie i ucieleśnienie.
(…)
W art. 14 Konstytucji RP z 1997 r. stwierdzono, iż: ,,Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność prasy i innych środków społecznego przekazu". Zamieszczenie tego przepisu w rozdziale I pt. ,,Rzeczpospolita" zdaje się wskazywać, że wolność prasy potraktowano jako jedną z podstawowych zasad ustroju politycznego państwa, ujmując ją jako jedną z idei przewodnich, na których oparta została konstrukcja prawno-ustrojowa państwa i jego aparatu.
 
Bez wolności prasy nie może być mowy o pełnej realizacji wolności wypowiedzi (wolności wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji). Treść art. 14 nakłada na państwo obowiązek powstrzymywania się od ingerencji naruszających wolność prasy i innych środków społecznego przekazu.
(…)
Wolność pozyskiwania i rozpowszechniania informacji przysługuje każdemu, a więc także i dziennikarzowi. Z faktu, że pozyskiwanie i rozpowszechnianie informacji jest wolnością, zdaje się wynikać, że formułowane w ustawach zasady udzielania informacji dziennikarzom mają charakter tylko porządkujący, wskazując ograniczenia tej wolności w formie zakazów, nakazów oraz sankcji.
W obecnym kształcie ani Prawo prasowe, ani tym bardziej Konstytucja RP, nie formułują żadnych ograniczeń wolności prasy
(…)
Europejski Trybunał Praw Człowieka stwierdził także, że swoboda wypowiedzi jest jedną z podstaw demokratycznego społeczeństwa i chociaż prasa nie może przekroczyć ustalonych granic, to, m. in. w interesie dobrego imienia i praw innych osób, ciąży na niej obowiązek przekazywania informacji oraz idei będących przedmiotem zainteresowania opinii publicznej. Zadaniem dziennikarzy jest przekazywanie informacji, gdyż społeczeństwo ma prawo do ich otrzymywania. Pod ochroną art. 10 Konwencji pozostaje nie tylko treść idei i informacji, ale również forma, w jakiej jest ona przekazywana. (…)”
 
Wolność prasy i prawo do informacji mają charakter nie tylko praw obywatela, również praw człowieka. Znalazło to wyraz w aktach prawnych o charakterze międzynarodowym. W art. 19 Międzynarodowego paktu Praw Obywatelskich i Politycznych z 16 grudnia 1966 r. zapisano:
 
„(…) 1. Każdy człowiek ma prawo do posiadania bez przeszkód własnych poglądów.
2 Każdy człowiek ma prawo do swobodnego wyrażania opinii; prawo to obejmuje swobodę poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania wszelkich informacji i poglądów, bez względu na granice państwowe, ustnie, pisemnie lub drukiem, w postaci dzieła sztuki bądź w jakikolwiek inny sposób według własnego wyboru.
3. Realizacja praw przewidzianych w ust. 2 niniejszego artykułu pociąga za sobą specjalne obowiązki i specjalną odpowiedzialność. Może ona w konsekwencji podlegać pewnym ograniczeniom, które są niezbędne w celu:
a/ poszanowania praw i dobrego imienia innych,
b/ ochrony bezpieczeństwa państwowego lub porządku publicznego albo zdrowia lub moralności publicznej.(…)”
 
Na gruncie prawa polskiego również odnajdujemy możliwość ograniczenia korzystania z praw obywatelskich. Takie ograniczenia przewiduje art. 31 ust. 3 Konstytucji, gdzie enumeratywnie wyliczone są przyczyny, dla jakich można ustanowić ich ograniczenie. Jednakże te ograniczenia nie są pozostawione do uznania jakimkolwiek organom władzy czy jakimkolwiek jednostkom organizacyjnym lub jakimkolwiek innym podmiotom.
 
Mogą być ustanowione tylko w ustawie, tylko z przyczyn wymienionych w powołanym przepisie konstytucyjnym i tylko wtedy, gdy jest to konieczne. Prawodawstwo polskie wprowadza nieco ograniczeń ustawowych i rzeczywiście wówczas, gdy jest to konieczne z uwagi na ochronę innych wartości konstytucyjnych, np. ochrona informacji niejawnej, tajemnica lekarska czy ochrona danych osobowych.
 
W opisywanej sytuacji p. Barbara Różewska stwierdziła, że spółdzielnia mieszkaniowa nie podlega Prawu prasowemu. Otóż art. 4 Ustawy powiada: Przedsiębiorcy i podmioty niezaliczone do sektora finansów publicznych oraz niedziałające w celu osiągnięcia zysku są obowiązane do udzielenia prasie informacji o swojej działalności, o ile na podstawie odrębnych przepisów informacja nie jest objęta tajemnicą lub nie narusza prawa do prywatności.”
 
Trzeba tu w szczególności zwrócić uwagę na sformułowanie „niedziałające w celu osiągnięcia zysku”. Jest więc tu wprost określony cel powołania, zawiązania, ustanowienia każdego podmiotu na terenie RP, który spełnia warunek, o jakim mowa w tym przepisie. Odnosząc się do Ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych, w art. 1 ust. 1 czytamy: Celem spółdzielni mieszkaniowej, zwanej dalej „spółdzielnią”, jest zaspokajanie potrzeb mieszkaniowych i innych potrzeb członków oraz ich rodzin, przez dostarczanie członkom samodzielnych lokali mieszkalnych lub domów jednorodzinnych, a także lokali o innym przeznaczeniu.”
 
Stąd nie jest prawdą, że spółdzielnie mieszkaniowe nie podlegają Prawu prasowemu. Niesie to za sobą konsekwencje stosowania pozostałych przepisów powołanej Ustawy i tak na przykład: art. 6 ust. 2 gdzie wprost mowa jest o organizacjach spółdzielczych: Organy państwowe, przedsiębiorstwa państwowe i inne państwowe jednostki organizacyjne oraz organizacje spółdzielcze są obowiązane do udzielenia odpowiedzi na przekazaną im krytykę prasową bez zbędnej zwłoki, nie później jednak niż w ciągu miesiąca.”,zaś w art. 11 ust. 1 zapisano: „Dziennikarz jest uprawniony do uzyskiwania informacji w zakresie, o którym mowa w art. 4.”
 
Oznacza to, że spółdzielnia nie tylko ma obowiązek udzielania informacji o swojej działalności, ale też zaniechanie udzielenia takiej informacji może skutkować wystąpieniem redakcji na drogę sądową przeciw spółdzielni.
 
Można się, oczywiście, spierać na tle rozumienia sformułowania „obowiązane do udzielania prasie informacji o swojej działalności”. Co do zakresu pozyskiwania i udzielania informacji sporu być nie powinno, bowiem przesądza o nim treść art. 4 Prawa prasowego.
Chodzi tu raczej o formę pozyskiwania i udzielania informacji. Czy wstęp na obrady jest formą pozyskiwania i udzielania informacji czy też nie? Z pewnością jest. Czy zatem dziennikarz miałby prawo wstępu na obrady Zebrania Przedstawicieli?
 
Tu nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Przewodnicząca stwierdziła, że jest to zebranie zamknięte. Nie jest to prawdą, bowiem stan faktyczny wyraźnie wskazywał, że na takie zebranie wejść mógł każdy, nawet osoba zupełnie spoza grona mieszkańców SMG i nikt by na to nie zwrócił uwagi. Ponadto całość obrad rejestrowana była przez spółdzielczą telewizję kablową i potem emitowana w tejże telewizji. Oznacza to, że dostęp do tych obrad, mógł mieć każdy, kto zechciałby się zapoznać z relacją.
 
Wynika stąd, że jedyną cechą wyróżniającą była legitymacja prasowa i to na tej podstawie p. Barbara Różewska zarządziła głosowanie nad zezwoleniem pozostania „mediom zewnętrznym” na sali obrad. Co więcej, z całej tej sytuacji wynika, że gdyby ten sam dziennikarz schował legitymację i wszedł cichaczem, a potem wszystko sobie opisał, nikt nie miałby nic do powiedzenia.
Gdyby to było rzeczywiście zebranie zamknięte, rzeczywiście ściśle reglamentowany dostęp do obecności w trakcie obrad, zapewne w jakiś sposób dałoby się tę sytuację uzasadnić. Jednakże w tej konkretnej sprawie postawa Prezydium jest dość niezrozumiała.
 
Zwłaszcza, jeśli wziąć pod uwagę tę specyficzną sytuację, gdy dziennikarz w istocie występował w potrójnej roli. A co by się stało, gdyby to członek spółdzielni wszedł na salę z legitymacją prasową? Czy również kazano by mu ją schować? Na jakiej podstawie? I któż zaręczy, że pośród osób, które nie były delegatami nie znajdował się jeszcze ktoś z prasy? Przecież nikt tam nikogo nie sprawdzał?  Jakimi kryteriami zatem kierowała się p. Barbara Różewska? Trudno zgadnąć.
 
Tym bardziej zastanawiają wyjaśnienia potem udzielone, szczególnie w części, że „Przewodnicząca wykonywała wolę zgromadzenia”. Zgromadzenie powitało dziennikarza, o czym na wstępie i powróciło do obrad bez domagania się czegokolwiek. Nikt nie zgłosił żadnego wniosku formalnego. To Przewodnicząca zainicjowała tę akcję i dopiero potem, na skutek wyraźnego wzywania przez nią samą do składania wniosków, wystąpiły z nimi dwie osoby. Zasłanianie się więc teraz „wolą zgromadzenia” ma posmak manipulacji.
 
Jaki był cel tej manifestacji i dlaczego domagano się, dość natarczywie zresztą, ujawnienia osób, które dziennikarza zaprosiły? Czyżby to tu znajdował się klucz do odpowiedzi? O wewnętrznych konfliktach innym razem, ale wygląda na to, że to właśnie owe konflikty były główną i jedyną przyczyną tej groteski z głosowaniem.
Pytania o to, kto zapraszał, przy tak wyraźnie zarysowanym wewnętrznym konflikcie, zdawały się zmierzać do ustalenia konkretnych nazwisk, gdyby istotnie wizyta prasy była spowodowana przekazaniem informacji o niedobrych stosunkach wewnątrz spółdzielni. Tyle tylko, że w takim przypadku dziennikarz jest związany tajemnicą i ma obowiązek chronić interesy działających w dobrej wierze informatorów i innych osób, które okazują mu zaufanie.
 
Żadna z ustaw, ani Prawo spółdzielcze, ani Ustawa o spółdzielniach mieszkaniowych takich sytuacji w ogóle nie przewidują. Nie ma tam żadnych tego rodzaju ograniczeń, jakie zastosowała p. Barbara Różewska. Prawo w tej materii milczy. Tym bardziej takich ograniczeń nie zawiera Statut SMG. Na jakiej podstawie prawnej Przewodnicząca w ogóle doprowadziła do głosowania nad tym, czy prasa może pozostać na zebraniu – faktycznie otwartym, należy podkreślić – tego nie umiał nikt wyjaśnić.
 
Czy ono w ogóle było dopuszczalne i do tego przeprowadzane tak ad hoc? Przecież tych 60 osób reprezentowało około 9 tys. członków spółdzielni. Czy ktoś się zastanowił, że właśnie podejmuje decyzję w imieniu tej społeczności i – teoretycznie - może nastąpić – sytuacja, że prasie zamknie się drzwi przed nosem, bez żadnego uzasadnienia i bez konsultacji z tą właśnie społecznością?
Oznacza to, że całe zgromadzenie godziło się, de facto, z możliwością pozbawienia wielu tysięcy osób dostępu do informacji. Informacji z innego punktu widzenia, niż pokazałaby to beznamiętna relacja telewizyjna.
 
Nie ma żadnego znaczenia, jak w istocie to głosowanie się zakończyło. Chodzi o sam fakt, że w ogóle dopuszczono do takiej sytuacji w tym konkretnym stanie faktycznym. Nie ma też większego znaczenia, czy ktoś z głosujących znał prawo prasowe czy nie.  Znać przepisy muszą ci, którzy je chcą stosować. Przewodnicząca nie miała żadnego powodu, ani prawnego, ani tym bardziej logicznego, by forsować – tak, właśnie forsować - jakieś swoje zamysły.
 
Pełnomocnik prawny wyraził się, o czym wyżej, że nie ma problemu, bo przegłosowali na tak, więc nie ma co poszukiwać sensacji. Sensację wywołała p. Barbara Różewska w imię sobie tylko znanych powodów. Usiłując ją przy tym przyodziać w tzw. demokrację i tzw. praworządność. W tym konkretnym stanie faktycznym można zaryzykować postawienie tezy, że całe te jasełka wywołane zostały tylko po to, by wywrzeć nacisk na dziennikarza i dowiedzieć się – pod pozorem wykonywania woli zgromadzonych – kto miał coś wspólnego z tą wizytą. Motywem mogła też być chęć dania nauczki tym, którzy mogli mieć coś wspólnego z wizytą prasy. Taki pokaz, kto tu rządzi.
 
Jak sobie Prezydium wyobraża realizację obowiązków dziennikarza, wynikających z art. 12 ust. 1 pkt 1 Pr. pr. – Dziennikarz jest obowiązany zachować szczególną staranność i rzetelność przy zbieraniu i wykorzystaniu materiałów prasowych, zwłaszcza sprawdzić zgodność z prawdą uzyskanych wiadomości lub podać ich źródło,”?
Oczywiście, można było sobie spokojnie poczekać na relację w telewizji kablowej. Wygodnie i przy kawie posłuchać od niechcenia, co też tam sobie ludziska opowiadają i o co się spierają. Tylko czy to byłoby to samo, co bezpośredni udział w takim zebraniu? Z możliwością bezpośrednich rozmów z wieloma osobami w jednym miejscu? Czy ta prawda ekranu byłaby wystarczająca?
 
Pozorowanie demokracji jest gorsze od braku demokracji w ogóle, bowiem przy jej braku wiadomo przynajmniej czego się trzymać. Prof. Tatarkiewicz (Traktat o dobrej robocie) wielokrotnie wskazywał, że tworzenie demokracji najtrudniejsze jest w sferze przemian mentalności ludzkiej.
Ta mentalność – jak powiadał - wykształcała się już od czasów złotej wolności szlacheckiej, poprzez zabory, okupację i ostatnie powojenne półwie­cze. Stworzenie rzeczywistego systemu silnej demokracji, ale nie demokracji infantyl­nej, gdzie każdy osioł ryczy na swoją nutę, wymaga ogromnego wysiłku.
Wysiłku przede wszystkim w zakresie uświadamiania ludziom, że każde stanowisko i każda funkcja, które dają choć okruch władzy, są służebne wobec społeczeństwa i nigdy nie powinny stać się instrumentem dla osiągania celów niejasnych, nieprzejrzystych, wieloznacznych.
 
W prawie cywilnym obowiązuje zasada: „dozwolone jest wszystko to, co nie jest zakazane”. Jeżeli więc nie ma i nie było żadnego zakazu określonych zachowań, to po co tworzy się sztuczne bariery? Zwłaszcza tam, gdzie nie ma to najmniejszego sensu?
 
Instytucja małżeństwa, prawa, reprezentacja
 
Drugą, nazwijmy to umownie „podstawą prawną”, umożliwiającą słuchanie i patrzenie w zastępstwie współmałżonka, członka spółdzielni – jak to wskazywał główny orędownik tego pomysłu, Sekretarz Prezydium, p. Dariusz Koszałko – była kwestia posiadania pisemnego pełnomocnictwa do wykonywania wymienionych czynności. Z jakich przepisów to wynikało, podobnie jak w przypadku powyżej opisanym o „mediach zewnętrznych”, nikt nie potrafił wykazać.
 
W ustawie Prawo spółdzielcze oraz w Ustawie o spółdzielniach mieszkaniowych znajdują się śladowe przepisy o możliwości reprezentacji członka spółdzielni w wykonywaniu określonych czynności prawnych. Na przykład w art. 36 § 2a Prawa spółdzielczego czytamy: „Członek ma prawo korzystania na własny koszt z pomocy prawnej lub pomocy eksperta. Osoby, z których pomocy korzysta członek, nie są uprawnione do zabierania głosu.”
 
Ponieważ ta materia nie jest regulowana w ustawie o spółdzielniach mieszkaniowych, stąd – na podstawie art. 1 ust. 7 Ustawy – mają do niej zastosowanie przepisy Prawa spółdzielczego. W żadnym z powołanych aktów prawnych nie ma wzmianki na temat formy przedstawicielstwa, reprezentowania, pełnomocnictwa, jak również formy korzystania z pomocy prawnej lub eksperckiej. Przepisy ustaw – Prawo spółdzielcze i Ustawa o spółdzielniach mieszkaniowych – są konkretyzowane i uszczegóławiane w przepisach statutów.
 
Ponieważ jednak statut spółdzielni nie jest aktem prawnym w rozumieniu art. 87 Konstytucji, stąd też nie może ustanawiać nowych instrumentów prawnych, innych niż w ustawach. Zwłaszcza takich, które rodziłyby skutki cywilnoprawne, szczególnie z zakresu prawa materialnego. „(…) Jeżeli statut takowe stanowi, to na podstawie art. 5 w zw. z art. 58 § 1 i 2 K.c. – jego zapisy są nieważne. Natomiast uprawnienie przyznane członkowi ustawą nie może być wyłączone ani ograniczone przez statut spółdzielni.” - orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego z dnia 20 kwietnia 2005 r. (K 42/02).
 
Statut ma w istocie charakter umowy cywilnoprawnej, a więc mają do niego zastosowanie przepisy Kodeksu cywilnego. Dlatego też przede wszystkim tam właśnie należy poszukiwać odpowiedzi, w jakiej formie musi być umocowana osoba do reprezentowania małżonka, członka spółdzielni w wykonywaniu za nią czynności. Pomijając już kwestie niuansów odnośnie różnych rodzajów pełnomocnictw – ogólne, rodzajowe, prokura, itp. – należy wprost odnieść się do przepisów Kodeksu cywilnego o przedstawicielstwie.
 
W art. 95 § 1 KC czytamy: „Z zastrzeżeniem wyjątków w ustawie przewidzianych albo wynikających z właściwości czynności prawnej, można dokonać czynności prawnej przez przedstawiciela.” Z kolei w art. 96 KC czytamy: „Umocowanie do działania w cudzym imieniu może opierać się na ustawie (przedstawicielstwo ustawowe) albo na oświadczeniu reprezentowanego (pełnomocnictwo).”
 
W § 120 ust. 5 Statutu SM „Górczewska” czytamy: „ Członkowie Spółdzielni mogą być obecni bez prawa zabierania głosu na Zebraniu Przedstawicieli, z wyłączeniem rozpatrywania spraw objętych ochroną danych osobowych.” A skoro członek spółdzielni może być reprezentowany przez swojego przedstawiciela, to jest oczywiste, że ów przedstawiciel może być, w zastępstwie członka spółdzielni, obecny na Zebraniu Przedstawicieli.
 
Zdawać by się mogło, że rację ma p. Dariusz Koszałko wraz z pozostałymi osobami, które zdecydowanie domagały się pisemnego pełnomocnictwa do reprezentowania małżonki, członka spółdzielni. Pozornie. Jak przysłowie powiada, diabeł tkwi w szczegółach, w tym wypadku w treści przepisów. Powołane wcześniej przepisy KC, jak i dalsze, dotyczące przedstawicielstwa, mają wspólną cechę – umocowanie do dokonania w cudzym imieniu czynności prawnych.
 
Pytanie podstawowe: czy wejście na obrady ZP w celu słuchania i patrzenia, bez prawa głosu, jest czynnością prawną? Czy z faktu wejścia na salę obrad wynikają, bądź mogą wynikać jakiekolwiek skutki prawne dla kogokolwiek? Orędownicy stanowiska o konieczności posiadania pisemnego pełnomocnictwa do obecności w trakcie obrad ZP zdają się mieć trudności w rozróżnianiu pojęć. Czym innym jest czynność prawna wywołująca skutki prawne, a czym innym jest wykonywanie uprawnień.
 
Skąd zatem pomysł, że do takiego wejścia i słuchania wymagane jest posiadanie pisemnego pełnomocnictwa członka spółdzielni, współmałżonka?
 
Jak już wyżej wspomniano, artykuł prasowy ma swoje prawa i nie ma potrzeby znęcać się nad pomysłodawcami tych rzekomych wymogów o pełnomocnictwach, w szczególności, gdy dotyczy to małżonków. Już w Konstytucji odnajdujemy artykulację istoty instytucji małżeństwa jako wartości gwarantowanej i chronionej przez RP. Sam fakt zamieszczenia art. 18 Konstytucji w Rozdziale I, zatytułowanym „Rzeczpospolita”, wskazuje wyraźnie, jaką wagę przykłada się do instytucji małżeństwa, skoro przepisy o niej znajdują się pośród przepisów ustrojowych Państwa.
 
Oczywiście, sposób funkcjonowania, prawa i obowiązki małżonków nie mogą być szczegółowo opisywane na poziomie ustawy zasadniczej. Tę materię regulują ustawy zwykłe z zachowaniem, rzecz jasna, istoty wartości podniesionej do rangi konstytucyjnej. By sprawę przesądzić raz a dobrze i jednoznacznie, warto tu przywołać choćby jeden z przepisów Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, dotyczącego instytucji małżeństwa. 
 
Otóż w art. 23 Kodeksu czytamy: „Małżonkowie mają równe prawa i obowiązki w małżeństwie. Są obowiązani do wspólnego pożycia, do wzajemnej pomocy i wierności oraz do współdziałania dla dobra rodziny, którą przez swój związek założyli.” Już takie sformułowanie w zupełności wystarcza, by przyjąć, iż mąż zastępujący żonę na zebraniu – bez prawa głosu – ma umocowanie wynikające z instytucji małżeństwa.
 
Gdyby jednak w czyimś przekonaniu nadal gościły wątpliwości, to można tu przywołać kolejny przepis, który jednoznacznie przesądza o takim umocowaniu, w szczególności w tej konkretnej sytuacji: Art. 29 Kodeksu: „W razie przemijającej przeszkody, która dotyczy jednego z małżonków pozostających we wspólnym pożyciu, drugi małżonek może za niego działać w sprawach zwykłego zarządu, w szczególności może bez pełnomocnictwa pobierać przypadające należności, chyba że sprzeciwia się temu małżonek, którego przeszkoda dotyczy. Względem osób trzecich sprzeciw jest skuteczny, jeżeli był im wiadomy.”
 
Oczywiście, są to – w odniesieniu do obu opisanych sytuacji – jedynie sygnalizacje przepisów prawnych w związku z konkretnym stanem faktycznym. Ten stan faktyczny zdaje się zupełnie być pomijany przez osoby sprawujące funkcje w organach SM „Górczewska”. Wydawać się może, iż stosowane są pojedyncze przepisy w zupełnym oderwaniu od stanu, do którego mogą one mieć zastosowanie i w sposób odizolowany od całego systemu prawa.
 
Coś jak gdyby wyrywanie zdań z kontekstu dzięki czemu sens całej wypowiedzi przyjmuje całkiem inną wymowę, niż autor zamierzał. Tu, przy tak stosowanym prawie, osiąga się często skutki sprzeczne z zamierzeniami ustawodawcy.
 
Cel, jaki przyświecał dziennikarzowi w związku z wyprawą na ZP, nie został jednak zaprzepaszczony poprzez tak niespodziewany obrót sytuacji. Przeciwnie, dało się tu zidentyfikować prawdopodobnie jeden z ważniejszych punktów zapalnych, który doprowadzał i nadal doprowadza do konfliktów i nieporozumień. Sposób rozumienia i stosowania prawa. Opisana sytuacja pokazuje, że osoby pełniące funkcje w organach Spółdzielni kierują się bardziej swoimi przekonaniami, niż rzeczywiście przepisami prawa. Co gorsza, to do swoich przekonań próbują dopasować przepisy, które mają uzasadniać podejmowane działania. Nie jest to konkluzja optymistyczna.
 
Jeszcze bardziej niepokojące jest to, że w opisanych zdarzeniach brało udział znacznie więcej osób odpowiedzialnych za znajomość i umiejętność stosowania prawa. Na sali było obecnych wielu byłych członków organów Spółdzielni, obecni byli członkowie Zarządu aktualnego, również i pełniący obowiązki Prezesa, a jednocześnie kandydat w planowanym konkursie na Prezesa, Józef Bech. Byli obecni członkowie Komisji Statutowej. Była też w końcu obecna profesjonalna obsługa prawna. Nikt z obecnych nie zaprotestował przeciwko takim dziwacznym zapędom Prezydium.
 
Przeciwnie, dochodziły głosy spośród zgromadzonych aprobujące taki sposób działania. Wszyscy też wzięli udział w głosowaniu w przedmiocie zezwolenia pozostania na sali  „mediów zewnętrznych”. Nikt, jak się wydaje, nie zastanowił się choćby przez chwilę, czy to wszystko ma podstawy prawne, a przede wszystkim czy ta groteska w ogóle ma sens i do czego w istocie zmierza. Ot, chciałoby się rzec, owczym pędem za przewodnikiem. Tak zachowują się, na przykład, lemingi stadnie rzucające się w przepaść.
 
Na tle takiego rozumienia i stosowania prawa, spory wewnętrzne – prawne, a jakże – potrafią doprowadzić do spontanicznej wesołości osoby patrzące z zewnątrz. Nie jest jednak zbyt wesołe to, że w ten sposób zarządza się Spółdzielnią, majątkiem, losami tysięcy ludzi. Zawierane umowy są, jakżeby inaczej, konstruowane w oparciu o przepisy prawa.
 
Cóż stąd, że w prawie cywilnym istnieje zasada swobody zawierania umów, co daje możliwość ich konstruowania zgodnie z interesem strony – Spółdzielni? Jeżeli te konstrukcje będą się opierać wyłącznie na „chciejstwie”, to każdy sprytniejszy kontrahent wyssie ze Spółdzielni ostatnią kroplę krwi. Poprzez znajomość niuansów i sztuczek prawnych. Podobnie ma się sprawa z konstruowaniem Statutu. Wydaje się, że i tu pobrzmiewa ton „prawotwórstwa i chciejstwa.” Ten aspekt jednak pozostawmy na inny czas.
 
Jeszcze jedno pytanie: Czy całą tę historię można było przedstawić i rozstrzygnąć znacznie krócej i sprawniej? Oczywiście, że tak. Ale i w tym aspekcie pojawił się kolejny problem, który, najprawdopodobniej, doprowadza do wewnętrznych iskrzeń. Niechęć słuchania, kto ma coś do powiedzenia.
 
Wydaje się, że podstawową zasadą w SM „Górczewska” jest słuchanie samego siebie. Słuchanie głosu innych osób, zwłaszcza tych, które nie pełnią żadnych funkcji i nie mają żadnego wpływu na jakość podejmowanych decyzji, jest zjawiskiem wyjątkowym i mało popularnym.
 
Jest też jeszcze jedna podstawowa zasada, wynikająca z prawa cywilnego, a mianowicie art. 5 KC: „Nie można czynić ze swojego prawa użytku, który by był sprzeczny ze społeczno-gospodarczym przeznaczeniem tego prawa lub z zasadami współżycia społecznego. Takie działanie lub zaniechanie uprawnionego nie jest uważane za wykonywanie prawa i nie korzysta z ochrony.”
 
Byłoby dobrze, by o tej zasadzie pamiętali – obecni, byli i przyszli - członkowie organów SM „Górczewska”.
 
Witold Filipowicz
 
2009-01-31 10:33
 Oceń wpis
   

W dniu 8 października 2008 r. w Sądzie Okręgowym w Warszawie, w Sali 545 o godzinie 14.15 odbędzie się ponowna rozprawa przeciwko Skarbowi Państwa – Urzędowi Patentowemu Rzeczypospolitej Polskiej o przywrócenie do pracy i zasądzenie wynagrodzenia za czas pozostawania bez pracy – Sygn. akt XII Pa 294/08.

 
Pozew wniósł w styczniu 2005 roku dyrektor Biura Urzędu, który po wygranym konkursie objął stanowisko, ale po upływie 3 miesięcy odmówiono mu – bez żadnych podstaw i wbrew poprzednim zobowiązaniom kierownictwa – podpisania umowy na czas nieokreślony.
 
Sąd Rejonowy w Warszawie – sygn. akt VII P 464/06 - orzekł o celowym zmierzaniu przez pozwanego do ominięcia przepisów prawa oraz naruszeniu zasad współżycia społecznego. Sąd Okręgowy w Warszawie – w 2007 roku, sygn. akt XII Pa 397/06 – zmienił całkowicie wyrok Sądu Rejonowego, oddalając powództwo w całości. Za podstawę orzekania przyjął przepisy, które w żadnym razie nie mogły mieć zastosowania w tej sprawie. Uzasadnienie zaś tego wyroku było rażąco sprzeczne ze stanem faktycznym, który wynikał z akt sprawy oraz z ustaleń poczynionych przez Sąd Rejonowy.
 
Ten skandaliczny wyrok został uchylony wyrokiem Sądu Najwyższego w lutym 2008 r. – sygn. akt II PK 256/07 - i sprawa powróciła do ponownego rozpoznania w Sądzie Okręgowym w Warszawie.
 
Z całej dokumentacji i ustaleń tego wieloletniego sporu wynika jednoznacznie, że określenie kumoterstwa czy nepotyzmu w zakresie obsadzania wyższych stanowisk w administracji rządowej byłoby tu czystym eufemizmem. Wielość faktów wynikających z dokumentacji, nie tylko samych akt sprawy, rysuje mroczny obraz Rzeczypospolitej, traktowanej przez wysokich urzędników administracji publicznej jak państwo prywatne.
 
Wątki kryminalne, jakie zaczęły pojawiać się w trakcie postępowań, w tym znikające dokumenty urzędowe, zarówno z samych urzędów, jak i z akt sprawy, bezprawne uniemożliwianie uzyskania istotnych dla sprawy informacji, przekraczanie uprawnień i niedopełnianie obowiązków na szkodę interesu publicznego, a w końcu i możliwe dokonanie fałszerstwa dokumentów urzędowych oraz pomijanie przez Sąd – bezpodstawnie – przedstawianych na tę okoliczność dowodów w sprawie, dopełniają obrazu Orwellowskiego świata i krainy absurdu.
 
W związku z poprzednim, skandalicznym wyrokiem Sądu Okręgowego w Warszawie, w maju tego roku wniesiona została – na skład orzekający wówczas – skarga do Ministra Sprawiedliwości, a we wrześniu również do Krajowej Rady Sądownictwa o oczywistą i rażącą obrazę przepisów prawa.
 
Jak potoczy się obecnie proces w tym samym Sądzie i w tym samym Wydziale, będzie można zaobserwować 8 października 2008r.
 
Witold Filipowicz
 
2009-01-31 10:31
 Oceń wpis
   

Był już bunt prokuratorów, teraz mamy bunt sędziów. Bunty mają zawsze jakiś cel. W przypadku sędziów tym celem jest godność. Mierzona, jak się wydaje, wysokością gaży.

 
Nadużycie? Może. Ale wsłuchując się w treść sędziowskich protestów odnosi się wrażenie, że zmierzają w jednym kierunku – dajcie nam więcej, więcej, więcej…
 
Uzasadnieniem tych żądań jest, było nie było, szczególna rola sędziego w życiu publicznym polskiego społeczeństwa. Wszak to od sędziego w wielu przypadkach zależy niejeden los człowieka, któremu się przyszło poddać rozstrzygnięciom sądowym.
 
W klasycznym podziale władzy sądownictwo jest jednym z filarów demokratycznego państwa prawnego. Z tego punktu widzenia głos środowiska sędziowskiego jest głosem trzeciego filaru władzy i nie może pozostawać niesłyszalnym.
 
Zgrzytem jednak w tych – załóżmy – słusznych protestach i żądaniach, jest coraz powszechniejsza w społeczeństwie opinia o jakości wymiaru sprawiedliwości. Nie tylko tych osób, które przegrywają swoje sprawy przed sądami. Krytyka w takich przypadkach jest naturalnym przejawem, choć nie znaczy to w żadnym razie, że jest w każdym przypadku krytyką bezpodstawną.
 
Głosy krytyczne słychać też ze strony osób niezwiązanych z jakimiś postępowaniami sądowymi osobiście, a nawet za strony osób, które swoje sprawy wygrywają. Nieco słabiej słychać krytykę ze strony samego środowiska prawniczego, w szczególności ze strony samych sędziów. Tu głównie przeważają skargi na warunki pracy i – oczywiście – płacy.
 
Może dziwić krytyka jakości wymiaru sprawiedliwości wypowiadana przez osoby, które w końcu swoje sprawy wygrywają. Jednakże warto sobie uświadomić, że sama wygrana w finale sprawa, to często całe lata zaangażowania się w procesy, koszty, czasem utrata zdrowia. Nierzadko ekonomiczna ruina tego, który mimo wygranej sprawy popada w nędzę. Pyrrusowe zwycięstwa nie są niczym nadzwyczajnym w polskiej rzeczywistości.
 
Śledząc tego rodzaju sprawy, poczynając od sposobu ich rozpatrywania na poziomie sądu rejonowego przez asesora, aż do Sądu Najwyższego włącznie, niejednokrotnie można zadawać sobie wciąż to samo pytanie: czemu ma służyć polski wymiar sprawiedliwości. Co jest celem sądowych postępowań, czy poszukiwanie sprawiedliwości i ochrony jednostki, której dzieje się krzywda, czy sąd ma cele priorytetowe w postaci restrykcyjnego przestrzegania procedur?
 
To zresztą temat niewyczerpany i nie powinien niknąć w dyskusjach, przykrywany sporami doktrynalnymi, w których człowiek wydaje się być traktowany jako wyłącznie element procesu.
 
Wzrastająca liczba spraw wnoszonych przez obywateli do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, a zwłaszcza wzrastająca liczba spraw wygrywanych w Trybunale, powinna być wystarczającym sygnałem, że w polskim wymiarze sprawiedliwości nie dzieje się dobrze i nic nie wskazuje na to, że są jakieś symptomy poprawy.
 
Co gorsza, należy pamiętać o tym, że na ogół – z uwagi na obowiązek wyczerpania drogi sądowej w kraju – wygrane sprawy przeciwko państwu Polskiemu w jakimś stopniu dają świadectwo o polskim wymiarze sprawiedliwości na poziomie Sądu Najwyższego. To może uświadamiać, jaką jest ta jakość na poziomach niższych – apelacyjnym, okręgowym, rejonowym. Dotyczy to również sądownictwa administracyjnego.
 
Występując do ETPC skarży się nie sam wyrok, choć to on jest podstawą wniesienia skargi, ale skarży się państwo, w imieniu którego te skarżone wyroki zapadają, więc w istocie skarży się cały system wymiaru sprawiedliwości, gdzie w kolejnych instancjach utrzymywany jest wyrok, uznany potem przez ETPC jako naruszający prawa człowieka. To jest powód do wstydu. Nie dla państwa, dla wymiaru sprawiedliwości.
 
Jakie są konsekwencje takich wyroków na korzyść skarżącego? Na ogół odszkodowania, czasem nawet dość wysokie, choć w większości bardziej symboliczne, gdy uzmysłowić sobie, jaką drogę i z jakimi konsekwencjami przez całe lata musiał się zmierzyć skarżący. Ostatnio odszkodowania zaczynają nieco wzrastać, pojawia się bowiem tendencja do wyrównywania szkód wyrządzonych przez Państwo obywatelowi w wymiarze bardziej adekwatnym do strat rzeczywistych.
 
A co się dzieje po takim wyroku, który państwo musi wykonać? Państwo je wykonuje, z oporami czasem, ale to osobna kwestia. Jeśli jednak przyznane zostaje odszkodowanie, to je wypłaca. Z jakich pieniędzy? Oczywiście, z budżetu państwa. I to jest jedna strona medalu.
 
Jest jednak drugi aspekt, znacznie ważniejszy. Jakie skutki takiego wyroku ponosi nasz wymiar sprawiedliwości w rozumieniu skutków dla konkretnych sędziów, którzy brali udział w procesie orzekania? Od pierwszej do ostatniej instancji. Otóż nic nie wiadomo o jakichkolwiek skutkach.
 
W konsekwencji cała plejada sędziów, tych domagających się uznania ich godności, czy też może godności urzędu, jaki reprezentują, godności mierzonej – przez nich samych, jak się okazuje – wysokością gaży, pozostaje w błogim poczuciu dobrze wypełnionych obowiązków. Również tych sędziów, których wyroki są ocenione negatywnie przez ETPC.
 
Konsekwencje finansowe dla budżetu, czyli pochodzące z kieszeni nas wszystkich, to tylko jeden i bynajmniej nie najważniejszy i nie najbardziej dotkliwy skutek błędnego orzekania. Za takimi wyrokami często występują ludzkie tragedie. Czasem ważące na całym życiu człowieka.
 
A co z godnością tych, którzy wyrokami rażąco naruszającymi prawo sami wystawiają świadectwo polskiemu wymiarowi sprawiedliwości? Co robi samo środowisko sędziowskie z takimi przypadkami. Bez impulsu w postaci skargi czy jeszcze silniejszego – publikacji prasowej o jakimś bulwersującym wyroku? Co z sędziami, których orzeczenia wręcz narzucają podejrzenie stronniczości, o ile nie przestępstwa nawet?
Solidarność korporacyjna zawsze ma brać górę?
 
Sąd jest niezawisły – remedium na każdą niegodziwość odzianego w togę człowieka, który zawiesił sobie na szyi łańcuch z Godłem? Sąd podlega tylko ustawom – kolejne hasło, które ma rozgrzeszać każdą nieprawidłowość? I co się dzieje, jeśli sąd sam ustawy łamie?
 
Jest obecnie prawo skargi na wyrok niezgodny z prawem. Nawet przewiduje żądanie odszkodowania. Ale kto ma to orzekać? Sędziowie. Ile razy sędziowie – koledzy po fachu – orzekali przeciwko swoim kolegom? Układ naczyń połączonych. Jak w każdej korporacji, jak w większości środowisk.
 
Tylko, że błędy, a przede wszystkim sprzeniewierzenia się misji swojego zawodu w przypadkach na przykład pielęgniarki, skutkuje konsekwencjami niezwykle dolegliwymi dla niej samej. Trudniej jest w przypadku nauczycieli, a w przypadku lekarzy droga nabiera wyjątkowej wyboistości, by pociągnąć go do odpowiedzialności. Tu mechanizmy tej pejoratywnie rozumianej solidarności środowiskowej najbardziej dają się zauważyć.
 
W przypadku sędziów droga taka w ogóle staje się niewidoczna, a jeśli nawet już coś się pojawi, to szybko gdzieś niknie i ciągu dalszego nie widać, a zwłaszcza finału. Immunitet, szczególna rola, sędzia musi mieć zagwarantowaną niezależność i niezawisłość, mieć poczucie bezpieczeństwa w procesie orzekania…cały wachlarz argumentacji. Słusznej, nie da się zaprzeczyć. Ale nie wówczas, gdy te atrybuty mają służyć jako tarcza dla analfabety prawnego i każdej niegodziwości.
 
Jeśli pod tymi hasłami, za przyzwoleniem całego środowiska, mogą całymi latami kryć się ludzie, którzy kompromitują to środowisko i wyrządzają de facto ogromne szkody dla całego systemu wymiaru sprawiedliwości, to i sam ten wymiar nie powinien się dziwić, że społeczeństwo coraz częściej daje mu wyraz swojej dezaprobaty.
 
Jeśli więc sędziowie rzeczywiście chcą walczyć o swoją godność, o godność urzędu sędziego, orzekającego w imieniu Rzeczypospolitej, to najpierw niechaj zaczną od porządkowania własnego środowiska. Rozpinanie parasoli ochronnych nad swoimi kolegami, którzy powinni sami niejednokrotnie znaleźć się tam, gdzie wysyłają podsądnych, godności temu urzędowi nie przydaje.
 
Przeciwnie. Z wypowiedzi na wielu stronach internetowych, w tym i o profilu prawniczym,  można odczytać nastawienie części społeczeństwa do obecnych żądań i sędziowskich protestów. Bezczelność, to słowo jedno z łagodniejszych.
Ostatecznie, za te średnio 5 tysięcy miesięcznie da się jeszcze jakiś czas związać koniec z końcem.
 
Tymczasem, zamiast przyznawania godności, mierzonej pensją, można by sędziom przyznać kieszonkowe. Na szkolenia, jak ze te grosze przeżyć, co, na przykład nauczyciele pokażą sędziom w praktyce.
 
Resztę z kieszonkowego można przeznaczyć na szkolenia w zakresie rozumienia treści art. 2 Konstytucji RP, co w istocie oznacza zasada tam wrażona, że „Rzeczypospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej.”
 
Realizacji tej zasady mają strzec właśnie sędziowie. Od tego jak to robią zależeć będzie godność urzędu. Pieniędzmi się jej nie kupi ani nie zmierzy.
  
Witold Filipowicz
 
2009-01-31 10:29
 Oceń wpis
   

 

yle="color: black">Wszyscy znamy powiedzonko z morałem: człowiek człowiekowi wilkiem. Okazuje się, niestety, coraz częściej, że zjawiska - niegdyś stanowiące margines w środowisku dziennikarskim - dziś można ująć lapidarnie, parafrazując tamto powiedzenie: dziennikarz dziennikarzowi świnią jest…
 
No, bo jak inaczej powiedzieć, kiedy dziennikarz z dorobkiem, wpływowy redaktor naczelny największego dziennika za wielką wodą, obecnie z powrotem na eksponowanym stanowisku w telewizji, TVN24, bezceremonialnie wykorzystuje pomysł kolegów po piórze dla własnego splendoru?
 
Jak można nazwać taką sytuację, gdy po okresie współpracy, z której laury dzielić powinni wspólnie, we wstępie do wieńczącej dzieło publikacji, przypisuje zasługi tylko swojemu tytułowi, czyli sobie? Natomiast pomysłodawcę przedsięwzięcia i partnera w realizacji pomija głuchym milczeniem?
 
Czy dlatego, że ten - „małosilny”, czyli bez koneksji i wpływów - pozostał za oceanem, zagubiony w kraju białych niedźwiedzi, w żywicą pachnącej Kanadzie, więc nie wie, co w odległej polskiej trawie piszczy?
 
Takie refleksje nasuwają się po przeczytaniu listu otwartego Marii Frydrychowicz, twórczyni i redaktorki popularnego i redagowanego do niedawna z Montrealu internetowego „Comiesięcznego Magazynu Polonii Świecie Nasz”.
 
List, kierowany do redaktora naczelnego tygodnika „Polityka” w Warszawie, Jerzego Baczyńskiego oraz do byłego redaktora naczelnego „Nowego Dziennika” w Nowym Jorku, Macieja Wierzyńskiego zamieszczony został na łamach Magazynu Kontrateksty.
Znamy Marię Frydrychowicz z okresu wcześniejszej współpracy, jaka zaistniała pomiędzy naszymi redakcjami i teraz trudno jest nam przejść obojętnie wobec wydarzeń, jakich jesteśmy świadkami.
 
W początkach roku 2004 Maria Frydrychowicz, od wielu lat zamieszkująca w Montrealu, jako jedna z pierwszych dostrzegła potrzebę internetowego magazynu dla Polaków żyjących poza Krajem. Takiego magazynu, który w sposób globalny i na dobrym poziomie poruszałby sprawy Polonii i upowszechniał wiedzę na jej temat.
 
Otworzyła „Comiesięczny Magazyn Polonii – Świecie Nasz” ufając, że sprawa się rozkręci, że pozyska fundusze i fachowców do współpracy. Uważała, że skoro łączy w sobie doświadczenie pracy w zawodzie dziennikarza z okresu poprzedzającego jej emigrację, posiadając wiedzę w dziedzinie komunikowania informacji i mediów oraz znajomość technik multimedialnych, ma rzadką możliwość, samodzielnie stworzyć oryginalny, nowoczesny magazyn internetowy.
 
Po czterech latach przyznaje, że eksperyment ją pokonał. Ale to już całkiem inna historia, o której kiedyś opowiemy przy innej okazji. Wyłoni się z niej obraz w mikroskali, yle="color: black">obraz sytuacji polskich mediów na emigracji. Nie jest to obraz wesoły.
 
 
Sposób na spopularyzowanie „Świecie Nasz” jego redaktorka dostrzegła w zorganizowaniu konkursu o światowym zasięgu wśród emigrantów polskich. Ostatecznie, wspólnie z dziennikarzem, Andrzejem Gawęckim, którego Maria wciągnęła do współpracy nad magazynem, zdecydowali, że skierują go do tzw. "emigracji posolidarnościowej”.
 
Byli przekonani, yle="color: teal">że pomysł chwyci, ponieważ tej kategorii emigracji polskiej nie dano dotąd głosu ani nie poświęcono jej większej uwagi. Ponadto zbliżała się 25 rocznica Sierpnia i z nią właśnie „Świecie Nasz” chciało związać swój konkurs. Przygotowali zatem jego założenia merytoryczne, regulamin, skład jury, na czele którego miał stanąć i na co wyraził zgodę, znakomity pisarz Janusz Głowacki.
 
Swój entuzjazm i plany musieli jednak wyhamować w obliczu preliminarza finansowego. Nie dość, że trzeba było zdobyć fundusze na nagrody dla uczestników konkursu, to także należało zabezpieczyć je na honoraria dla jury i uwzględnić wszystkie inne, obiektywnie niemałe i niemieszczące się w możliwościach Marii Frydrychowicz, koszty jego organizacji. Skąd wziąć potrzebne tysiące dolarów?
 
Starali się o pomoc po tej i po tamtej stronie wielkiej wody. Pukali m.in. do milionerki i znanej filantropki amerykańskiej, Barbary Johnson, do organizacji polonijnych (choć te są z reguły biedne) w Stanach i w Kanadzie. Bez powodzenia. W końcu nie widząc innego wyjścia, za cenę pomocy w jego organizacji postanowili podzielić się pomysłem na konkursyle="color: teal">, na pamiętniki emigrantów polskich, jak i przewidywanym sukcesem, z jakąś dużą i ustosunkowaną redakcją polonijną.
 
Wyselekcjonowali trzy emigracyjne tytuły, ale zaczęli i zakończyli na największym z nich, „Nowym Dzienniku” z Nowego Jorku, bo tam ich pomysł z punktu „kupił” Naczelny. Mediatorem z ramienia „Świecie Nasz” został Andrzej Gawęcki, który z racji zamieszkiwania w stanie NY redakcję „Nowego Dziennika” miał w zasięgu ręki.
 
Sprawy nabrały przyśpieszenia, kiedy Maciej Wierzyński nawiązał kontakt z naczelnym „Polityki” w Warszawie, Jerzym Baczyńskim. Szybko znalazły się tak potrzebne pieniądze i najlepsza pomoc organizacyjna. Układ pomiędzy „Świecie Nasz” i „Nowym Dziennikiem”, potwierdzony dżentelmeńską umową o współpracy, milczał taktownie na temat podziału korzyści ze wspólnego przedsięwzięcia.
 
To, jak i trudność w nawiązaniu merytorycznej, bezpośredniej komunikacji z Maciejem Wierzyńskim, niepokoiło Naczelną „Świecie Nasz”. Zaufała jednak partnerom, uspokojona zapewnieniami Andrzeja Gawęckiego, że wszystko jest w jak najlepszym porządku a upominanie się o gwarancje na piśmie od tak poważnych partnerów byłoby niezręczne.
 
Wkrótce, 16 lutego 2005, na rozkładówce „Polityki” konkurs ogłoszono. Prócz rozszerzenia jego zasięgu czasowego, wprowadzono mało istotne zmiany do założeń i regulaminu. Podano też fundatorów nagród i wymieniono skład jury a w nim Marię Frydrychowicz.
 
Następnie anons „Polityki” powieliły pozostałe współpracujące redakcje. „Świecie Nasz” dodatkowo rozesłał informacje o konkursie do zaprzyjaźnionych portali i redakcji czasopism polonijnych. Zaaranżował też kilka wystąpień, podczas których Maria Frydrychowicz propagowała konkurs w radiostacjach polonijnych m.in. w Kanadzie, Stanach i Australii. Wkrótce wspomnienia zaczęły napływać.
 
Po trwającym kilka miesięcy etapie czytania i selekcji setek prac przez osoby desygnowane z ramienia poszczególnych redakcji, zwycięzców wyłoniono w listopadzie 2005. W tym czasie Andrzeja Gawęckiego, mediatora z okresu zawiązywania współpracy pomiędzy „Świecie Nasz” a „Nowym Dziennikiem”, nie było już u boku Marii Frydrychowicz.
 
Osamotniona szefowa „Świecie Nasz” konsekwentnie trwała przy swoich zamierzeniach. Oprócz czasochłonnych zadań, przypadających na nią ze względu na współpracę jej tytułu nad konkursem, przygotowywała comiesięczne wydania magazynu. Współpraca z dwudziestu kilkoma korespondentami z całego świata, opracowania od strony graficznej, deweloperskiej, redakcyjnej i merytorycznej, w pojedynkę, sprawiały, że doba kurczyła się do rozmiarów mikroskopijnych.
 
Przez następne dwa lata tytuł rozwijał się dynamicznie. Rosła nie tylko liczba jego działów i rubryk, ale, co najważniejsze, przybywało poważnych i znanych autorów, wartościowych materiałów i czytelników. Tak było, aż do września 2007, kiedy to Maria Frydrychowicz zdjęła „Świecie Nasz” z sieci.
 
„Magazyn – jak mówi – był wówczas w „pick performance”, ale nadmiar pracy, przekraczający możliwości jednej osoby, przy braku jakiejkolwiek pomocy finansowej i trudność w znalezieniu współpracowników, poza autorami tekstów, którzy chcieliby pracować z nią również bez wynagrodzenia, zadecydowały o tej dramatycznej decyzji.
 
Jak w tym kontekście i niezależnie od niego pogodzić się z ciosem, jakim jest dla niej wydana niedawno książka: „My emigranci. Wspomnienia współczesnych Polaków z życia na obczyźnie”, pod redakcją Wiesławy Piątkowskiej-Stepaniak a wydanej przez Wydawnictwo Uniwersytetu Opolskiego w 2007 r.
 
Dlaczego ciosem? Otóż dlatego, że na obwolucie tej starannie wydanej pozycji, która zamieszcza znaki graficzne „Nowego Dziennika” i „Polityki”, zabrakło loga pomysłodawcy i zarazem trzeciego współorganizatora konkursu, kanadyjskiego „Comiesięcznego Magazynu Polonii Świecie Nasz”.
 
Nie dość na tym, bo we wstępie do tego wydania napisano: „Teksty zawarte w książce to niewielka, ale charakterystyczna część z kilkuset wypowiedzi emigrantów, którzy nadesłali je jako odzew na apel największej polskiej gazety wydawanej poza granicami kraju, nowojorskiego „Nowego Dziennika” i współpracującej z nim w tym dziele redakcji tygodnika „Polityka”(...)”
 
Te słowa są nieprawdą, są krzywdzące. Pomija się tu bowiem pomysłodawcę i współorganizatora przedsięwzięcia. Inicjatora konkursu, który umożliwił wydanie książki. Tym bardziej jest to niezrozumiałe i, co więcej, nieetyczne, że w książce zamieszczono pięć pamiętników nadesłanych w ramach konkursu na adres pominiętej na okładce i we wstępie montrealskiej redakcji. Ich oryginały nadal znajdują się w Montrealu, w archiwum „Świecie Nasz”.
 
Pomijając ten skandaliczny incydent – a nie jest on bynajmniej jedynym, który ilustruje szersze zjawisko w polskich środowiskach twórczych, jak i świadczy o instrumentalnym traktowaniu Polonii - sama książka, a więc zgromadzone w niej wspomnienia są pasjonującą i pouczającą lekturą.
Zwłaszcza godnyle="color: teal">ą polecenia tym wszystkim, którzy wyrażają opinie o powojennej emigracji polskiej i oceniają postawy oraz motywy emigrantów. Często krytycznie i bez głębszego zastanowienia.
 
Analiza tych postaw może być także kluczem do zrozumienia problemów aktualnie, na naszych oczach, postępującego wychodźstwa z kraju.
 
Trudno pojąć, jakimi motywami kierowali się Maciej Wierzyński i Jerzy Baczyński oraz jaką rolę odegrał w tej historii największy polonijny dziennik nowojorski „Nowy Dziennik”, że w tak bezceremonialny sposób, by nie użyć mocniejszych określeń, przywłaszczyli sobie cudzy pomysł, starania o realizację i w końcu miesiące ciężkiej pracy w trakcie prowadzenia konkursu.
 
Na wspomniany na wstępie list otwarty, teraz publikowany na stronie Magazynu yle="color: teal">„Kontratekstyyle="color: teal">”, obaj panowie nie raczyli odpowiedzieć. Czy odpowiedzą na ten sam list skierowany do nich teraz z ramienia Redakcji yle="color: teal">„Kontratekstówyle="color: teal">”, okaże się za jakiś czas.
 
Sygnały z wielu stron świata, jakie docierają czy to do naszej Redakcji, czy to przewijają się po stronach internetowych pism polonijnych wskazują, że przykłady nieetycznego zachowania, czasem wręcz zwykłej kradzieży intelektualnej stają się czymś powszechnym. Coś, co kiedyś było marginesem, zdaje się być yle="color: black">dzisiaj normą. Czy należy przechodzić obojętnie wobec takich zjawisk?
 
Jeśli ktoś, kto przeczyta ten tekst zna, spotkał się lub sam padł ofiarą – nazwijmy to – łatwowierności i tak przebiegającej „współpracy”, jak w yle="color: teal">przypadku Marii Frydrychowicz i jej Magazynu „Świecie Nasz”, niechaj zechce napisać do Redakcji yle="color: teal">„Kontratekstówyle="color: teal">”. Być może yle="color: black">okażą się one zalążkiem kolejnego materiału, tym razem o sytuacji prasy polonijnej i jej faktycznej sytuacji, zwłaszcza wobec rodzimych mediów, od których, o naiwności, należałoby się spodziewać wsparcia i pomocy.
 
 yle="color: black">Zapewniamy też, że własność intelektualna z pewnością pozostanie przy tym, kto ją wytworzył.
 
Witold Filipowicz

 

Maria B. Frydrychowicz;
Do roku 1989 dziennikarz Redakcji Społeczno-Ekonomicznej Polskiej Agencji Interpress w Warszawie. W Kanadzie, jako freelancer, pisuje do czasopism polonijnych m.in. Biuletynu Polonijnego w Montrealu, Gazety w Toronto, Panoramy Polskiej w Edmonton, nowojorskiego Nowego Dziennika i Super Expressu oraz paru tytułów internetowych, w tym Kontratekstów i PAP Polonia dla Polonii.
Współpracuje okazjonalnie z Polskim Programem Radia CFMB w Montrealu i innymi radiostacjami polonijnymi na świecie. W początkach roku 2004 otwiera internetowy, społeczno-kulturalny Comiesięczny Magazyn Polonii Świecie Nasz, poświęcony sprawom bliskim środowiskom polonijnym, który do września r. 2007 wydaje i redaguje przy współudziale ponad 20 korespondentów ze świata.
 
2009-01-31 10:25
 Oceń wpis
   

Pierwsza jaskółka wiosny nie czyni. Czy zapowiedź wyegzekwowania osobistej odpowiedzialności urzędnika państwowego będzie taką jaskółką, czy też pojawi się za nią całe stado?

 
Totalne bezhołowie w aparacie administracyjnym jest faktem. Przykładów na to dostarcza życie dzień po dniu. I nie zmienią tej rzeczywistości nieustające występy medialne osobistości życia publicznego, które na każdą okazję, bez względu na temat wystąpienia, mają przygotowaną frazę” Polska jest demokratycznym państwem prawa”.
 
Nie zmienią również tej rzeczywistości doniesienia, sporadyczne, o postawieniu przed sądem jakiegoś funkcjonariusza publicznego za działania przestępcze. Te pojawiające się informacje mają posmak wydłubywania rodzynków z ciasta. A i same zatrzymania dziwnym zbiegiem okoliczności mają zastanawiająco ograniczony zasięg. Zupełnie tak, jakby osoba publiczna działała w całkowitej próżni.
 
To w sferze kryminalnej, gdy już – z jakiegoś powodu – tzw. wymiar sprawiedliwości zechciał się dobrać komuś do skóry. A co w sferze działań, które nie mają cech przestępstwa kryminalnego, ale są oczywistą szkodą dla interesu publicznego? Często przy tym i dla interesu prywatnego?
 
Tu urzędnicy czują się jak ryba w wodzie. Każda niekompetencja, każda głupota, często złośliwość, ale też i łamanie prawa dla własnych celów uchodzą płazem. Za wszystko zapłaci Skarb Państwa. W tym za wszelkie straty materialne, grzywny, wyroki, zasądzenia. I życie toczy się dalej.
 
Ostatnio jednak wydarzyło się coś zastanawiającego. Otóż minister Bogdan Klich publicznie oświadczył, że będzie dochodził od Antoniego Macierewicza zwrotu zasądzonego zadośćuczynienia na rzecz Marka Nowakowskiego. W raporcie likwidacyjnym WSI Macierewicz pomówił Nowakowskiego o współpracę ze służbami specjalnymi poprzedniego systemu.
 
Poza przeprosinami, Antoni Macierewicz ma zapłacić 30 tysięcy zadośćuczynienia. Oczywiście, wyrok jest skierowany w istocie przeciwko Skarbowi Państwa, a ściślej przeciwko resortowi obrony, w imieniu którego Macierewicz prowadził procedury likwidacyjne służb informacyjnych. Jeśli sąd II instancji podtrzyma wyrok, to resort będzie musiał te pieniądze wypłacić. Resort, czyli Skarb Państwa, czyli my wszyscy.
 
Zapowiedź ministra Klicha o zamiarze wyegzekwowania od urzędnika państwowego kwoty zasądzonej zdaje się czynić swoisty wyjątek od powszechnej reguły. W tysiącach spraw, gdzie na skutek działań urzędników państwowych Skarb Państwa ponosi straty materialne w wyniku obowiązku pokrywania kosztów z różnych tytułów, urzędnikom za to odpowiedzialnym włos z głowy nie spada.
 
Stąd też z zaciekawieniem należy oczekiwać rozwoju tej właśnie sytuacji, a zwłaszcza jej finału. Czy rzeczywiście urzędnik państwowy za wyrządzone przez siebie szkody w związku z wykonywaniem obowiązków służbowych poniesie osobistą odpowiedzialność?
 
Pytanie też, czy będzie to jakiś wyjątek od generalnej reguły braku odpowiedzialności urzędników, czy może następuje zmiana filozofii rządzenia i funkcjonowania państwa, które pretenduje do miana demokratycznego państwa prawa.
 
Niejaki sceptycyzm bierze się stąd, iż w dziesiątkach i setkach innych tego rodzaju spraw nic praktycznie się nie zmienia. Nie tylko brak sygnałów o postępowaniach choćby wyjaśniających, ale wręcz można odnieść wrażenia, że klasa urzędnicza nadal trwa w uświęconym zwyczaju przerzucania kosztów swoich zaniedbań na społeczeństwo. Nawet, jeśli się wprost wskazuje konkretne szkody i obowiązek ich naprawienia.
 
Tytułem przykładu może być inny resort i sposób zachowanie innego ministra tego samego rządu. Kilka miesięcy wcześniej minister Grzegorz Schetyna został ukarany grzywną za nieprzekazanie skargi do sądu administracyjnego – sygn. akt II SO/Wa 38/07.
 
Na skierowane do ministra pytania, czy zamierza ustalić urzędników winnych tego zaniedbania oraz czy zamierza, obok innych konsekwencji, wyegzekwować od nich kwotę grzywny, jak i koszty procesu, minister najpierw w ogóle nie odpowiadał, a po ponownym wezwaniu nadesłał pismo, z którego nic nie wynikało.
 
Tym samym po raz kolejny minister administracji łamie prawo uchylając się od merytorycznego odniesienia się do wniosku o udzielenie informacji publicznej. Obywatel ma prawo wiedzieć, co się dzieje z finansami z jego podatków, a ponadto ma prawo wiedzieć, czy urzędnicy zaniedbujący swoje obowiązki poniosą tego konsekwencje.
 
Brak rzeczowej informacji poskutkował tym, że po raz kolejny została skierowana skarga do sądu administracyjnego na bezczynność organu w przedmiocie dostępu do informacji publicznej. Jaki będzie finał kolejnej – w przeciągu roku piątej już sprawie w sądzie administracyjnym przeciw MSWiA – okaże się za jakiś czas. Póki co, podatnik pokrywa koszty tych spraw i – wszystko na to wskazuje – zasądzonej grzywny.
 
W zestawieniu prezentowanych postaw dwóch szefów resortów można wyciągać mało budujące wnioski. Jeden publicznie oświadcza, że nie będzie tolerował urzędnika szkodnika i pociągnie go do osobistej odpowiedzialności. Drugi, w sprawie ewidentnej szkody, a nawet wielu szkód – pięć kolejno przegrywanych spraw – najwyraźniej przejawia skłonność do ochrony urzędników, którzy cyklicznie niedopełniają obowiązków i narażają Skarb Państwa na szkody.
 
Dlatego też sprawa egzekwowania od Antoniego Macierewicza zasądzonej kwoty zadośćuczynienia może być tak interesująca, bo znamienna dla jakości życia publicznego.
 
Przełom to w końcu czy tylko wyłom?
 
Witold Filipowicz
 
2008-03-06 19:29
 Oceń wpis
   
Wyrok Sądu Najwyższego jest wyrokiem ostatecznym. Dokonana w nim ocena działań wysokich urzędników państwowych jest jednocześnie dyrektywą dla przełożonych, co w takiej sytuacji obowiązani są zrobić. Co zrobi premier Donald Tusk, wkrótce się okaże.
 
Stan państwa prawnego
 
Przed Sądem Najwyższym – 19 lutego, sygn. akt II PK 256/07 – odbyła się rozprawa przeciwko Urzędowi Patentowemu Rzeczypospolitej Polskiej. Przedmiotem rozpoznawania skargi kasacyjnej był sposób potraktowania byłego dyrektora w UP RP, który objął stanowisko w wyniku wygranego konkursu.
 
Zatrudnionemu na 3 miesiące, rzekomo w celu sprawdzenia jego przydatności, po upływie terminu, kierownictwo Urzędu odmówiło podpisania następnej umowy. Bez podania powodów. A właściwie z podaniem, bo pracodawca ma prawo i tyle.
 
Niezupełnie. Nawet w prywatnych firmach naruszenie prawa, naruszenie zasad współżycia społecznego też nie korzystają z ochrony prawnej – art. 8 Kodeksu Pracy. Tu zaś chodzi o urząd administracji publicznej, do którego stosuje się cały wachlarz innych przepisów, wyłączających dowolność postępowania.
 
Bardziej szczegółowe opisy postępowania kierownictwa Urzędu Patentowego RP, na przestrzeni kilku lat, przedstawiane były w wielu tekstach. M.in. „Dyrektora na chwilę przyjmę”, „My czyści, my przejrzyści”, „Criminal-Prezes dance”, „Patent na tanie państwo”, „Syndrom „lub czasopisma”, czy „Postępowania zaciemniające”. Wszystkie dostępne w sieci.
 
Sąd Najwyższy, uzasadniając wyrok uchylający wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie dokonał druzgocącej oceny zarówno składu orzekającego w II instancji, jak też przede wszystkim kierownictwa Urzędu Patentowego RP.
 
Wprawdzie wyroki SN są ostateczne i nabierają mocy z chwilą ogłoszenia, jednakże na bardziej szczegółowe wnioski i konkluzje trzeba trochę poczekać do czasu sporządzenia pisemnego uzasadnienia. Ale już na podstawie ustnie wygłaszanych tez i twierdzeń, oceniających urzędników administracji rządowej wysokich szczebli, można ocenić faktyczny stan państwa.
 
Tymczasem wystarczy przypomnieć fragment wyroku Sądu Rejonowego w Warszawie:
(sygn. akt VII P 464 /06)
 
„(…)Czynność prawna stron w postaci zawarcia umowy o pracę na czas określony była jak już wskazano wyżej sprzeczna z zasadami współżycia społecznego, ale nie była sprzeczna z prawem, bowiem została zawarta w granicach zakreślonych przez ustawodawcę w treści przepisu art. 48 ust 3. Zmierzała jednak do obejścia prawa.
Cel obejścia ustawy polega bowiem na takim ukształtowaniu treści umowy, które pozornie nie sprzeciwia się ustawie, ale w rzeczywistości zmierza do zrealizowania celu przez nią zakazanego. Umowie o pracę nienaruszającej w tym wypadku art. 48 ust 3 ustawy można stawiać zarzut zawarcia w celu obejścia prawa, gdyż jej cel dyktowany był wyłącznie chęcią pozornej realizacji wyniku konkursu, a w efekcie zmierzał do jego zanegowania. Mając na względzie powyższe rozważania Sąd na zasadzie art. 59 kp w związku z art. 56 kp zasądził na rzecz powoda odszkodowanie (...)”.
 
Sąd nad Rządem
 
Sąd Najwyższy nie tylko podzielił stanowisko Sądu I instancji, ale w swojej jednoznaczności ocen poszedł jeszcze dalej. W państwie, które chce uchodzić za demokratyczne i prawne, mające ambicje porównywania się do demokracji państw zachodnich, ten wyrok SN byłby wyrokiem dla funkcjonariuszy publicznych.
 
Różnie wprawdzie bywa z tymi demokracjami, niejedno się tam wydarza, co bulwersuje opinię publiczną. Kiedy jednak na światło dzienne, do wiadomości społeczeństwa docierają wiadomości o zjawiskach nawet dużo lżejszej rangi, niż to, co wynika z przytoczonego fragmentu wyroku, reakcje i społeczeństwa, i władzy są jednoznaczne i zdecydowane.
 
Tytułem przykładu można przywołać nie tak dawne szwedzkie doświadczenia. Dwóch ministrów, po ujawnieniu, w jednym przypadku uchylania się od opłat abonamentowych, w drugim zatrudniania na czarno gosposi, już następnego dnia przestało być ministrami.
 
I nikt nie czekał na żadne sądy, odwołania, nikt nie podejmował prób racjonalizowania czy innych ekwilibrystyk retorycznych, by sprawy zamazać, zagadać, a w końcu ukryć. Wystarczyło samo ujawnienie sprzeniewierzenia się przez wysokich urzędników państwowych zasadom służby publicznej.
 
Jeżeli ocena w najwyższej instancji potwierdza, że wysocy urzędnicy administracji rządowej dopuścili się naruszenia zasad współżycia społecznego, to nie ma tu miejsca na jakieś pozorowane rozważania o ewentualnych błędach w zarządzaniu.
 
Jeżeli jeszcze Sąd stwierdza działania w celu ominięcia przepisów prawa przez wysokich funkcjonariuszy publicznych, to w faktycznie demokratycznych systemach prawnych oznaczałoby to dla tych funkcjonariuszy śmierć cywilną.
 
Zwłaszcza, gdy wyrok taki dotyczy osób tzw. zaufania publicznego, na dodatek wykładowcy akademickiego, w tym zasad etyki, wychowawcy młodzieży. Jak odbierać to będą studenci Politechniki Świętokrzyskiej, nie wiadomo. Ale można przypuszczać, że jakiejś części będzie przykro.
 
Można, rzecz jasna, udawać brak wiedzy na ten temat. Mimo, że publikacje prasowe w gazetach prawnych już się ukazały i poszły w świat. Skąpe wprawdzie i wykazujące jakiś zadziwiający brak zrozumienia istoty tego wyroku. Sprowadzanie go do jakiejś pojedynczej sprawy sporu pracownika z pracodawcą, jakich są setki, jest całkowitym nieporozumieniem.
 
Sąd Najwyższy w istocie ocenił tu system państwa, który poprzez pryzmat działania kierownictwa Urzędu Patentowego RP ukazał rzeczywistość, z jaką mamy do czynienia na co dzień. Ten obraz jest porażający.
 
A przecież to tylko drobny wycinek, okruch zaledwie tej mrocznej rzeczywistości. Jest o tym szerzej w wymienionych wyżej artykułach. Również o innych urzędach administracji rządowej.
 
Słychać teraz o planowanej kontroli NIK w stołecznym Ratuszu, gdzie badane mają być sposoby przeprowadzania konkursów na kierownicze stanowiska. Oczywiście, też dopiero po publikacjach prasowych. I to publikacjach określonych mediów, bo wcześniejsze publikacje na te same tematy – o konkursach w samorządach, np. „Przejrzystość niezupełna” - dziwnymi zrządzeniami nie trafiały do właściwych czynników.
Choć do połowy kraju i kawałka świata trafiają bez przeszkód.
 
Aby więc i tym razem ponownie nie umknęły uwadze rządu, z przyczyn tajemniczych, informacje o stanie państwa i kondycji kadr w administracji rządowej, kopię wyroku SN, otrzymają imiennie, m.in. tak premier Donald Tusk, jak i wicepremier Waldemar Pawlak, który jako Minister Gospodarki jest organem nadzoru nad Urzędem Patentowym RP.
 
Sąd nad Sądem
 
Wyrok Sądu Najwyższego w tej sprawie stanowi też ocenę zespołu orzekającego Sądu Okręgowego w Warszawie (sygn. akt XII Pa 397/06).
 
Po wyroku Sądu I instancji należało się spodziewać, że już to stanowić będzie poważny sygnał dla rządu, by baczniej przyjrzeć się działaniom Urzędu Patentowego RP. Jak zadziałały mechanizmy szwedzkie, mieliśmy przykład. Jednak RP, jak się okazuje, dzieli od Szwecji, w sensie mentalnym, nie niewielkie morze, lecz kilka sporych oceanów.
 
Urzędnicy rządowi, co było do przewidzenia, zasłonili się oczekiwaniami na prawomocny wyrok Sądu Okręgowego, do którego obie strony wniosły apelację. W zasadzie słusznie o tyle, że dopiero wyrok prawomocny ma powagę rzeczy osądzonej. Jednakże nie chodziło przecież o natychmiastowe i drastyczne decyzje, ale tylko, a może aż o wszczęcie drobiazgowej kontroli w materii, jaką Sąd I instancji ocenił w wyroku.
 
Tymczasem nie tylko nie zrobiono nic, ale nawet przeciwnie, zorganizowano w czasie oczekiwania na rozprawę przed SO konkurs na prezesa Urzędu Patentowego RP, który – jakżeby inaczej – Alicja Adamczak wygrała. Jako jedyny kandydat w tym konkursie.
 
Szczegóły tego konkursu też są ciekawe. Jak choćby już sam fakt, że do konkursu dopuszczono osobę, przeciwko której zapadł wyrok sądowy. Należało przynajmniej zawiesić postępowanie konkursowe do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia.
 
Urzędnicy czekać nie zamierzali. Zupełnie tak, jakby z góry wiedzieli, że wyrok Sądu Rejonowego zostanie unicestwiony. I nie zawiedli się. Sąd Okręgowy – po roku od wniesienia apelacji -  całkowicie zmienił wyrok na korzyść pozwanego Urzędu Patentowego RP.
 
Zmiana wyroku sama w sobie nie stanowi jeszcze jakiejś szczególnej osobliwości. Zwłaszcza, gdy w grę wchodzą przepisy, co do których istnieją możliwości różnych interpretacji. Jednakże to, czego dokonał Sąd Okręgowy w Warszawie zjeżyło włosy na głowie wielu prawnikom.
 
Sąd II instancji nie dokonał odmiennej interpretacji przepisów, będących podstawą orzekania w sprawie, ale w ogóle przyjął za podstawę zupełnie inne przepisy. Takie, które w tej konkretnej sprawie nie mogły mieć zastosowania.
 
Nie dość, że dotyczyły naboru na wolne stanowiska w służbie cywilnej, a nie konkursów na wyższe stanowiska, to na dodatek do osoby powoda nie mogły mieć zastosowania w żadnej sytuacji. Wynikało to wprost z samej treści przepisów i stanu faktycznego.
 
Potwierdził to w wyroku Sąd Najwyższy, krótko i zwięźle odrzucając tak ustalone przez SO podstawy prawne. SN nawet nie uznał za stosowne tracić czasu i słów, by w tej materii w ogóle podejmować jakieś głębsze rozważania. Po prostu w dwóch zdaniach stwierdziło to, co każdemu umiejącemu czytać rzucało się od razu w oczy.
 
Tym samym SN wskazał w sposób bezsporny, że wyrok SO był niezgodny z prawem.
 
Rząd nad Sądem?
 
Czy w tej sytuacji należy rozumieć, że troje sędziów zawodowych to analfabeci? Czy w grę weszły jakieś inne czynniki? Na te pytania odpowie – być może samej sobie – Krajowa Rada Sądownicza. Powinien też coś z tą sprawą, być może w kwestii poziomu kwalifikacji sędziów Sądu Okręgowego w Warszawie, zrobić Prezes SO. Co zrobi, okaże się, gdy powrócą do ponownego rozpoznania akta z Sądu Najwyższego.
 
Nie ma tu bowiem mowy o błędnej wykładni czy kontrowersyjnej interpretacji prawa. Jeśli więc nie wtórny analfabetyzm składu orzekającego, to co się wydarzyło? Może Minister Sprawiedliwości znajdzie jakieś racjonalne wyjaśnienie treści tego wyroku SO?
 
Być może też pytania te skłonią do postawienia innych i poszukania na nie odpowiedzi. Na przykład, dlaczego prezes Urzędu Patentowego RP, doktor nauk prawnych, po aplikacji sędziowskiej, Alicja Adamczak, z taką determinacją broniła się przez lata, wbrew prawu, przed przeprowadzaniem konkursów na stanowiska dyrektorów?
 
A konkursy, które były przeprowadzane, gdzie w komisjach zasiadał Cezary Pyl, wówczas – podobno - jako zastępujący dyrektora generalnego, obecnie dyrektor generalny UP RP, doprowadzano do unieważnienia lub ich wyniki niweczono tak, jak w opisywanej sprawie?
 
Skąd bierze się ten, można powiedzieć, paniczny wręcz strach przed wysoko wykwalifikowanymi „obcymi” na stanowiskach kierowniczych w UP RP? Dlatego, że „obcy”, czy dlatego, że fachowcy?
 
A może jedno i drugie łącznie?
 
Witold Filipowicz
Warszawa, marzec 2008 r.
 
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 |


Najnowsze komentarze
 
2014-01-06 19:48
najlepszeprezenty.com.pl do wpisu:
EuroPiS 3000
:)
 
2013-08-16 18:13
chwilowka do wpisu:
Racjonalność irracjonalna
Ustawodawca nie był racjonalny kładąc los obywatela w ręce skorumpowanego albo złośliwego sędziego.
 
2011-06-02 10:21
alimenty.edu.pl do wpisu:
Uszatki parlamentarne
Wszystko ewoluuje.
 



 
 



Kategorie Bloga



Ulubione blogi
 
 



Archiwum
 
Rok 2011
 

 
Rok 2009
 

 
Rok 2008
 

 
Rok 2007
 

 
Rok 2006